Dziennik Gazeta Prawana logo

"Modliliśmy się o ratunek"

10 stycznia 2008, 23:34
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Modliliśmy się o ratunek"
Inne
Dlaczego prom "Jan Heweliusz" zatonął? Do dziś przyczyny tej największej powojennej polskiej katastrofy morskiej są nieznane. DZIENNIK dotarł do marynarza, który jest jedną z dziewięciu uratowanych z promu osób.

*: Na najniższych pokładach. Po północy sprawdzaliśmy zamocowanie tirów i wagonów, dostałem polecenie, żeby pójść do przepompowni balastów. To na samym dnie promu. Już wtedy czułem przechył.

Robiłem swoje. Ja 20 lat na morzu pływałem i wiele widziałem. Na północnym Atlantyku bywało jesienią ciężko.

Wiatr przechylił prom na prawo. Zalano więc balasty na lewej burcie. Ale po zmianie kursu wiatr zaczął napierać na prawą burtę.

Dokładnie. Trzeba było przepompować wodę. W przepompowni zobaczyłem głównego mechanika i wtedy się zaniepokoiłem, bo tam zawsze schodzili tylko marynarze. Niestety, nic się już nie dało zrobić. Pokręteł sterujących zaworami nie dało się ruszyć nawet o jeden obrót. Woda z taką siłą już na nie napierała.

Odchodziłem od tych zaworów, gdy zaczęły się przewracać jakieś stelaże. Usłyszałem sygnał opuszczenia statku. Osiem krótkich dzwonków i jeden długi. Najgorszy sygnał dla marynarza. Wtedy zrozumiałem. Zgasło światło. Upadłem.

Powłączały się światła awaryjne. Wymacałem poręcz wzdłuż schodów, była pode mną. Ściana stała się podłogą. Ruszyłem z powrotem, łokciami zapierałem sie o poręcze, żeby nie zjechać w dół.

Jedenaście pięter, tyle miałbym do pokonania, gdyby to stało normalnie. Czołgałem się z pół godziny. Po drodze mijałem pokład kolejowy, był pode mną. Widziałem tylko pył i kurz, słyszałem rumor blach. Droga przez mękę. Kiedy dotarłem do poziomu pomieszczeń załogi, ruszyłem na mostek. Tam spotkałem kucharza, trzymał się kurczowo futryny i powtarzał „toniemy, toniemy”. Powiedziałem mu „Kaziu, spieprzaj, ratuj się”. Na mostku zobaczyłem kapitana Ułasiewicza, opanowanego, spokojnego. Podpierał się, żeby zachować równowagę, bo prom prawie leżał na burcie.

Chciałem powiedzieć, że tych zaworów nie dało się ruszyć. Przez radiotelefon nie udało mi się połączyć z przepompowni.

Jeszcze wróciłem do kabiny, chciałem zabrać specjalny skafander ratunkowy, ocieplający, ale drzwi były teraz w podłodze, kopniakiem musiałem je otwierać. Sięgnąłem tylko po kapok. Przy wyjściu na pokład łodziowy spotkałem kolegę, pomogłem mu się wydostać, bo jego drzwi były na suficie.

Dopiero teraz zrozumiałem, jaka jest pogoda. Wiatr taki, że nie było mowy o staniu. Środek nocy. Czołgaliśmy się do tratw. W ciemnościach w oddali widziałem ludzi na pokładzie, w piżamach. A prom powoli się przechylał coraz bardziej do góry dnem. Do tratwy wsadziliśmy najpierw I mechanika, nieprzytomnego. Potem sami się do niej władowaliśmy, chyba w dziewięć osób. Z pokładu spłynęliśmy wprost na fale.

Skąd! Trzeba było zasznurować włazy, bo tratwa jest jajowata, jakby przykryta namiotem. Zanim to się udało, fale zalały środek, wodę miałem po piersi. Włazu nie zamknęliśmy całkowicie, światło przebijało, słyszałem krzyki.

Zobaczyłem czerwony kolor blach – to już wynurzało się dno, prom odwracał się stępką do góry. Zostaliśmy sami. Z początku pocieszaliśmy się nawzajem, że nas uratują, że ląd blisko. Ochmistrz powiedział, żebyśmy się pomodlili. To trwało dwie godziny. Patrzę w lewo - już ktoś nie żyje. Przyszła chwila zwątpienia...

Człowiek po mału obojętnieje, poddaje się. Wcześniej myślałem, że się walczy, krzyczy, a tu nie... Inaczej zupełnie. Raptem usłyszeliśmy śmigłowce, jeden, drugi. Rozsznurowaliśmy się. Zkobaczyłem jak jeden helikopter opuścił linę. Chcieli kogoś podnieść z tratwy obok, ale wywrócili ją. Ci ludzie tam się podusili, poginęli w męczarniach... Potem się dowiedziałem, że mieli pościerane ręce, jakby chcieli rozerwać gumową ścianę. Stewardessa, steward i oficer pożarowy.

Niemiecka "Arcona”. Nie zapomnę tego widoku – snop światła z reflektora w ciemnościach, woda zielono-niebieska, bryzgi, piana, a my się odbijamy od burty raz, drugi. Nasz elektryk próbuje wejść po siatce rozwieszonej na burcie, fala go podbija. Nie miał siły i odpadł. Tak zginął. Usłyszałem hałas śmigłowca i to ostatnie co pamiętam, obudziłem się w klinice. Wie pan, jaką temperaturę miałem, jak mnie tam dowieźli?

26 stopni. Uratowali mnie, bo podłączyli do krążenia pozaustrojowego, podgrzewali moją krew na zewnątrz.

Raz. Półroczny rejs na Afrykę Zachodnią. Chciałem się spróbować, ale męczyłem się. Krótko po zatonięciu niemiecka telewizja RTL robiła program o "Heweliuszu”, na bliźniaczym "Koperniku”. I wie pan co? Jak wszedłem na ten prom, poczułem jakbym był na cmentarzu. Rozstałem się z pływaniem. Syn za to pływa, a widział wszystko, jak ludzie rozpaczali, dzieci płakały. Twardziel.

p

, starszy marynarz na promie "Jan Heweliusz”, dziś pracuje na lądzie

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj