p

Maciej Urbanowski*

O korespondencji Herberta z Miłoszem

Na wydany niedawno nakładem "Zeszytów Literackich" tom "Zbigniew Herbert - Czesław Miłosz - Korespondencja" składa się 79 listów i kart pocztowych. Autorem zdecydowanej większości, bo aż 50, jest pierwszy z pisarzy. Tym samym wspomniana książka znacząco uzupełnia błyskawicznie rosnący w ostatnich latach zbiór epistolografii autora "Pana Cogito". Stawiamy ją przecież obok wydanych już po śmierci poety tomów jego listów do Muzy - Haliny Misiołkowej, do "Zwierzątek", czyli Magdaleny i Zbigniewa Czajkowskich, do Jerzego Zawieyskiego, Henryka Elzenberga, Jerzego Turowicza i Stanisława Barańczaka, o rzeczach drukowanych na łamach czasopism nie wspominając. W ten sposób okazuje się, że Herbert był nie tylko wybitnym poetą i eseistą, autorem ważnych dramatów, ale także pracowitym epistolografem, być może porównywalnym z takimi wielkimi polskimi XX-wiecznymi "listopisarzami" jak Brzozowski, Stempowski czy Bobkowski.

Na to, że listy Herberta są nie tylko istotnym źródłem wiedzy o pisarzu, ale mają wybitne walory literackie, wskazał chyba jako pierwszy Jacek Łukasiewicz w posłowiu do zbioru korespondencji autora "Struny światła" z Jerzym Zawieyskim. Zwrócił on uwagę na istotne powinowactwa łączące korespondencję Herberta z jego liryką, których to powinowactw był chyba świadom sam poeta, kiedy zwierzał się w 1950 Turowiczowi: "Bardzo lubię pisać listy i myślę, że jest to taka sama sztuka jak pisanie wierszy". Jak celnie zauważał Łukasiewicz, "wchodząc w korespondencję, [Herbert] wchodził także do gry, kreował się zawsze trochę inaczej, zawsze trochę inną przyjmował rolę, która w ciągu lat mogła się zmieniać, jeśli zmieniały się wzajemne relacje, a i wewnątrz roli zmieniał ton - od bardzo serio do bardzo żartobliwego, często towarzyszyła temu odpowiednia stylistyczna maska".

Nie inaczej jest i w listach Herberta do Miłosza, gdzie - o czym niżej - autor "Pana Cogito" nie tylko zmienia maski i tonacje czy zaskakuje specyficznym poczuciem humoru, ale też zachwyca błyskotliwymi, czasem zabawnymi, poetyckimi metaforami i porównaniami, np.: "właśnie wyszedłem z Muzeum Historii Naturalnej, które jest jak wypchany las", albo - o Sienie - "oczy mi wyłażą z orbit i tylko w nocy wracają na swoje miejsce i to nie zawsze" czy - o Londynie - "lubię miasta z zakamarkami, miasta organiczne jak wnętrze brzucha".

Książka ta przynosi najpełniejszą jak dotąd dokumentację pozwalającą raz jeszcze zastanowić się nad głośnym w latach 90. konfliktem Herbert - Miłosz. Pamiętamy, że ów konflikt niektórych zbulwersował, a nawet zgorszył, innych ucieszył, większość jednak chyba zaskoczył. Myślę zwłaszcza o tych, którzy, interesując się poezją polską, musieli wiedzieć, że krytyka od lat łączyła Herberta z Miłoszem, początkowo - jak uczynił to np. Kazimierz Wyka - widząc w tym pierwszym wręcz naśladowcę autora "Trzech zim", a potem wybijającego się na samodzielność ucznia, podążającego wszakże podobnym co Miłosz szlakiem poezji nowoczesnej, antyromantycznej, klasycyzującej... Upewniała w takich opiniach nie tylko analiza wierszy obu poetów, ale też wiedza o tym, że to Miłosz jako tłumacz wprowadzał Herberta do literatury anglosaskiej, a z kolei autor "Napisu" kilkakrotnie publicznie wypowiadał się z najwyższym szacunkiem o Miłoszu, podkreślając zaciągnięty u niego poetycki dług. Gdy więc w 1991 roku Herbert opublikował wiersz "Chodasiewicz", który powszechnie odebrano jako pamflet na Miłosza, zaskoczenie było spore. Było ono jeszcze większe po jego wywiadach i felietonach. Herbert wypominał Miłoszowi m.in., że w 1968 roku miał się opowiedzieć w prywatnej z nim rozmowie za przyłączeniem Polski do ZSRR. Charakteryzował go jako człowieka rozdartego, "o nieokreślonym statusie narodowym, metafizycznym, moralnym", twierdził, że Miłosz był "od zawsze" jego przeciwnikiem politycznym, bo "należał do tak zwanej grupy socjalistów->>mandolinistów<<, którzy współdziałali z socjalizmem do pewnego czasu, a potem wycofywali się".

Reklama

Te i inne wypowiedzi sprowokowały ripostę samego Miłosza oraz w większości nieprzychylne Herbertowi komentarze publicystów i krytyków literackich, tłumaczących je złym stanem zdrowia poety oraz bagatelizujących znaczenie jego słów, które wprowadzały niepokojący i niechciany dysonans do zgodliwej atmosfery panującej na naszym literackim parnasie. Herberta z kolei wzięli gorąco w obronę stosunkowo nieliczni krytycy i publicyści utożsamiani z prawicą, której inicjatywy polityczne (np. dekomunizację) pisarz zresztą wspierał. Ale i tę obronę później próbowano dezawuować jako próbę zawłaszczenia bezbronnego i schorowanego poety przez środowisko, któremu był on jakoby zawsze niechętny. Inną, też chyba zaskakującą, konsekwencją wspominanych tu wydarzeń było powstanie swego rodzaju legendy literackiej, która w wersji łagodniejszej stawiała poetów na dwu skrajnych biegunach poezji polskiej, a w wersji ostrzejszej "dobrego" Herberta przeciwstawiała "złemu" Miłoszowi.

Wartość korespondencji Herberta z Miłoszem polega na tym, że pozwala ona precyzyjniej niż dotąd odtworzyć dzieje znajomości obu wielkich poetów, zrozumieć genezę ich sporu, wreszcie zastanowić się nad jego znaczeniem oraz zweryfikować niektóre przynajmniej opinie, jakie się na ten temat pojawiały.

Powiedzmy zresztą od razu, iż po lekturze listów między obu pisarzami można powiedzieć, że ich konflikt nie był przypadkową aberracją, ale tlił się właściwie od początku n i e w ą t p l i w e j, bardzo chwilami czułej i serdecznej, przyjaźni, jaka ich obu przez wiele lat łączyła. Po wtóre ów spór nie miał charakteru li tylko politycznego i osobistego - jego korzenie tkwiły głębiej, także w odmiennych doświadczeniach pokoleniowych. Po trzecie wreszcie, choć piszę cały czas o sporze Herberta z Miłoszem, równie dobrze można by mówić o sporze Miłosza z Herbertem, bo częściej to autor "Zniewolonego umysłu" prowokował czy - ujmując rzecz ostrożniej - pobudzał polemiczne, a także gniewne reakcje swego przyjaciela, także tę ostatnią, najbardziej gwałtowną i najbardziej znaną.

Przypomnijmy dla porządku, że wydane przez "Zeszyty Literackie" listy pochodzą z lat 1958-1990. To ramy korespondencyjnej znajomości obu panów, którzy oczywiście doskonale o sobie wiedzieli już wcześniej. Wiemy skądinąd, że Herbert jeszcze w czasie wojny przeczytał "Poemat o czasie zastygłym", wysoko cenił "Trzy zimy" oraz "Ocalenie", że niemal od razu poznał "Zniewolony umysł", że wreszcie interesował się losami autora tych książek. W 1951 roku, tuż po ucieczce Miłosza na Zachód, pisał do Turowicza: "Związek Literatów stracił ciekawe zajęcie - szukanie willi dla Miłosza. Bo Miłosz to cygańskie dziecię...". Choć w tych ironicznych słowach Marta Wyka słusznie dostrzegła zalążek przyszłych konfliktów (por. "Europa" nr 50 z 14 grudnia 2005), to w listach do Miłosza Herbert nie wspomina o latach 50. i nie one są powodem kontrowersji. Zresztą właściwie do końca tej korespondencji Herbert występuje w niej kolejno (a czasem równocześnie) jako młodszy kolega po fachu, wdzięczny uczeń i dworzanin Księcia poezji oraz przyjaciel. Najczęściej i najdłużej pojawia się chyba w roli ucznia, tak się określając w jednym z ostatnich listów do Miłosza z maja 1990 roku. Uczeń miał wówczas, bagatela, 64 lata... Ale i wcześniej pełno tu emocjonalnych wyznań, np.: "Ty jesteś Wielki Poeta",

"Ty jesteś jedynym, który daje wiarę, że t o jeszcze warto robić", "z całej poezji ostatnich dziesiątków lat tylko trzej poeci mają szanse przetrwania: Ty, Leśmian i Czechowicz", "my przed Tobą na kolanach".

Także Miłosz znał i cenił wiersze Herberta, w którym widział kontynuatora katastrofistów lat 30. XX wieku, a więc jakby swego następcę, i poetę tradycji świadomości historycznej, "zmuszającej jednostkę do rozpoznania mocy losu zbiorowego". Przez pewien czas Miłosz był zresztą znany w Stanach Zjednoczonych głównie jako tłumacz Herberta, co było dlań - jak wyznał w "Roku myśliwego" - źródłem nie zawsze przyjemnych uczuć. Ale takich uczuć nie zdradzał Herbertowi w pisanych do niego listach, występując tam raczej jako bardziej doświadczony kolega i starszy brat, niestroniący przy tym od rad i pouczeń.

Do pierwszego zgrzytu we wzajemnych relacjach dochodzi przy okazji "Studium przedmiotu", zaczynającego się sławnym wersem "Najpiękniejszy jest przedmiot którego nie ma". W liście z 18 czerwca 1963 roku Miłosz żartobliwie donosił o "bluźnierczym" charakterze tego wiersza, który zresztą został przezeń "skrupulatnie" przetłumaczony, co - jak pisał - "dowodzi, że palenia albigensów nie pochwalam". Po miesiącu Miłosz wpisze już "Studium..." w linię tak przez siebie nielubianego "angelizmu" w poezji - reprezentowaną przez "tę swołocz Mallarmégo", zaprzeczającą istnieniu materii, sięgającą "neoplatońskiej ascezy". Czyniąc aluzję do wiersza Herberta, opowiadał się po stronie "drzew i wielorybów", co nie dziwi, gdyż od połowy lat 30. konsekwentnie zwalczał "poezję czystą". W odpowiedzi, ubierając maskę dworzanina, Herbert ironizował: "Proszę mi, Książę, wybaczyć, ale sądzę, że Jego wysokość nie zrozumiała utworu pt. Studium przedmiotu. Nie jest on bowiem wcale zaprzeczeniem materii istniejącej. [...] Poema opisuje przygodę umysłu szukającego czystości przez zaprzeczenie. Jest to wiersz-maska. [...] Za przykładem waszej Wysokości jestem również po stronie drzew i wielorybów. Niezmiennie, acz nieudolnie dawałem w swoich utworach wyraz wiary w konkret. Nie jako materialista, ale jako ten, który wie, że tylko pełna akceptacja zmysłowego świata może doprowadzić do poznania Istoty". W kolejnym liście Miłosz złagodził zarzuty, a potem kilkakrotnie dawał wiersze Herberta za przykład istnienia w liryce nowoczesnej gestu sprzeciwu wobec "poezji czystej". Mimo to na autora "Studium przedmiotu" padł wówczas cień podejrzenia, jeżeli nie o postawę "czystościową", to o estetyzm.

Autor "Struny światła" nie komentował w ten sposób twórczości Miłosza, zadowalając się najczęściej wyrażaniem zachwytu. Wyjątkiem był list z 4 marca 1966 roku, w którym Herbert zdradzał się z brakiem entuzjazmu dla zbyt w jego ocenie publicystycznego "Światła dziennego", przy okazji dystansując się wobec rosyjskich fascynacji Miłosza.

Do prawdziwego starcia między obu pisarzami doszło jednak we wrześniu 1967 roku. Reagując na bliżej nieznane "pogromy" dokonane na Murzynach przez Polaków w Milwaukee, Miłosz bezlitośnie demaskował nicość Polski i polskiej kultury. "Od Polski można zwariować - pisał - [...] Polacy są rasą niezdolną do jakiejkolwiek twórczości, polityki, handlu, przemysłu, religii, filozofii, mogą tylko uprawiać rolę i logikę matematyczną, jak też poczucie swojej podrzędności wyładowywać w biciu Żydów i Murzynów". W tym samym liście Miłosz zadeklarował się też - zapewne "rozgrzany" wydarzeniami na amerykańskich campusach - jako "płomienniejący rewoltą" racjonalistyczny humanista i socjalista, na co Herbert zareagował listem zaczynającym się prowokacyjnie słowami "Vive la Pologne". Zarzucił w nim Miłoszowi "sentymentalny socjalizm" zrodzony z "marzenia, żeby być z ludem, masą, żeby wszystkim było dobrze" i zjawiający się - jak przenikliwie zauważał - "gdy Bozia z katechizmu umiera na anemię".

Równocześnie sam określił się jako "reakcjonista" (w cudzysłowie!), wyjaśniając: "Jestem za merytokracją, za rządami fachowców, ale z dodatkiem ideologii i prostej zasady, że jak jest dobrze to jest dobrze, że posiadacz domku, samochodu i własnej żony nie powinien - jak to się dzieje we współczesnych romansach i filmach francuskich - zatrzymywać się nagle jak karakan na podłodze i myśleć, że to wszystko nie ma sensu. Wiadomo, że nie ma sensu, ale tak myśleli już ludzie umarłych pokoleń, tylko że z tego nie robili sztuki, a przeciwnie uprawiali swój ogródek bez kropli nadziei w sercu".

Przy okazji - jak widzimy choćby z tego cytatu - dystansował się wobec "kafkoidalnej" literatury zachodniej, szydząc przy okazji ze "skowytów" Allena Ginsberga. Herbert stanowczo zareagował też na uwagi Miłosza o Polsce i Polakach, choć przecież we wcześniejszych listach wyrażał się o rodakach bez entuzjazmu ("Naród to rzecz naturalna, jak brzuch i palce u nogi, ale czy zawsze trzeba pokazywać zwłaszcza jeśli palce niedomyte są"). Tym razem jednak pisał: "Co myślę o Polsce? Myślę podobnie jak TY, bo nie jestem z tym krajem (jeszcze mniej niż Ty) związany wspólnotą krwi. Ale ta Erde (ohne Blut) jest m o j a, jak zaraza albo choroba weneryczna i żebym nie wiem, jak podskakiwał nie wyzwolę się od tego".

Odpowiedź Miłosza z 5 października 1967 roku była jednoznaczna: pisał o swym przerażeniu postawą Herberta, która kojarzyła mu się z animae naturaliter endecianae, bronił socjalizmu, twierdząc, że marksizmu nie można oceniać na podstawie osiągnięć UB i Gomułki, zarzucał też poecie uprawianie "filozofii emeryta" oraz "impotencję zamaskowaną jako humanizm". Przewidywał - mylnie! - że to nie Polacy, ale "młodzi Rosjanie (tacy jak Kiryłuszka Mochilewski [sic! kto zacz nie umieli wyjaśnić nawet edytorzy korespondencji]) i młodzi Amerykanie będą przez następne trzy dekady świat napełniać wrzaskiem, z którego jednak coś zostaje".

Swój list Miłosz kończył słowami: "Nie rozumiem w a s tj. Polaków siedzących na boku i mających w s z y s t k o w s z y s t k i m za złe". Było to stwierdzenie o tyle ważne, że ów list wraz z dwoma wcześniejszymi oznaczał w gruncie rzeczy punkt szczytowy i końcowy zarazem korespondencyjnej wymiany myśli między obu pisarzami. Po rocznej przerwie wymienią jeszcze kilka dość zdawkowych listów, po czym nastąpi kolejne, tym razem ośmioletnie milczenie. Kilkanaście listów z lat 1978-1990 ma już charakter serdeczny, ale błahy.

Z wyjątkiem przedostatniego - kartki pocztowej wysłanej przez Herberta z Berlina w lipcu 1990 roku, przedstawiającej ogromną nogę słonia wzniesioną nad małym kurczakiem i zawierającej dwa słowa: "Nie depcz". W ten sposób reagował na "Rok myśliwego", w którym znalazły się komentarze Miłosza do "Hańby domowej" Jacka Trznadla, gdzie - jak pamiętamy - centralne miejsce zajął słynny wywiad z Herbertem, ostro krytykującym brak rozliczenia się pisarzy polskich z kolaboracji z komunizmem, ale przecież w żaden sposób nieatakującym Miłosza. Herbert poczuł się tymi komentarzami sprowokowany. W opublikowanych w "Korespondencji" po raz pierwszy notatkach z lektury książki Miłosza notował: "Czytam Rok myśliwego z dobrą wolą i wzbierającą irytacją, bo naprawdę człowiek inteligentny nie może całe życie powtarzać, że to on miał rację, a wszyscy inni, z wyjątkiem paru przyjaciół oczywiście Krońskiego, Kołakowskiego, Andrzejewskiego, to durni[e], bo są z doświadczeń narodu, który jest durny - co wydaje się być podstawowym założeniem Miłoszowej historiozofii". W innym, niedokończonym tekście bardzo krytycznie wyrażał się o niechętnym stosunku Miłosza do Baczyńskiego i Gajcego, których - jak zauważał - "z uporem uważa on za nacjonalistów", przypominając przy okazji: "Patriotyzm na poziomie naturalnym jest niemal identyczny z miłością do matki [...]. Na wyższym poziomie patriotyzm jest nakazem pracy, a nawet śmierci za ojczyznę (postawa). Bywa - ale nie musi być - że patriotyzm przekształca się w zespół pojęć i wartości (ideologia). Można sobie doskonale wyobrazić, gdyż było takich sporo, że nacjonalizm nie musi być poglądem wrogim innym, krwiożerczym, egoistycznym".

Prowadziło go to wszystko do wniosku, że "Miłosz wyrzekł się świadomie patriotyzmu w czystym jego znaczeniu, ojczyzny wreszcie, uczynił brak Tożsamości motorem swojej poezji - naprawdę jednak jest to tylko kokieterią, tanim kosmopolityzmem, postawą wygnańca, romantyczną manierą odtrąconych proroków". Tę tezę znamy już z wystąpień publicznych Herberta z lat 90. Dla porządku przypomnijmy, że tuż przed śmiercią autora "Epilogu burzy" Miłosz zatelefonował doń i w ten sposób doszło do pojednania obu poetów.

Mimo to wypowiedzi Herberta z lat 90. mocno bolały Miłosza, skoro - jak wspomina Katarzyna Herbert - gdy zaproponowała mu napisanie wstępu do pośmiertnego wyboru wierszy męża, który miał się ukazać w Stanach Zjednoczonych, prawie niewidzący już wówczas autor "Doliny Issy" nic nie powiedział, tylko przyniósł leżącą na jego biurku pocztówkę, tę z nogą słonia i kurczakiem. Przyniósł ją na znak odmowy. "Jakież to było zranienie - komentuje Katarzyna Herbert. - To był uroczy, miły i dobry człowiek, ale jak chciał rozdeptywać, to rozdeptywał".

Tak wyglądałyby dzieje sporu obu poetów zrekonstruowane na podstawie "Korespondencji". Powtórzymy raz jeszcze: konfliktu, który wybuchał mniej lub bardziej mocno w czasie całej tej dziwnej przyjaźni, pomimo niewątpliwej wspólnoty niektórych przekonań, chociażby niechęci do "bubków z awangardy", jak ich nazywał Herbert. Wybuchał też pomimo niewątpliwego podziwu, jakim darzyli obaj swoje wiersze. Ani Miłosz, ani Herbert nigdy nie podważyli przecież ich wartości.

Cóż więc było ważniejszego od przyjaźni i poezji? Oczywiście - Polska i stosunek do narodu. Podszyty oikofobią krytycyzm wobec polskości Miłosza powodował, że zachowywał się on w tych kwestiach niczym słoń w składzie porcelany ("Krasiński - dureń"), co musiało zderzyć się ze znacznie bardziej skomplikowanym, subtelniejszym patriotyzmem Herberta, dla którego polskość była po Norwidowsku jednocześnie ciężarem, zadaniem i służbą. Do tego dochodziło zderzenie lewicowości Miłosza z "reakcyjnością" Herberta, które to starcie było tym bardziej gwałtowne, że obaj pisarze nie tylko reprezentowali inną wrażliwość społeczną, ale też mieli za sobą inne doświadczenie PRL-u, komunizmu, a wreszcie dwudziestolecia i okupacji.

Stąd chyba brała się wspomniana przez Miłosza i niezrozumiana przezeń do końca życia "tajemniczość" Herberta. Porównując go do jeża, poeta sugerował chyba specyficzną i potencjalnie groźną "nieprzysiadalność" autora "Struny światła", skłonność do zamykania się w sobie, osobny, "nocny" tryb życia i myślenia.

Zakończona porażką próba zrozumienia i oswojenia przez Miłosza "jeżowatości" Herberta była zresztą kolejną klęską zrozumienia fenomenu generacji, z którą autor "Traktatu poetyckiego" miał od początku (i jak widać - do końca) kłopot. Myślę oczywiście o generacji wojennej (Herbert nie lubił nazwy Kolumbowie). W pewnym zresztą sensie "Korespondencję" czytać można jako powtórzenie lub nawet dokończenie sporu, który z Miłoszem wszczął w roku 1943 Andrzej Trzebiński, a w którym podziw wobec mistrza mieszał się z niechęcią, a nawet pogardą. "Korespondencja" potwierdzałaby więc rozpoznania tych krytyków (jak Małgorzata Dziewulska i Jacek Łukasiewicz), którzy, akcentując związki Herberta z jego pokoleniem, pisali, że było to ostatnie w naszej kulturze pokolenie wierne etosowi żołnierskiemu, którego jednym z imperatywów byłoby nie tyle "ślepe przywiązanie do ojczyzny", ile przekonanie, że "lepiej jest iść na wojnę niż stchórzyć i lepiej dobyć miecza niż pozwolić się upokarzać". Miłoszowi ów etos był z gruntu obcy, co oczywiście nie musi znaczyć, że bliski był mu z kolei etos antyżołnierski, nieuznający cnoty odwagi czy walki. Przeciwnie - rzecz w tym, że była to inna odwaga w innej walce o podobne często ideały.

Pytanie, czy te dwa etosy skazane są na nieunikniony spór. "Korespondencja" dowodzi, że ostatecznie tak. I miejmy odwagę przyjąć także tę prawdę niemiłą.

Maciej Urbanowski

p

*Maciej Urbanowski, ur. 1965, historyk literatury i krytyk literacki. Pracuje w Instytucie Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współzałożyciel i członek zespołu redakcyjnego dwumiesięcznika "Arcana". Autor książek: "Nacjonalistyczna krytyka literacka w II RP" (1997), "Oczyszczenie. Szkice o literaturze polskiej XX w." (2002), "Człowiek z głębszego podziemia. Życie i twórczość Jana Emila Skiwskiego" (2003). Wydawca pism F. Goetla, K. Wyki, A. Trzebińskiego, S. Piaseckiego. Jego teksty wielokrotnie publikowaliśmy na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 50 z 16 grudnia ub.r. ukazała się debata z jego udziałem "Czy stan wojenny był klęską polskiej literatury?".