Wystan Hugh Auden

1907 - 1973

Obiegowa opinia każe nam wierzyć, że jego późne wiersze nie dorównują poetyckim osiągnięciom z czasów młodości. Zdaniem niektórych krytyków późną poezję Audena wzięły we władanie skostniała katolicka dewocja i przemądrzałe doktrynerstwo, które wyeliminowały zupełnie językową nieprzewidywalność i muzyczną czystość jego wczesnych utworów. To nieprawda. Poezja Audena nigdy nie straciła tego, co stanowiło od samego początku o jej wielkości: dźwiękowej maestrii i polotu czy też etycznej przenikliwości. W latach 60. i wczesnych 70. ukazały się bodaj najznakomitsze tomy poety: "W hołdzie Klio", "Miasto bez murów" czy niedokończony i wydany pośmiertnie "Dziękuję, mgło". Późne wiersze Audena wciąż mogą zachwycić współczesnych czytelników świeżością spojrzenia na świat. Mogą też zaintrygować pewnym rodzajem zaangażowania w rzeczywistość, który stał się obcy dzisiejszej wrażliwości. Zakorzenienie zarówno w fizycznym świecie, jak i w kulturze odczuwamy jako pewien ciężar. Wiersze Audena demonstrują, że tak nie musi być.

p

Znikome słonie

Choć nasz Pan, Jezus Chrystus, był nawiększy,
uczyniono go najbardziej znikomym ze słoni
Bestiarium

Ci, co mają talent, grają w defensywie,
bo Chwała, Nieruchomości, czy Girlsy - nie są darem cnoty;
trudnią się oni przekładaniem na wiersz lub na prozę,

równie dobrzy w tragicznych jak i komicznych fragmentach;
zmuszają opowiadaczy do wymyślania historii
o tym, że kucharze biorą się z nadpsutego mięsa.

Ale Hugh z Lincoln czy Peter Chaver
są tylko zwierzyną dla reporterów, niusami, jak Auschwitz;
Dickens by ich nie wymyślił,

a Halley nie przewidział: genetyczne literówki
wydają na świat cudowne dzieci, imbecyli, karły,
ale żadnych Liczb Pierwszych, żadnych Świętych.

Bo też i zdjęcie nie uchwyci aureoli: jej żar się skrywa
jak apetyczna ćma, która przedstawia za pomocą pantomimy
swych niesmacznych kuzynów.

Dzicy nawróceni, na morzu, pod żaglem padającej kultury,
wymyślili kilka opowieści, które mogą przetrwać - Jerzemu
bardzo do twarzy z jego smokiem -

ale też mnóstwo bredni, cuchnących gnozą stert kompostu,
gdzie plewią się fałszywe kulty: nigdy nie było
żadnej Katarzyny z Kołem,

ani Barbary, która błogosławiłaby Artylerię;
żaden Uncumber nie szedł w sukurs angielskiej żonie,
gdy obłapiał ją sprośny mąż.

Niektóre anegdoty, nawet z tamtych ciemnych lat, dotarły do nas
wystarczająco dziwne, żeby zaświadczyć prawdzie: Perpetua
ze zwierzęcą naroślą na czubku głowy

próbuje być przekonywająca. - Tato, jeśli to jest dzban,
ja jestem Chrześcijanką, i śni o pasterzu,
który pocieszy ją śmietankowym serem.

Mimo naszej smykałki do nauki - wciąż jesteśmy skonsternowani:
co ugryzło przedstawicieli naszej rasy, że stali się
znikomymi słoniami?

Cieżkie życie, często ciężka śmierć i uboczne ich efekty,
ciężkostrawne dla humanistów, to oznaki,
które niczego nie zdradzają. Tego,

co mogłoby coś zdradzić, nie sposób sprawdzić: wszyscy, którzy
ich spotkali, mówią o Radości, zmieniającej wygodne życie
w żałość i smród.

Jeśli ich przeczucia są trafne, dobrze tłumaczą
dlaczego jest coś śliskiego w Wysokim Stylu
i jego wyznawcach

oraz po co dodajemy kłopotliwy przedrostek nad-
naturalnemu życiu, które moglibyśmy spokojnie wieść,
gdyby nie nasza natura.

maj 1966

przeł. Paweł Marcinkiewicz