DANIEL WALCZAK: Gdzie pan był, kiedy „Jan Heweliusz” się wywracał?

Reklama

LESZEK KOCHANOWSKI*: Na najniższych pokładach. Po północy sprawdzaliśmy zamocowanie tirów i wagonów, dostałem polecenie, żeby pójść do przepompowni balastów. To na samym dnie promu. Już wtedy czułem przechył.

I mimo to pan poszedł?

Robiłem swoje. Ja 20 lat na morzu pływałem i wiele widziałem. Na północnym Atlantyku bywało jesienią ciężko.

Co się działo w przepompowni?

Wiatr przechylił prom na prawo. Zalano więc balasty na lewej burcie. Ale po zmianie kursu wiatr zaczął napierać na prawą burtę.

I balast teraz przechylał prom w te samą stronę co wiatr?

Dokładnie. Trzeba było przepompować wodę. W przepompowni zobaczyłem głównego mechanika i wtedy się zaniepokoiłem, bo tam zawsze schodzili tylko marynarze. Niestety, nic się już nie dało zrobić. Pokręteł sterujących zaworami nie dało się ruszyć nawet o jeden obrót. Woda z taką siłą już na nie napierała.

Zrozumiał pan, że nadciąga katastrofa?

Odchodziłem od tych zaworów, gdy zaczęły się przewracać jakieś stelaże. Usłyszałem sygnał opuszczenia statku. Osiem krótkich dzwonków i jeden długi. Najgorszy sygnał dla marynarza. Wtedy zrozumiałem. Zgasło światło. Upadłem.

Jest pan na samym dnie promu, w głębi zakamarków kadłuba, wyje sygnał opuszczenia pokładu...

Powłączały się światła awaryjne. Wymacałem poręcz wzdłuż schodów, była pode mną. Ściana stała się podłogą. Ruszyłem z powrotem, łokciami zapierałem sie o poręcze, żeby nie zjechać w dół.

Jaki to był dystans?

Jedenaście pięter, tyle miałbym do pokonania, gdyby to stało normalnie. Czołgałem się z pół godziny. Po drodze mijałem pokład kolejowy, był pode mną. Widziałem tylko pył i kurz, słyszałem rumor blach. Droga przez mękę. Kiedy dotarłem do poziomu pomieszczeń załogi, ruszyłem na mostek. Tam spotkałem kucharza, trzymał się kurczowo futryny i powtarzał „toniemy, toniemy”. Powiedziałem mu „Kaziu, spieprzaj, ratuj się”. Na mostku zobaczyłem kapitana Ułasiewicza, opanowanego, spokojnego. Podpierał się, żeby zachować równowagę, bo prom prawie leżał na burcie.

Po co pan szedł na ten mostek?

Reklama

Chciałem powiedzieć, że tych zaworów nie dało się ruszyć. Przez radiotelefon nie udało mi się połączyć z przepompowni.

Potem ruszył pan na zewnątrz?

Jeszcze wróciłem do kabiny, chciałem zabrać specjalny skafander ratunkowy, ocieplający, ale drzwi były teraz w podłodze, kopniakiem musiałem je otwierać. Sięgnąłem tylko po kapok. Przy wyjściu na pokład łodziowy spotkałem kolegę, pomogłem mu się wydostać, bo jego drzwi były na suficie.

Co pan zobaczył na zewnątrz?

Dopiero teraz zrozumiałem, jaka jest pogoda. Wiatr taki, że nie było mowy o staniu. Środek nocy. Czołgaliśmy się do tratw. W ciemnościach w oddali widziałem ludzi na pokładzie, w piżamach. A prom powoli się przechylał coraz bardziej do góry dnem. Do tratwy wsadziliśmy najpierw I mechanika, nieprzytomnego. Potem sami się do niej władowaliśmy, chyba w dziewięć osób. Z pokładu spłynęliśmy wprost na fale.

Byliście bezpieczni.

Skąd! Trzeba było zasznurować włazy, bo tratwa jest jajowata, jakby przykryta namiotem. Zanim to się udało, fale zalały środek, wodę miałem po piersi. Włazu nie zamknęliśmy całkowicie, światło przebijało, słyszałem krzyki.

A "Heweliusza” jeszcze pan widział?

Zobaczyłem czerwony kolor blach – to już wynurzało się dno, prom odwracał się stępką do góry. Zostaliśmy sami. Z początku pocieszaliśmy się nawzajem, że nas uratują, że ląd blisko. Ochmistrz powiedział, żebyśmy się pomodlili. To trwało dwie godziny. Patrzę w lewo - już ktoś nie żyje. Przyszła chwila zwątpienia...

O czym pan myślał?

O kocu. Za koc wszystko bym oddał. Woda miała ze dwa stopnie. Chciałem już spać, żeby nie czuć zimna, żeby nie cierpieć.

Tak właśnie wyglądała śmierć na tratwie?

Człowiek po mału obojętnieje, poddaje się. Wcześniej myślałem, że się walczy, krzyczy, a tu nie... Inaczej zupełnie. Raptem usłyszeliśmy śmigłowce, jeden, drugi. Rozsznurowaliśmy się. Zkobaczyłem jak jeden helikopter opuścił linę. Chcieli kogoś podnieść z tratwy obok, ale wywrócili ją. Ci ludzie tam się podusili, poginęli w męczarniach... Potem się dowiedziałem, że mieli pościerane ręce, jakby chcieli rozerwać gumową ścianę. Stewardessa, steward i oficer pożarowy.

A statek ratunkowy?

Niemiecka "Arcona”. Nie zapomnę tego widoku – snop światła z reflektora w ciemnościach, woda zielono-niebieska, bryzgi, piana, a my się odbijamy od burty raz, drugi. Nasz elektryk próbuje wejść po siatce rozwieszonej na burcie, fala go podbija. Nie miał siły i odpadł. Tak zginął. Usłyszałem hałas śmigłowca i to ostatnie co pamiętam, obudziłem się w klinice. Wie pan, jaką temperaturę miałem, jak mnie tam dowieźli?

Ile?

26 stopni. Uratowali mnie, bo podłączyli do krążenia pozaustrojowego, podgrzewali moją krew na zewnątrz.

Wrócił pan na morze?

Raz. Półroczny rejs na Afrykę Zachodnią. Chciałem się spróbować, ale męczyłem się. Krótko po zatonięciu niemiecka telewizja RTL robiła program o "Heweliuszu”, na bliźniaczym "Koperniku”. I wie pan co? Jak wszedłem na ten prom, poczułem jakbym był na cmentarzu. Rozstałem się z pływaniem. Syn za to pływa, a widział wszystko, jak ludzie rozpaczali, dzieci płakały. Twardziel.

p

*Leszek Kochanowski, starszy marynarz na promie "Jan Heweliusz”, dziś pracuje na lądzie