Dziennik Gazeta Prawana logo

Napaść na studentkę w Łodzi. Policja swojej wersji nie udowodni, bo "padły baterie" w obu kamerkach

28 lutego 2019, 12:27
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
Zatrzymany sprawca/KWP w Łodzi
Zatrzymany sprawca/KWP w Łodzi/policja.pl
W sprawie napaści na młodą kobietę, do którego miało dojść w poniedziałek na jednej z ulic Łodzi, policja nie ma sobie nic do zarzucenia, bo jak twierdzą wszystko działo się zgodnie z procedurami. Jednak jak się okazuje, nie można tego udowodnić ponieważ akurat "padły baterie" w obu policyjnych kamerkach.

Jak podaje tvn24.pl policjant i policjantka mieli w czasie interwencji kamery przypięte do mundurów. Byli zobowiązani włączyć nagrywanie na czas działań. Filmu jednak nie ma. "Padły baterie" w policyjnych kamerach.

Mł. insp. Joanna Kącka wyjaśniała tvn24.pl, że policjantom po prostu skończyły się baterie. - stwierdziła.

Dokładnie miesiąc temu policjanci na specjalnej konferencji prasowej mówili, że rozpoczynając dyżur pobierają naładowane urządzenia - przypomina portal. zachwalała sprzęt st. asp. Marzanna Boratyńska z łódzkiej drogówki. Dodawała, że na wszelki wypadek każdy policjant otrzymał ładowarkę. Dzięki temu - jak tłumaczyła - mogą doładować kamerę, na przykład w radiowozie.

Napaść w Łodzi

Młoda kobieta został napadnięta i pobita. Krzyczała, broniła się, uniknęła gwałtu. Zawiadomiła policję. Sprawę opisała na Facebooku. Bolesne, jak przekonuje, było nie tylko samo zajście, ale i sposób, w jaki potraktowali ją funkcjonariusze. -napisała pani Aleksandra. Policja zatrzymała podejrzanego i teraz tłumaczy się ze swojego postępowania.

"Zdarzenie miało miejsce w Łodzi w poniedziałek o godzinie ok. 5:30, kiedy wracałam ze szkolnej transmisji Oskarów do akademika" - opisuje zdarzenie w mediach społecznościowych pani Aleksandra. Doszło do niego 25 lutego, w Łodzi. - "Nie zauważyłam jak w ciągu kilkudziesięciu sekund podszedł do mnie mężczyzna, który krzyknął do mnie "o ty kur..." i zaczął mnie szarpać. (...) Zaczynam krzyczeć i wtedy mężczyzna zaczyna od szarpania i ściskania, dodaje okłady pięścią w twarz i głowę (...). W życiu nie spotkało mnie coś równie obrzydliwego, coś na tyle przerażającego, że dosłownie się zsikałam pod siebie. Potem pamiętam już tylko okładanie mojej głowy, krzyki "nie krzycz bo Cię zaje..." i moje histerycznie wrzeszczenie o pomoc. Na koniec sprowadzenie do pozycji klęczącej i kilka kopniaków w głowę i w bok ciała. Potem pojawili się ludzie i oprawca spokojnie oddalił się w stronę ulicy Kilińskiego".

Pani Aleksandra sama musiała zadzwonić o pomoc. Opowiada, że radiowóz przyjechał po 25 minutach oczekiwani. Policjant, nie wysiadając z wozu, miał powiedzieć: "wsiada poszkodowana i jeden świadek. Czy zna go Pani? Nie. Czy zabrał coś Pani? Nie. Nic nie zabrał, tylko chciał mnie zgwałcić, kopał po głowie i groził śmiercią."

Wyobraź sobie, że jesteś kobietą i widzisz kobietę w takim stanie jak ja na zdjęciu powyżej, która przez łzy mówi Ci, że...

Opublikowany przez Aleksandrę Szulejko Poniedziałek, 25 lutego 2019

"Funkcjonariusze, zamiast udzielić mi pomocy, zajmowali się jeżdżeniem wkoło, jakby ten człowiek po 25 minutach miał być w promieniu czterech ulic. W końcu po kilku telefonach od dyspozytorki, która wysłała do mnie karetkę, łaskawie odstawiono mnie na miejsce ZDARZENIA aby udzielono mi pomocy medycznej. Pan w karetce na miejscu wyjaśnił, że to moja wina, bo miałam słuchawki w uszach. Nadal w mokrych od uryny ubraniach, przewieziono mnie do szpitala, a tam dopiero po kilku razach upominania się dano mi jakieś jednorazowe ubrania. Lekarz stwierdził, że brak objawów neurologicznych obliguje mój wypis. Po wyjściu ze szpitala jadę na komisariat i dowiaduję się, że funkcjonariusze zostawili notatkę, że zostałam pouczona" - relacjonuje w dalszej części swojego wpisu na FB.

"Okazuje się, że sprawy nie ma i jeżeli chcę, aby sprawca był ścigany, muszę złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Policjanci mówią mi, że nie ma śladów biologicznych, więc jedyne, co mi dolega to uszczerbek na zdrowiu poniżej 7 dni, co jest wykroczeniem. (...) Coraz to nowym policjantom muszę opowiadać ze szczegółami jak i gdzie mnie dotknął, złapał, szarpnął, uderzył. W efekcie przesłuchuje mnie prokurator. Sprawca będzie ścigany. Tylko dlatego, że powiedziałam sobie, że nie odpuszczę, że ten człowiek pewnie mieszka obok nas i nie zrobił tego pierwszy raz i że nie narażę na to piekło innych kobiet" - podkreśla pani Aleksandra.

Komenda odpiera zarzuty

Na to wydarzenie zareagowała Helsińska Fundacja Praw Człowieka. "Na portalu społecznościowym Facebook jedna z użytkowniczek opisała sytuację, która wzbudziła zaniepokojenie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w związku z niezapewnieniem osobie pokrzywdzonej przysługujących jej uprawnień. Organizacja skierowała pismo do Komendanta Wojewódzkiego Policji w Łodzi z prośbą o wyjaśnienie sytuacji i podjęcie odpowiednich działań" - napisała HFPC.

Przypomniała jednocześnie, że w kwietniu 2017 r. prawnicy Fundacji, na prośbę Komendy Głównej Policji, przeprowadzili szkolenie w zakresie praw wynikających z Dyrektywy o prawach ofiar. W całodniowych warsztatach wzięli udział wszyscy pełnomocnicy do spraw ochrony praw człowieka w Policji.

Joanna Kącka, rzecznika Komendy Wojewódzkiej w Łodzi, w odpowiedzi na zapytanie reportera TOK FM podkreśliła, że komendant niezwłocznie po przeczytaniu postu pani Aleksandry "zlecił przeprowadzenie czynności kontrolnych co do zastrzeżeń, które opisano w publikacji".

Dodała, że po zgłoszeniu policji informacji o pobiciu przez Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego (numer 112), patrol dotarł na miejsce w 5 minut.

Rzeczniczka wyjaśniła, że policji została przekazana informacja jedynie o pobiciu, a z relacji zgłaszającej nie wynikało tło seksualne.

Jaki finał będzie miała ta sprawa i na ile pomoże jej nagłośnienie? Policja poinformowała, że zatrzymała mężczyznę podejrzewanego o napaść na studentkę łódzkiej filmówki. Funkcjonariusze Komendy Miejskiej Policji w Łodzi tuż przed godziną 16 we wtorek zatrzymali 29-latka jako osobę podejrzewaną o napaść na tle seksualnym.

"Samo miejsce zdarzenia nie jest objęte monitoringiem, ale policjanci, analizując zapisy okolicznych kamer, wyselekcjonowali wizerunek podejrzewanego, opublikowali go w mediach, a także rozpoczęli typowania na bazie własnego rozpoznania" - informuje mł. insp. Joanna Kącka, rzecznik prasowy KWP w Łodzi.

Podejrzewany o napaść 29-letni mężczyzna przebywa teraz w policyjnym areszcie - poinformował Dziennik Łódzki.

Rzecznika Komendy Wojewódzkiej w Łodzi tłumaczy procedury, którymi kieruje się policja. Przy tego rodzaju przestępstwach funkcjonariusze wykonują ściśle określone czynności: nie przesłuchują, a jedynie po krótkim ustaleniu okoliczności, sprawę przekazują do prokuratury. Tak miało się też stać w tym przypadku. "Zawsze zależy nam na tym, aby nie potęgować odczucia dodatkowej traumy" - napisała Joanna Kącka i tłumaczyła, że na komisariacie z pokrzywdzoną rozmawiał o podstawowych okolicznościach zdarzenia tylko jeden policjant. Następnie miała ona zostać przewieziona do prokuratury, gdzie została przesłuchana.

Skąd tak znaczne różnice w opisie zdarzeń? Tego rzeczniczka, póki co, nie wyjaśniła.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Media
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj