Na czym polega normalność w polityce? Czy Polska polityka kiedykolwiek stanie się normalna? Nawoływań do uczynienia jej bardziej normalną słychać wiele, rzadko jednak owa normalność bywa jakkolwiek definiowana. Na naszych łamach taką definicję normalności w warunkach polskich sformułował niedawno Marcin Król ("Europa" z 10 listopada br.). W dyskusji, jaką wywołał jego tekst, wzięli udział Zdzisław Najder, Ireneusz Krzemiński i Rafał Matyja. Dziś głos zabiera Aleksander Smolar. Zwraca on uwagę, że w ciągu ostatnich dwóch lat mieliśmy w Polsce do czynienia z buntem przeciw politycznej normalności, którą w Europie określają zasady liberalnej demokracji. PiS-owska "rewolucja moralna" pokazała, że uznanie dla tych zasad wciąż nie jest w Polsce czymś oczywistym. Do trwałego konsensusu w tym zakresie wciąż nam daleko. Rządząca do niedawna partia zakwestionowała fundamentalne reguły rządzące polskim życiem politycznym. Atakowała instytucje kluczowe z punktu widzenia demokracji i państwa prawa: sądy, Trybunał Konstytucyjny, niezależne media. Próbowała też przejąć nad nimi kontrolę w imię iluzorycznych "rządów ludu". Usiłowała także ingerować w jeszcze bardziej fundamentalną sferę tożsamości polskiej wspólnoty politycznej - idea "polityki historycznej" była, wedle Smolara, jasnym sygnałem tego, że władza zamierza aktywnie kształtować tożsamość obywateli. Wszystkim tym działaniom patronował zaś ideologiczny mit IV Rzeczypospolitej. W imię tej fikcji deprecjonowano dorobek całych 18 lat polskiej transformacji, wywołując "zimną wojnę domową". Rewolucyjny impet projektu IV RP musiał trafić w próżnię, bo opierał się na całkowitym niezrozumieniu realiów współczesnej polityki i współczesnej demokracji. Ich istotą są mechanizmy, które indywidualną przedsiębiorczość i energię potrafią przekuć we wspólne dobro. Nie ma tu miejsca dla rewolucjonistów i herosów. Tymczasem PiS w intencji jego przywódcy Jarosława Kaczyńskiego miało być czymś w rodzaju rewolucyjnego zakonu zwalczającego złe elity. Dziś kolejna ekipa musi sprzątać bałagan, który ów zakon po sobie pozostawił.
p
Aleksander Smolar*
Koniec rządów PiS to szansa na normalność w polskiej polityce
Z Marcinem Królem ("Mniej wrogości, mniej dramatu", "Europa" z 10 listopada) łączy mnie przekonanie o poważnych problemach, jakie trawią polską politykę. Ale gdzie indziej widzę ich źródła. Zasadnicze znaczenie ma to, że w Polsce nie został rozstrzygnięty spór, który w innych krajach - również tych, które wyszły z komunizmu - doczekał się rozwiązania bardzo wcześnie. Chodzi o określenie pola polityki, wyznaczenie obszaru, w którym dominować powinny decyzje zbiorowe podejmowane w wyniku ścierania się różnych racji w ramach demokratycznych procedur. Rządy PiS permanentnie kontestowały ograniczenia pola polityki i starały się je poszerzyć w sposób legalny, dokonując zmian w prawie bądź też karkołomnie reinterpretując prawo i napotykając często sprzeciw Trybunału Konstytucyjnego. Innymi słowy, w odróżnieniu od innych krajów Unii Europejskiej rząd Jarosława Kaczyńskiego (czy szerzej: całe PiS) pokazał, że uznanie zasad demokracji liberalnej wcale nie jest oczywistością. Z drugiej strony - to inny objaw nienormalności polskiej polityki - sondaże opinii publicznej pokazują, że spora część polskiego społeczeństwa nie jest mocno przywiązana do instytucji demokratycznych. Przed rokiem ponad połowa Polaków (wedle badań CBOS) uznała, że rządy niedemokratyczne mogą być bardziej pożądane niż demokratyczne! Jest to wynik najgorszy od 1989 roku.
W polityce można wyodrębnić trzy poziomy decyzji. Pierwszy, który można nazwać metapolitycznym, dotyczy ustalenia granic wspólnoty politycznej. Chodzi tu zarówno o granice państwowe, jak i o poczucie tożsamości narodowej wyznaczającej granice przynależności i obcości. Następnie mamy poziom reguł gry, na którym definiowane są najważniejsze zasady funkcjonowania wspólnoty. Przede wszystkim chodzi tu o zasady konstytucyjne i inne podstawowe prawa regulujące to funkcjonowanie. Na tym poziomie określane są relacje między instytucjami państwa oraz między obywatelami i władzą. Na trzecim poziomie sytuuje się, by tak rzec, polityka codzienna. W tej sferze podejmowane są decyzje dotyczące redystrybucji i realokacji podstawowych dóbr społecznych: bogactwa, dochodów, inwestycji, władzy i oficjalnego uznania. Do tego właśnie poziomu zdaje się sprowadzać politykę Marcin Król, mówiąc o pozbawieniu jej dramatycznego wymiaru.
Tymczasem w Polsce na żadnym z poziomów nie doszliśmy do konsensusu. Jeśli chodzi o granice państw, to na szczęście dziś nikt ich nie kwestionuje, ale sprawa tożsamości, pytanie "Co to znaczy być Polakiem?" pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. Do debaty publicznej wprowadziło je ponownie PiS, choćby przez tak zwaną politykę historyczną, próbę kształtowania - środkami, jakimi dysponuje władza państwowa - tożsamości wspólnoty (programy szkolne, publiczne środki przekazu, sposób obchodzenia świąt narodowych, polityka odznaczeń, muzealnictwo itd.). To są istotne spory ideowe i polityczne, dotyczą bowiem zakresu interwencji państwa. Niewielu jest twardych liberałów, którzy gotowi byliby uznać, że państwo w ogóle nie powinno mieszać się do tych spraw. Większość krytyków rządów PiS przyznałoby zapewne, że państwo ma prawo prowadzić politykę odznaczeń, świąt, że powinno mieć wpływ na programy szkolne, przekazywanie określonych wartości następnym pokoleniom. Chodzi jednak o znalezienie równowagi między ideowym, kulturowym, moralnym interwencjonizmem państwa a obecnym w każdym społeczeństwie pluralizmem wartości, pamięci i tradycji - między umacnianiem spójności wspólnoty a szacunkiem dla jej wewnętrznego zróżnicowania. Żadna władza nie powinna dekretować dopuszczalnego modelu polskości, a PiS wiele w tym kierunku czyniło. Bez skrupułów, na przykład mówiąc o "zdrajcach" czy o stronnikach partii "białej flagi".
Na poziomie konstytucyjnym w ciągu ostatnich dwóch lat kwestionowano podstawowe reguły funkcjonowania państwa, czego dobitnym wyrazem był mit IV RP. Na tym samym planie stawiano aktualnie obowiązujące zasady i instytucje - pogardliwie nazywane III RP - oraz fikcyjny byt, jakim była IV RP, przedstawiany bądź jako aktualne państwo PiS, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, bądź jako ideał przyszłej Rzeczypospolitej. Nieustające ataki na Trybunał Konstytucyjny, niezależne sądownictwo, na niezależną służbę cywilną i niezależne media, na bank centralny i Radę Polityki Pieniężnej (gdy na jej czele nie stała jeszcze osoba bliska PiS), nie mówiąc o permanentnych atakach na niezależne elity: naukowców, prawników, lekarzy, dziennikarzy, na korporacje (tak jakby związki zawodowe nie były w dzisiejszym demokratycznym świecie potężną korporacją!) - wszystko to oznaczało podważenie ważnych składników liberalnego państwa demokratycznego; instytucji, które wyraźnie zakreślały granice pola polityki.
Na poziomie polityki bieżącej każdy rząd dokonuje zmian zgodnych z preferencjami swoimi i swoich wyborców. Stawia się na miasto albo na wieś, na młodych albo emerytów i rencistów. Uprzewilejowuje problemy równości albo efektywności...
Brak normalności, czyli konsensusu i stabilności w polskiej polityce, dotykał filozoficznych podstaw naszej demokracji. Politycy, intelektualiści i dziennikarze utożsamiający się z projektem IV RP podważali model liberalnej demokracji obowiązujący w Unii Europejskiej i w innych państwach rozwiniętej demokracji. Kwestionowano granice polityki w imię jej rehabilitacji. Trudno się dziwić, że idee Carla Schmitta zrobiły wielką karierę na prawicy, ale i na radykalnej lewicy. Nawet jeżeli ganiono konkretne posunięcia PiS, to partię tę chwalono za upolitycznienie naszego życia publicznego, za nobilitowanie dokonywanych wyborów. Rządy PiS były między innymi buntem przeciwko różnego rodzaju determinizmom: przeciw globalizacji i prawom rynku, przeciw Unii Europejskiej i ograniczeniom wynikającym z konstytucji. Karierę zrobiło określenie "imposybilizm" ukute przez Marka Jurka i spopularyzowane przez Jarosława Kaczyńskiego. Jest ono wyrazem buntu polityków przeciwko sytuacji, w której władza jest radykalnie ograniczana przez prawo, sądy, instytucje międzynarodowe, rynek... Ów bunt przeciw "imposybilizmowi" był w istocie odmową uznania filozofii demokracji liberalnej; był wyborem utopii demokracji, w której cała władza należy do ludu i wybranej przezeń reprezentacji. Nienormalność w polityce wynikała z kwestionowania jej podstawowych reguł.
Drugi aspekt braku normalności polskiego życia publicznego związany jest z odmową uznania faktów dokonanych i ciągłości najnowszej historii Polski. Debata koncentruje się tu na uznaniu roli i wyników Okrągłego Stołu. Czy podjęta wówczas świadomie decyzja opozycji demokratycznej o ewolucyjnym wychodzeniu z komunizmu była dla Polski błogosławieństwem, czy też przekleństwem? Program edukacyjny przygotowany przez IPN wraz z "Rzeczpospolitą", po wyborach szybko zmodyfikowany, określał lata po 1989 jako "PRL-bis". Jakkolwiek śmieszne by się to wydawało - a niedawno jeszcze słyszeliśmy takie czy podobne określenia z ust oficjalnych ideologów i prorządowych dziennikarzy - dobrze ilustruje toczącą się u nas zimną wojnę domową na polach historii i pamięci. Delegitymizowano III RP ze względu na przypisywany jej brak zerwania z komunizmem. W rzekomym zachowaniu ciągłości instytucjonalnej i personalnej, w braku czystek, radykalnej lustracji i dekomunizacji widziano przyczynę apokaliptycznie odmalowywanej patologii III RP. Nie jest to spór wyłącznie historyczny. Do wczoraj jeszcze miał on (a być może będzie mieć także i jutro) istotny wpływ na prowadzoną politykę. Dotyczył bowiem między innymi prawomocności uczestnictwa we wspólnocie demokratycznej ludzi, którzy byli związani z PRL. Problem uznania ich pełnych praw politycznych był jednym z istotnych przedmiotów sporu. Ta rewolta przeciwko ciągłości związana była z rozczarowaniem wywołanym przez fakt, że ludzie reprezentujący ancien regime tak szybko powrócili do władzy. Wyrazem tego rozczarowania był ostatni, zupełnie szaleńczy projekt ustawy lustracyjnej, który przewidywał objęcie lustracją około 700 tys. osób. Jeśli pomnożymy tę liczbę przez przeciętną liczbę członków rodziny, to otrzymujemy w sumie ok. 3 mln Polaków posadzonych na ławie oskarżonych. Każdy miał sam dowodzić swojej niewinności, co jest sprzeczne z zasadami państwa prawa. Zdecydowany sprzeciw inteligencji wobec tego projektu był w moim przekonaniu pierwszą oznaką załamania się PiS-owskiego antyliberalnego eksperymentu.
Trzeci element braku normalności w polskiej polityce to problem stosunku społeczeństwa do polityki. W Polsce jest on szczególnie złożony, choć w wielu państwach postsowieckich przyjmuje podobną formę. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak trudne do zaakceptowania są mechanizmy współczesnej demokracji. Bernard Mandeville pokazał w swojej słynnej "Bajce o pszczołach" paradoks egoizmu prowadzącego do dobra wspólnego. Skutkiem dążenia do zaspokojenia jednostkowych potrzeb, skutkiem woli indywidualnego bogacenia się jest ogólny dobrobyt. Nobilitował w ten sposób mechanizmy rynkowe. Zbyt rzadko pokazuje się, że współczesna masowa demokracja działa na podobnej zasadzie. Nasze wyobrażenia o niej wciąż w zbyt dużym stopniu oparte są na idealistycznych założeniach, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Przekonanie, że politycy powinni kierować się dobrem wspólnym, dywagowanie o cnotach w polityce jest piękne, ale nierealistyczne. Tymczasem nasze życie publiczne jest tym mitem przesiąknięte. Ma to oczywiście związek z dużą rolą Kościoła i wpływem republikańskiego ideału greckiej polis czy rzymskiej res publica. Dla moralności chrześcijańskiej, tak jak i dla myśli socjalistycznej, trudne do przyjęcia były zależności opisywane przez Mandeville'a. Bardziej "naturalne" zdaje się przyjęcie założenia, że szlachetne pobudki i cele prowadzą do godnych pochwały rezultatów również w życiu zbiorowym, a nie tylko indywidualnym. Jest to jednak tylko utopia. Podzielają ją być może bracia Kaczyńscy. Zdają się oni wierzyć, że ich hufiec, zakon sprawiedliwych będzie z natury rzeczy czynić dobro. W praktyce jednak nietrudno dostrzec demoralizację, głupotę, trywialność, małość członków owego zakonu. Trudno też zaiste dostrzec owo dobro wspólne, przeciwko któremu masowo głosowali młodzi, wykształceni Polacy. Politycy, tak jak normalni ludzie, kierują się niekoniecznie szlachetnymi pobudkami. Chcą zrobić karierę, zapewnić przyszłość dzieciom, pomnażać swoje dochody, zdobyć sławę. Ludzi kierujących się cnotą publiczną, poświęcających się dla jakiejś wizji dobra wspólnego jest bardzo niewielu. Na dodatek w złożonym świecie współczesnym zależności między decyzjami polityków a ich skutkami, często odległymi w przestrzeni i czasie, są bardzo złożone. Jeżeli sobie to uświadomimy, powstaje realistyczne pytanie, jak stworzyć takie instytucje demokratyczne, aby ludzie dążąc do realizacji celów prywatnych, równocześnie sprzyjali realizacji interesów całej zbiorowości. Odpowiedzi mogą być różne, poczynając od różnych zabezpieczeń prawnych po mechanizmy kontroli demokratycznej, które by pozwalały opinii publicznej na sprawdzanie zachowań wybrańców ludu.
Miarą nienormalności naszej polityki są zdumiewające przepływy wyborców między partiami (pisał o tym dużo Radosław Markowski), załamywanie się formacji politycznych po paru latach istnienia, brak trwałości naszej mapy politycznej. Dziś tylko PSL pochwalić się może trwałą obecnością w Sejmie od 1989 roku. W ostatnich latach miarą owej nienormalności była siła formacji populistycznych zaludniających naszą politykę. To nie jest tylko problem Samoobrony, Ligi Polskich Rodzin, Prawa i Sprawiedliwości. Również Platforma Obywatelska do niedawna jeszcze szczyciła się swoim "miękkim populizmem" (warto pamiętać słowa Donalda Tuska o politykach jako "klasie próżniaczej"). Ten zalew populizmu wynikał z kosztów transformacji, ale był również rezultatem braku zrozumienia i akceptacji w społeczeństwie mechanizmów demokratycznych. U polskich populistów dominowały dwie cechy obecne u wszystkich populistów świata: antyelitaryzm oraz niechęć do instytucji pośredniczących niezbędnych w nowoczesnych demokracjach. W formacjach populistycznych dominuje bezpośrednia relacja między wodzem a masami. Ciała pośredniczące pomagają przekładać egoistyczne cele indywidualne na dobro wspólne. Ich umocnienie jest wielkim problemem demokratycznej kultury w Polsce. Polskie społeczeństwo przeszło przez wiele traum opisanych na łamach "Europy" przez Piotra Sztompkę ("Trauma IV RP", "Europa" z 24 marca br.) - traumę homo sovieticus, transformacji systemowej, słabości elit politycznych i IV RP. Te procesy zdestabilizowały życie zbiorowe. W efekcie przynajmniej jedno pokolenie Polaków z trudem orientuje się w realiach demokratycznych i rynkowych, zaś bez orientacji trudno się do tej rzeczywistości dostosować i czerpać z niej korzyści. Proces transformacji został jednak zakończony wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej i masowym napływem unijnych środków. Jest paradoksem, że antyliberalna rewolta roku 2005 nastąpiła wtedy, gdy Polska w istocie wypłynęła już na spokojniejsze wody.
PiS do pewnego stopnia uznało te przemiany, postawiło jednak na rewolucyjny model władzy, na podważanie stabilności instytucji państwa demokratycznego. Nie podzielam optymizmu Marcina Króla, że partia ta przekształci się w polską chadecję. Bardziej prawdopodobny wydaje mi się wariant, zgodnie z którym PiS będzie odchodził od rewolucyjnego myślenia dopiero wówczas, gdy jako partia zacznie zanikać.
Nie jestem również pewien, czy zachodni model umiarkowanej lewicy i prawicy jest polską normalną przyszłością. To prawda, że jest on najbardziej rozpowszechniony w demokratycznych państwach, ale wcale nie jest czymś koniecznym. Równie dobrze możemy mieć do czynienia z dominacją dwóch partii prawicowych. SLD w niczym nie przypomina już silnej postkomunistycznej partii o rozległych i trwałych wpływach. PiS potrafiło zaś stworzyć ideologię, która trafia w potrzeby szerokich kręgów społecznych - zwłaszcza gorzej wykształconych, starszych, zdezorientowanych we współczesnym świecie. Potrafiło połączyć elementy tradycyjnie utożsamiane z lewicą i z prawicą: wiążąc ze sobą mit państwa opiekuńczego, patriotyzm oraz religijną wiarę. Nie zgadzam się z Marcinem Królem, że w tym przekazie są wyraźne sprzeczności, które muszą przyczynić się do jego rozsadzenia. Współczesne "catch-all parties" próbują pozyskać poparcie nie wąskich grup interesów czy klas, lecz możliwie jak najszerszych rzesz społeczeństwa. PiS wykonało to zadanie bardzo skutecznie, budując swój przekaz na podstawie trzech niezwykle silnych źródeł identyfikacji. Podobną, chociaż nie aż tak wielką ideologiczną elastyczność - żeby nie powiedzieć eklektyzm - wykazuje dziś również PO, łącząc liberalizm z konserwatyzmem, szacunek dla norm państwa demokratycznego z łagodnym populizmem. Być może właśnie ta umiejętność łączenia pozornie sprzecznych elementów stanie się wyznacznikiem normalności w polskiej polityce. Podobne procesy zachodzą też w bardzo wielu partiach na Zachodzie. Powiedziałbym paradoksalnie, że podstawowym zagrożeniem dla PiS jako partii "prawolewej" (bo na zajęcie miejsca centroprawicy formacja ta nie ma żadnej szansy), partii narodowej, chrześcijańskiej i opiekuńczej jest samo kierownictwo PiS. Przede wszystkim, jak zawsze, Jarosław Kaczyński. Rozsadzenie PiS-owskiej syntezy, bardzo prawdopodobny postępujący upadek tej formacji oraz - z drugiej strony - zużywanie się PO w procesie rządzenia może ponownie otworzyć szanse przed lewicą, czy raczej jakąś formułą centrolewicy. Oczywiście, jeżeli znajdą się ludzie, którzy będą w stanie sformułować nowoczesny program integrujący elementy państwa opiekuńczego, liberalizmu politycznego, kulturowego i obyczajowego z postawą prawdziwej niezależności wobec Kościoła, a już na pewno tej jego części, którą dziś symbolizują nazwiska o. Rydzyka, abp. Głodzia i abp. Michalika.
Myślę, że wraz z końcem rządów PiS zamknięty został ważny etap historii kraju. Mamy za sobą czas głębokich historycznych zmian, którym towarzyszyły różne patologie. Potem mieliśmy chorobliwą, konwulsyjną reakcję w postaci pararewolucyjnych rządów PiS. Rządy Platformy, która jest partią raczej aideologiczną, powinny doprowadzić do uspokojenia. Na poziomie metapolitycznym nastąpi zapewne koniec wojny ideologiczno-religijnej. Na poziomie reguł gry, w reakcji na lata 1989 - 2005 i rządy PiS, powinno dojść do konsolidacji instytucji demokratycznych i usprawnienia państwa. Dyskusje dotyczące bieżącej polityki nie wywołają ponownej "zimnej wojny domowej". Jeśli w wyniku tych zmian nastąpi wzrost zaufania do naszej demokracji oraz konsolidacja systemu partyjnego, to będziemy mogli mówić o normalizacji naszej polityki.
Aleksander Smolar
p
*Aleksander Smolar, ur. 1940, politolog, publicysta, ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych, pracownik naukowy CNRS - francuskiego odpowiednika PAN, prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Studiował socjologię i ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim. Związany z grupą tzw. komandosów został aresztowany i usunięty z uczelni w marcu 1968 roku. W latach 1971 - 1989 przebywał na emigracji, gdzie był m.in. redaktorem kwartalnika politycznego "Aneks" (1974 - 1990). Po powrocie do kraju pełnił m.in. funkcję doradcy ds. polityki zagranicznej premierów Tadeusza Mazowieckiego i Hanny Suchockiej; był też członkiem rady politycznej Unii Wolności. Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 184 z 13 października br. opublikowaliśmy debatę z jego udziałem "Sąd nad IV Rzeczpospolitą".