p
André Glucksmann*
Czy chińskie zbrodnie pozostaną bezkarne?
Im bliżej do igrzysk olimpijskich, tym większa jest mentalna bierność zachodnich demokracji. W działaniach wobec dawnych mocarstw komunistycznych dominuje niezborność - dyplomaci nie wiedzą, do kogo się zwracają, eksperci nie mają pojęcia, o jakich reżimach mówią. Brutalne represje wobec mnichów i ludności cywilnej w Tybecie zaszokowały światową opinię publiczną, jednak nasze elity wykonują przed chińskimi władzami coraz bardziej karkołomne figury. Pojedzie? Nie pojedzie? Wielu przywódców odkrywa raptem, że ich kalendarz jest zbyt przeładowany, by wyjechać na uroczyste otwarcie igrzysk. Jednak tylko niewielu - Polaków, Czechów, Bułgarów - ma odwagę głosić swój bojkot tego otwarcia, otwarcia o charakterze polityczno-planetarnym. To triumf reżimu, który kpi sobie z praw człowieka. Dominuje hipokryzja, a mdłe wymówki mnożone przez Francję nie przynoszą nikomu zaszczytu: paryżanie wybierali między szacunkiem, jaki jesteśmy winni zniczowi olimpijskiemu, a szacunkiem, na jaki zasłużyli zabici i torturowani w Lhasie. Ten wybór zaskoczył miejscową i zagraniczną dyplomację.
Od upadku sowieckiego imperium i otwarcia Chin na gospodarkę rynkową kancelarie prezydenckie błądzą jak we mgle. Raz zakładają, że pogoda będzie piękna i nastąpi koniec historii - historii wielkich konfliktów i wielkich wyzwań - innym razem z kolei ogarnia je strach przed nową zimną wojną i same już nie wiedzą, pod opiekę jakiego świętego się udać. Jeszcze wczoraj George W. Bush dostrzegał w oczach Putina - tego good guy - błękit nieba; dziś McCain, nie mniej republikański kandydat na urząd prezydenta, dostrzega w nich zaledwie trzy ponure litery: KGB. Niegdyś Tony Blair pasował Władimira Władimirowicza na rycerza, jeszcze przed jego wyborem, ale po atomowym zabójstwie Litwinienki opuścił Downing Street 10 skłócony z Kremlem. Berlusconi, który nigdy nie marnuje okazji, by zaprosić swego "przyjaciela z krainy zimna", zapewniał mnie, że osobiście jest wobec niego bardziej krytyczny niż swego czasu Chirac. Podobne wahania dotyczą dziś Chin, którym się nadskakuje i które budzą strach. Rodzące się trzecie mocarstwo światowe - miliard trzysta milionów mieszkańców - fascynuje w najlepszym i w najgorszym sensie.
Gigantyczne prace na miarę faraonów, które zmieniają Pekin w olimpijską stolicę, budzą zdumienie i oszołomienie. W trzy dziesięciolecia po pogrzebaniu marksistowskiego modelu gospodarczego Chiny świętują swoją niesłychaną przemianę. Tak jak w Japonii i w Niemczech na początku XX wieku modernizacja i globalizacja kraju przeskakuje kolejne etapy z olbrzymią szybkością. Niesłychany rozwój technik przemysłowych i finansowych XXI wieku w połączeniu z nieludzką brutalnością, charakterystyczną dla wielkich budów niegdysiejszego komunizmu, daje cud w technikolorze. Podziwiamy drapacze chmur, które rosną w mgnieniu oka, zapominamy o milionach wyczerpanych, wychudłych chłopów, którym kazano odnawiać stolicę; marnieją w niej, a po dokończeniu wielkiego dzieła zostaną odesłani z powrotem. Nie tylko budowa, ale cała struktura społeczna największego kraju świata przypomina Egipt faraonów. Na szczycie władzę sprawuje zbiorowy faraon, chińska partia komunistyczna, której klany w ukryciu załatwiają swoje porachunki. U podstawy znajduje się miliard robotników i chłopów pozbawionych najważniejszych praw, społeczność współczesnych chłopów pańszczyźnianych i niewolników. Pomiędzy nimi klasa średnia w pełnej ekspansji korzysta z nowego nietrwałego bogactwa, które (z budzącymi podziw wyjątkami) skłania raczej do politycznego posłuszeństwa niż do żądania fundamentalnych burżuazyjnych swobód.
Modernizacja - tak! Demokratyzacja - nie! Taka jest linia przewodnia chińskiego faraona. Została zainaugurowana w 1989 roku podczas krwawych represji na placu Tiananmen, gdzie doszło do egzekucji, tortur i deportacji tysięcy studentów. Każda kontestacja przynosi taką odpowiedź - otrzymują ją śmiałkowie uczestniczący w strajkach, zbuntowani chłopi, a także intelektualiści dysydenci, nieostrożni internauci i tybetańscy mnisi. Chiny nie są już państwem totalitarnym w stalinowskim czy maoistowskim sensie tego słowa, lecz postmodernistyczną, pozbawioną ideologii dyktaturą. Podobno rocznie wykonuje się tam blisko dziesięć tysięcy egzekucji, a rodziny straconych muszą zwracać państwu koszt kul wystrzelonych w kark ich bliskich. Elity rządzące nie hołdują już dogmatycznym iluzjom, chcą się bogacić i zachować władzę, godzą się na rynek i globalizację, ale nie na kontrolę, konkurencyjne ośrodki władzy i wymogi przejrzystości właściwe demokracjom liberalnym. Cuda gospodarcze nie powodują automatycznie cudów demokratycznych ani nie chronią przed kursem szowinistycznym i militarystycznym - przykład Japonii i Niemiec w latach 1900 - 1940 powinien odświeżyć pamięć zapominalskim dyplomatom. Wielkie Chiny są na skrzyżowaniu dróg, a schlebianie im nie pomaga.
Pół wieku komunistycznych katastrof sprawiło, że pekińscy twardogłowi stali się supercyniczni, pozbawieni skrupułów, nieczuli na dobro i zło. Nie przejmują się ani wolnością słowa swoich rodaków, ani ciepłymi uczuciami, które ich zachodni rozmówcy raz po raz wyrażają, by zachęcić ich do lepszego postępowania. Dość fałszywej naiwności, nasze konieczne współżycie z azjatyckim gigantem nie może być budowane ani na pogardzie, ani na uprzejmościach. Postmodernistyczne dyktatury rozumieją wyłącznie system coś za coś i póki Lhasa cierpi za zamkniętymi drzwiami, nie ma najmniejszego powodu, by im przyznawać palmę historycznego i światowego otwarcia. Politycy! Póki nie zajdą poważne zmiany, sprzeciwiajcie się temu niezwykle upolitycznionemu rozpoczęciu igrzysk olimpijskich, znajdźcie w sobie odwagę, jasność widzenia i godność, które pozwolą wam powiedzieć, dlaczego się sprzeciwiacie! Dowodem na to, że chińscy przywódcy nie są obojętni na presję, jest fakt, że zmienili swój język. Ci, którzy oskarżali klikę Dalajlamy i jego spiski, dziś zamierzają przyjąć jego wysłanników. Czy to pułapka, która ma ulżyć wyrzutom sumienia dyplomatów? A może pierwszy krok?
André Glucksmann
przeł. Wojciech Nowicki
p
*André Glucksmann, ur. 1937, jeden z najważniejszych współczesnych filozofów europejskich. Uczeń J.-P. Sartre'a i R. Arona. Początkowo bliski radykalnej lewicy, wobec której stopniowo zaczął się dystansować. W ostatnich latach głośne stały się jego książki analizujące stan ducha ludzi Zachodu w XXI wieku: "Dostojewski na Manhattanie" (wyd. pol. 2003), "L'Ouest contre l'ouest" (2003) oraz "Le discours de la haine" (2004). W 2006 roku we Francji ukazała się autobiografia intelektualna Glucksmanna "Une rage d'enfant". W "Europie" nr 187 z 3 listopada ub.r. zamieściliśmy jego tekst "Syberia, rok czwarty".