Inne / fot. Michal Rozbicki
Reklama

Groźba paraliżu kraju jest coraz bardziej realna. Wrze w szpitalach, pogotowiu, szkołach, kopalniach, na kolei i w sądach. Wszędzie tam ludzie chcą jednego: więcej zarabiać. Grożą, że jeśli nie dostaną podwyżek, będą strajkować.

Na styczeń wielką akcję protestacyjną zapowiada całe środowisko medyczne. Możliwe odejście pielęgniarek od łóżek pacjentów (planowane na 21 stycznia) wyprzedzą o kilka dni pracownicy pogotowia. 11 stycznia w Piotrkowie Trybunalskim odbędzie się zjazd Krajowego Związku Ratowników Medycznych. Robert Szulc, przewodniczący związku, mówi krótko: - Chcemy zarabiać 3 tys. netto, dostać obowiązkowe ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej i przechodzić na emerytury po 15 - 20 latach pracy.

A jeśli nie dostaniecie? - pytamy. "Możemy narozrabiać! Zrzeszamy ratowników, kierowców, pielęgniarki, dyspozytorki..." - wylicza Szulc i dodaje, że forma protestu nie jest jeszcze uzgodniona. "Myślimy o wstrzymaniu transportów. Nie będziemy przywozić ani odwozić pacjentów".

Zaraz po ratownikach, 14 stycznia, do boju o pieniądze mogą ruszyć technicy medyczni zatrudnieni w szpitalach. Radiolodzy, radioterapeuci, analitycy i fizjoterapeuci domagają się podwyżek do poziomu od 2,7 do 5,5 tys. zł (dziś ich średnia płaca to 1,5 tys. zł - przyp. red.). Jeśli nie dostaną pieniędzy, drastycznie ograniczą liczbę wykonywanych badań. - Będziemy pracować jak w trybie ostrodyżurowym. Na lekarzy spadnie więc odpowiedzialność, czy pacjent załapie się na badanie - mówi Cezary Staroń, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Techników Medycznych.

14 stycznia gorąco może zrobić się też na kolei. Tego dnia zbiera się kolejarska "Solidarność". Pracownicy PKP domagają się od władz spółki wzrostu płac do kwoty co najmniej 2,8 tys. zł (teraz średnia płaca wynosi 2,3 tys. - przyp. red). "Nie chcemy doprowadzić firmy do bankructwa. Nie bierzemy tych podwyżek z sufitu. Wyliczyliśmy je w oparciu o rachunek ekonomiczny spółki" - tłumaczy Andrzej Niezgoda, przewodniczący sekcji zawodowych PKP Energetyka.

Reklama

Co będzie, jeśli nie dogadają się z władzami spółki? "Wejdziemy w spór zbiorowy i rozpoczniemy strajk generalny" - nie wyklucza Niezgoda.

Następni po kolejarzach w kolejce po podwyżki ustawili się nauczyciele. Związek Nauczycielstwa Polskiego, który zrzesza ponad połowę polskich pedagogów, domaga się wzrostu pensji o połowę w ciągu dwóch najbliższych lat (czyli kwoty rzędu 500 - 600 zł - przyp. red.). Według przewodniczącego ZNP Sławomira Broniarza, to absolutne minimum.

Swoją akcję nauczyciele zaczną 18 stycznia. Na początek ograniczą się do kilkutysięcznej manifestacji w Warszawie. Później zaczną prawdziwą wojnę: "To nie będzie strajk dwugodzinny czy nawet jednodniowy. To będzie wielodniowa walka" - zdradza Broniarz. Nie wyklucza, że związkowcy z ZNP będą protestować nawet w czasie majowych matur. Za takim rozwiązaniem opowiada się aż 70 proc. z nich.

Na nauczycielach nie kończy się grupa Polaków niezadowolonych z zarobków. W kolejce po podwyżki ustawili się również sędziowie. Nie podoba się im pomysł ministra sprawiedliwości, który chce uzależnić wysokość ich wynagrodzeń od osiąganych wyników. "Pośpiech jest potrzebny przy łapaniu pcheł, a nie przy sądzeniu. Nie jesteśmy fabryką śrubek, żebyśmy musieli pracować na akord" - komentuje z przekąsem sędzia Waldemar Żurek z Krakowa. Sędziowie chcą, by ich pensje zostały podniesione do 12 tys. zł. Strajkować jednak nie zamierzają. "No bo jak wyobraża pani sobie protesty w sądach?" - pyta Wojciech Małek, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie.