"Nie będzie łapanek, ścigania ani specjalnego wyłapywania na ulicach osób, które nie zdążą do 1 kwietnia wyrobić sobie nowego dowodu tożsamości" - uspokaja w dzienniku.pl odpowiedzialny za pracę policji wiceszef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Adam Rapacki.

Minister zapewnia, że nawet jeśli policjant trafi na osobę z nieważną już zieloną książęczką, nie będzie automatycznie występował do sądu o ukaranie.

Adam Rapacki podkreśla, że resort wie o wyjątkowo trudnej sytuacji w urzędach, bowiem z szacunków wynika, że jeszcze grubo ponad dwa miliony Polaków nie wymieniło dowodów. I urzędy nie będą w stanie takiej masie ludzi przygotować nowych dokumentów na czas.

Minister dodaje, że resortowi zależy przede wszystkim na jak najszybszym zakończeniu akcji wymiany dowodów, a nie na nękaniu tych, którzy - nawet jeśli zrobili to z własnej winy - spóźnili się ze złożeniem wniosku w terminie, czyli do końca grudnia tego roku.

"Najważniejsze jest, by te dowody w końcu wymienić" - zauważa Adam Rapacki.

Dlatego - już nieoficjalnie - urzędnicy resortu sugerują, by zachować spokój i - jeśli nie da się rady przed sylwestrem - złożyć wniosek o wymianę w styczniu, czy nawet w lutym, i czekać na plastikowy kartonik.

Problem w tym, że spóźnialscy będą mieć kłopoty nie tyle z prawem, ile z załatwieniem własnych spraw w urzędach czy bankach. Bez dowodu nie dostaniemy np. kredytu, nie sprzedamy i nie kupimy mieszkania, a nawet możemy mieć trudności z odebraniem na poczcie listu poleconego.

Na nowy dowód osobisty trzeba czekać około sześciu tygodni, a że sytuacja w urzędach przypomina inwazję, zapominalscy mogą otrzymać plastikowy dowód dopiero w maju.