Nieżyjącego Leszka L. znalazła w jego mieszkaniu rodzina hodowcy. Leżał na podłodze. Nie był ani pobity, ani postrzelony. Stąd przypuszczenia, że mogło go ukąsić jadowite zwierzę. A hodowca miał ich sporo w swoim mieszkaniu. Gadami i płazami opiekował się bowiem od kilku lat.

"Dopiero po sekcji zwłok poznamy przyczynę śmierci hodowcy" - informuje Sylwia Bober-Jasnoch, rzecznik małopolskiej policji.

O Leszku L. było głośno w całym kraju. Wszystko dlatego, że w styczniu 2004 roku hodowcę ukąsiła jadowita tropikalna kobra azjatycka. Mężczyzna pojechał do przychodni lekarskiej. Powiedział recepcjonistce, że ukąsił go wąż i umiera. Ta jednak nie chciała mu uwierzyć. Wtedy Leszek L. wyjął z kieszeni węża. Recepcjonistka twierdziła, że hodowca rzucił nim w jej kierunku. Sprawa trafiła do sądu, który ostatecznie uniewinnił Leszka L.