Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił zakaz informowania o nieprawidłowościach, które NIK odkryła podczas kontroli w PKP. Tym samym zmienił precedensowe postanowienie sądu pierwszej instancji, które mogło sparaliżować funkcje kontrolne państwa. "To nie kończy sporu cywilnego z PKP, ale faktycznie sąd apelacyjny właśnie podzielił nasze argumenty i w efekcie Najwyższa Izba Kontroli może poinformować opinię publiczną o wykrytych nieprawidłowościach" - mówi mecenas Wojciech Dachowski z Prokuratorii Generalnej.

Jak informowaliśmy na naszych łamach w październiku, wynajęci przez koleje prawnicy wywalczyli korzystne postanowienie sądu. W jego efekcie Najwyższa Izba Kontroli musiała – pierwszy raz w swojej historii – ocenzurować informację z wyników kontroli. Z dokumentu dostępnego dla opinii publicznej wypadł cały fragment o ocenionych niekorzystnie dla PKP interesach, jakie kolej prowadziła ze spółką M. Przez całe lata spółka za grosze i bez umowy wynajmowała atrakcyjne powierzchnie na warszawskim Dworcu Centralnym. Co więcej – marszałek Sejmu i posłowie otrzymali z NIK raport z pełnymi informacjami, ale zawierał zastrzeżenie, że fragment dotyczący interesów z firmą M. jest obłożony zakazem upowszechniania.

"Teraz przekażemy pełną wersję raportu, również dla opinii publicznej" - usłyszeliśmy wczoraj w Najwyższej Izbie Kontroli. Same PKP wytoczyły proces o ochronę dóbr cywilnych. Według pełnomocników spółki kontrolerzy błędnie ocenili umowy zawarte z firmą M. i dowodzili, że były one korzystne dla kolei. W szczególności chodziło o zawartą przed sądem ugodę, według której PKP rezygnowały z dużej części finansowych roszczeń, a spółka nie utrudniała eksmisji.

"Państwo uważa, że może wszędzie ingerować, tymczasem nie rozumie najprostszych zasad panujących na wolnym rynku. Te informacje kosztowałyby utratę naszego dobrego imienia" - tłumaczył nam wtedy jeden z menedżerów, należących do państwa, PKP.