"Nie ma pewności, że to zaginiony nurek, ale to było pierwsze skojarzenie strony niemieckiej. Przekazaliśmy tę informację świnoujskiej policji, która prowadzi sprawę" - tak tuż po odnalezieniu ciała informowało centrum Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa w Gdyni.

Reklama

Ale okazało się, że centrum nie miało pojęcia o poszukiwaniach prowadzonych przez rodzinę zaginionego. Bliscy byli oburzeni, że nurka nie chcą szukać polskie ani niemieckie służby. Niemcy nie podjęli się poszukiwań, bo wrak "Heweliusza" nie leży na niemieckich wodach terytorialnych. A Polacycentrala Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa w Gdyni czekała na zlecenie rodziny lub prokuratury, tłumacząc, że to nie jest akcja ratunkowa.

>>>Zobacz, jak zaginął polski nurek

Dlatego rodzina sama wynajęła ekipę poszukiwawczą. Płetwonurkowie wyruszyli do wraku niemieckim statkiem. Być może stąd wzięły się informacje, że na nurka natrafił turystyczny statek "Brigitte".

Członkowie ekipy mogli więc zidentyfikować zaginionego. "Z tego, co wiem, w grupie płetwonurków byli tacy, którzy znali zaginionego, i to oni potwierdzili, m.in. na podstawie akwalungu, że jest to ciało ich kolegi" - powiedział szef świnoujskiej prokuratury Włodzimierz Cetner. Dodał, że na brzegu w niemieckim Sassnitz czekała rodzina - w tym brat nurka - która ostatecznie potwierdziła tożsamość mężczyzny. Teraz Niemcy przeprowadzą sekcję zwłok.

Polski nurek - jeden z członków wyprawy klubu "Barakuda" ze Stargardu Szczecińskiego - zaginął dwa tygodnie temu. Zignorował zakaz i nurkując przy promie wpłynął do jego wnętrza. Miał powietrza na 10 minut, ale już się nie wynurzył. Nie był nowicjuszem - uprawiał nurkowanie od sześciu lat. Nie wystarczyło to jednak na poradzenie sobie w tak trudnym i niebiezpiecznym wraku, jakim jest "Heweliusz". W katastrofie statku w 1993 roku zginęło 55 osób.