"Zibi", polski kloszard, który od wielu lat błąkał się w okolicach jednego z kościołów w centrum Rzymu, zamarzł na schodach świątyni. A gdy umierał pod drzwiami, żaden z przechodzących Włochów nie zainteresował się jego losem.
Gdy zwłoki kloszarda czekały na przyjazd karawanu, nakryte białym prześcieradłem, rzymianie take nie interesowali się, kto tam leży i co mu się stało. Zostawili go, tak jak kilka godzin wcześniej, gdy umierał z zimna i wycieńczenia.
Ale "Zibi" nie zawsze żebrał pod kościołem św. Karola. Wcześniej był nauczycielem filozofii w jednym z polskich liceów. Gdy 15 lat temu w wypadku samochodowym zginęła cała jego rodzina, załamał się. I uciekł z kraju. Nie obchodziło go już nic. Siedział tylko pod świątynią, bądź kręcił się po okolicy, prosząc ludzi o kilka groszy na jedzenie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|