Twórczość Stanisława Brzozowskiego zawsze fascynowała i zarazem drażniła polską inteligencję. Fale zainteresowania autorem "Legendy Młodej Polski" wielokrotnie powracały zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Dziś książki Brzozowskiego wprowadza na nowo do obiegu "Krytyka Polityczna" z jawnie deklarowanym zamiarem potraktowania go jako partnera w dyskusji o współczesnej Polsce. Czy ten plan może się powieść? Czym Brzozowski może zainteresować dzisiejszego czytelnika? O to spierają się lewicowy publicysta Sławomir Sierakowski i Maciej Urbanowski, krytyk literacki związany z prawicowymi "Arcanami". Zdaniem pierwszego młoda polska lewica ma dziś szczęście o tyle, że może przyswajać Brzozowskiego "z całym dobrodziejstwem inwentarza". Nie musi już wybierać z jego twórczości momentu lewicowego, ignorując np. moment religijnego zwrotu. Ten ostatni czyni wszak autora "Płomieni" świetnym patronem dzisiejszego lewicowego postsekularyzmu... Urbanowski zwraca z kolei uwagę, że współczesne wykorzystanie Brzozowskiego nie może mieć wyłącznie charakteru doraźnie publicystycznego. Warto czytać jego dzieła krytycznie, oddzielać w nich to, co dziś już zwietrzałe - choćby dość banalny antyklerykalizm - od tego, co dotyka najgłębszych polskich problemów. Zwłaszcza polskiej słabości i bierności, której Brzozowski zawsze chciał przeciwstawić odpowiedzialność i "wiarę we własne istnienie".
p
Przychodzą mi oczywiście do głowy wszystkie sytuacje od wydarzeń 1905 roku, Krakowa i Zakopanego, poprzez międzywojnie, aż po rewizjonistów i pokolenie
komandosów. Brzozowskim inspirowało się każde pokolenie polskiej lewicy. Brzozowski wszedł w marksizm - tak jak właściwie w każdą inną teorię - od razu jako dysydent, więc wszyscy ci,
którzy mieli podobny problem bycia wewnętrznymi krytykami, czyli heretykami doktryny, musieli się do niego odwoływać. Przypomnijmy też, że Brzozowskiego używano - także po lewej stronie - na
sposób bardziej osobisty. Dużo łatwiej było bronić siebie, własnej biografii Brzozowskim, niż pisać o sobie wprost. Nawiązywali więc do niego ci wszyscy, którzy mieli problem z byciem
postrzeganymi jako zdrajcy - czy to przez aktualną władzę, czy przez "patriotów" albo przez jakkolwiek rozumiany własny ideowy obóz. Miłosz pisząc "Człowieka
wśród skorpionów" pisał w dużej mierze o sobie. Wydaje mi się, że nasze zainteresowanie Brzozowskim jest inne niż wszystkie znane nam z historii lewicy fale zainteresowania nim. My poznaliśmy Brzozowskiego już zintegrowanego (dzięki
wysiłkom Mieczysława Sroki, który wyjaśnił większość tajemnic jego biografii oraz dzięki monografiom Andrzeja Walickiego i Andrzeja Mencwela, którzy spoili światopogląd Brzozowskiego w
jedną całość), z którego życia albo dzieła nie musimy wybierać jakiegoś okresu i mówić, że ten jest najistotniejszy dla niego i dla nas, a inne dezawuować. Do Brzozowskiego doszliśmy
zupełnie inną drogą. Na przykład dla nas istotniejsza okazała się jego kampania antymiriamowska niż antysienkiewiczowska, bo kampania antysienkiewiczowska i różne tropy wówczas przez
Brzozowskiego stworzone stały się już dzisiaj w dużej mierze konserwatywne, zużyte i zrytualizowane. Dziś szanujący się nieprawicowy polski inteligent - z Adamem Michnikiem na czele - może
walczyć z antysemityzmem prawicy, nacjonalizmem konserwatystów, ale zarazem bezrefleksyjnie pozostaje w tym narodowym kontenerze i reprodukuje jego istnienie w zbiorowej świadomości. Może pisać
teksty w obronie narodowego interesu, Nicei, i nie jest w stanie choćby pomyśleć o nowym projekcie kosmopolitycznym. W Polsce w dużej mierze mamy dziś do czynienia z walką tradycyjnego
nacjonalizmu z nacjonalizmem zmodernizowanym. I w tym sensie krytykowanie dzisiaj sienkiewiczowszczyzny jest dużo bardziej zachowawcze niż było za czasów Brzozowskiego. Natomiast kampania przeciw
Miriamowi (Zenonowi Przesmyckiemu, redaktorowi ważnego wówczas pisma "Chimera"), czyli kampania walki z autarkią czystej sztuki, czystego estetyzmu, z argumentami zarzucającymi
instrumentalizację sztuki każdemu bardziej całościowemu jej odczytaniu - jest dużo aktualniejsza dziś w Polsce, gdzie artysta ma być "genialnym idiotą", człowiek nauki ma
być neutralny politycznie (co zazwyczaj oznacza, że ma wyznawać panujące poglądy i siedzieć cicho), zaś człowieka polityki w pełni określa przynależność do jakiejś partii i brak
pojęcia o czymkolwiek poza medialną "bieżączką". Drugi moment dotyczy antyesencjalizmu (czy też antydeterminizmu) Brzozowskiego. Kiedy się zestawi jego prace z książką dla
lewicy współczesnej fundamentalną, czyli "Hegemonią i socjalistyczną strategią", to przecież ta książka oparta jest właściwie w całości na, z jednej strony, krytyce
esencjalizmu, a z drugiej - krytyce tego, co jej autorzy, Ernesto Laclau i Chantal Mouffe nazywają jakobinizmem. Czyli opiera się na odrzuceniu zarówno naukowej, jak i rewolucyjnej pewności w
urzeczywistnianiu lewicowego projektu. Tak dochodzimy do trzeciego momentu, być może najciekawszego. Bo skoro odrzucamy jako fałszywe i niebezpieczne te "zewnętrzne gwarancje"
realizacji naszych ideałów, to zostaje nam... wiara. Czyli przywiązanie do arbitralnie podjętej decyzji opowiedzenia się po stronie pewnych idei. Tak właśnie zaczęła się przygoda
Brzozowskiego z religią, a nasza z postsekularyzmem. Dla nas nie ma w tym religijnym zwrocie Brzozowskiego niczego niekonsekwentnego. Robiąc choćby ostatni numer "Krytyki"
poświęcony spotkaniu lewicy z nowoczesną teologią chrześcijańską, odkrywaliśmy, do jakiego stopnia Brzozowski jest myślicielem nowoczesnym, jak można go łączyć z Badiou, Agambenem czy
Zizkiem. Brzozowski był zawsze uniwersalistą, tyle że on ma tę świadomość - i tu jest heretykiem także w odniesieniu do uniwersalizmu - że ten uniwersalizm nie ma sensu, kiedy jest
niezakorzeniony, naiwny, sentymentalny. Ale mówiąc zupełnie szczerze, z tym typem zakorzenienia uniwersalizmu Brzozowskiego - przede wszystkim narodowym - nam najłatwiej sobie poradzić,
pokazując, że jest ono historycznie doraźne. I że dzisiaj Brzozowski szukałby prawdopodobnie innych zakorzenień dla swojego uniwersalizmu. Od nowych idei kosmopolitycznych (na przykład
federacyjna Unia Europejska), przez odejście od makrohistorii w stronę mikrohistorii, aż po tropy obecne choćby w literaturze małych ojczyzn. Myślę, że napisałby wielki esej o Oldze
Tokarczuk... Z takim postawieniem sprawy - w istocie nienacjonalistycznym - bym się absolutnie zgodził. Nowy kosmopolityzm oparty jest na krytyce naiwnego kosmopolityzmu oświeceniowego i jego
fetyszów. Wydajemy Brzozowskiego, ale czujemy, że czeka nas także spotkanie z Mochnackim, z tradycją romantyczną... Mówisz o naszym odchodzeniu od naiwnego luksemburgizmu, ale dla nas to jest
po prostu próba reaktywacji w tym kraju inteligencji zaangażowanej lewicowo, czyli wielkiej polskiej narodowej tradycji, której zawdzięczamy najciekawsze osiągnięcia polskiej kultury. Do
"Krytyki" ludzie trafiają pod wpływem współczesnej myśli politycznej, bardzo często bez jakiegokolwiek poczucia konieczności zakorzeniania jej w Polsce, gdzie - jak sam
wielokrotnie narzekałeś - bardzo słabo prowadzona jest intelektualna praca nad lokalizowaniem czy uwspółcześnianiem politycznych teorii. I w "Krytyce" fascynaci współczesnej
filozofii dowiadują się o polskiej historii idei oraz tradycji inteligencji zaangażowanej, a z kolei miłośnicy Kuronia i historii opozycji antypeerelowskiej zaczynają wchodzić w świat
współczesnych idei lewicowych. Energia do działania uwalnia się właśnie ze zderzenia tych dwóch pierwiastków. Dzięki temu nie jesteśmy naiwnymi polskimi kopiami zachodnich ruchów
kontestatorskich, ani nostalgicznie zapatrzonymi wstecz epigonami wielkich mistrzów. Poza lewicą w Polsce Brzozowskiego używali chyba wszyscy, zwłaszcza do końca drugiej wojny światowej. Jest zresztą na ten temat książka Mariana Stępnia, gdzie dość
skrupulatnie opisany został "romans", jaki z autorem "Legendy Młodej Polski" mieli ludzie sanacji, endecy, ONR-owcy, ale też "niezależni" -
jak Kołaczkowski czy Kazimierz Wyka spierający się znakomicie o Brzozowskiego z Frydem. Po 1945 roku do Brzozowskiego też wracali ludzie bardzo różni: Andrzej Stawar, Czesław Miłosz, Andrzej
Mencwel, Andrzej Kijowski, Józef Czapski, Tomasz Burek, Marta Wyka, Andrzej Walicki, z młodszych Ryszard Nycz czy Andrzej Zawadzki... Ciągnę tę niekompletną przecież listę, żeby pokazać,
iż wbrew retoryce "odkrywania Brzozowskiego", autor "Legendy" - pomijając czasy stalinizmu, kiedy to uznano go za "ideologicznego prekursora polskiego
faszyzmu" - był w Polsce obecny przede wszystkim w obiegu naukowym. Rzeczywiście w PRL były kłopoty z wydawaniem jego książek, ale akurat "Płomienie" wznowione przez
"Krytykę Polityczną" miały kilka wydań po drugiej wojnie - inaczej niż "Głosy wśród nocy", które wychodzą dziś po raz pierwszy od 1913 roku. W ostatnich
latach ukazała się zresztą arcyciekawa krytyczna edycja "Legendy Młodej Polski" w opracowaniu Mencwela, przechodząc jednak bez większego echa. Ale rzeczywiście od lat 80. XX
wieku przestano używać Brzozowskiego do uzasadniania własnych stanowisk ideowych. Nie był też Brzozowski wzorem pisania o współczesnej literaturze. Ostatnią taką próbą jego wykorzystania
był chyba "Świat nieprzedstawiony" Kornhausera i Zagajewskiego, a potem "Rozbiory" Andrzeja Pawluczuka. Te ostatnie ostro krytykował Tomasz Burek jako
karykaturę metody Brzozowskiego. Nie wiem, czy to krytyka słuszna, ale z pewnością sporo było w naszej literaturze rentierów odcinających wygodnie i raczej bezkarnie kupony od myśli autora
"Płomieni". Był Brzozowski i była brzozowszczyzna... Znamienny dla odwrotu od Brzozowskiego w latach 80. był znany tekst Zagajewskiego z "Solidarności i
samotności", przestrzegający młodych krytyków przed nakładaniem maski Brzozowskiego. Natomiast co do pytania o prawicowe lektury Brzozowskiego... Przy szerokim traktowaniu
prawicowości, przyjmując istnienie w naszej tradycji różnych jej typów - choćby konserwatywnej i rewolucyjnej - możemy chyba mówić o dość intensywnej prawicowej lekturze dzieł
Brzozowskiego, choć oczywiście różne tu będą oceny różnych jego książek. Czasem te oceny mogą zaskakiwać. Na przykład Zygmunt Wasilewski, krytyk związany z endecją, czytał
"Głosy wśród nocy" jako potwierdzenie "Myśli nowoczesnego Polaka" Dmowskiego. Wśród prawicowych czytelników Brzozowskiego był Marian Zdziechowski, który
poświęcił mu ciekawą, "rozumiejącą" książeczkę. Entuzjastami byli Jerzy Braun, Bohdan Suchodolski, Karol Ludwik Koniński, Andrzej Trzebiński, Włodzimierz Pietrzak... No
i jest jeszcze bardzo ważne dla współczesnej prawicy czytanie Brzozowskiego przez Tomasza Burka, choć nie nazwałbym go prawicowym w sensie jakichś politycznych aktualizacji tej myśli. Także dla nas Burek był ważny w tym sensie, w jakim oczyszczał Brzozowskiego z prostej kalki, zakładającej, że autor "Głosów wśród nocy" dotarł do religii albo
zupełnie akcydentalnie, w związku ze swoją chorobą, albo na tle czysto nacjonalistycznym, gdzie naród i religia stanowią bezrefleksyjną ideologiczną zbitkę, wobec której polski
intelektualista musi się po prostu w końcu ukorzyć. Burek precyzyjnie pokazywał, jaki to był typ zainteresowania religią, jak bardzo suwerenny, jak silnie związany z nowymi tendencjami
intelektualnymi w Europie. I w jak dużym zakresie używany także do krytyki rozmaitych aspektów polskiego katolicyzmu i nacjonalizmu.
Zgoda. I gdybym z taką poprawką powiedział o użyciach Brzozowskiego przez prawicę, to myślę, że odbierała go zarówno krytycznie, jak i pozytywnie. W tym ostatnim przypadku
najbardziej fascynował ostatni etap jego życia, ten zapisywany w "Pamiętniku", "Książce o starej kobiecie", "Głosach wśród nocy",
wreszcie we wstępie do "Przyświadczeń wiary" Newmana, które zresztą przyczyniły się w dwudziestoleciu do wielu konwersji wśród polskich intelektualistów. Chodzi tu o
Brzozowskiego dokonującego zwrotu religijnego, dochodzącego do katolicyzmu, piszącego, że "narody są jedynymi organami dziejowego działania psychiki". To także Brzozowski,
który odżegnuje się od swoich wcześniejszych fascynacji rewolucją i Rosją. A w przypadku prawicowych rewolucjonistów, takich jak Trzebiński czy Pietrzak, istotny jest i Brzozowski ostro
krytykujący bezdziejowość polskiej inteligencji i polskiej literatury, no i demaskujący "odyseję polskiej słabości", jak to ładnie nazwał Trzebiński... Było to sięganie po Brzozowskiego trochę w taki sposób, w jaki pan Sierakowski używa go w swoim wstępie do "Płomieni", atakując Kołakowskiego i Wajdę, a pan
Michalski do ataku na Krasnodębskiego i Rymkiewicza. Powiedziałbym, że to jest używanie Brzozowskiego w roli wygodnego młota mającego rozbijać polemicznie traktowane wartości czy hegemonie. I
oczywiście pojawia się zaraz pytanie, kto i dlaczego tak Brzozowskiego używa, w jakich okolicznościach i dlaczego akurat jego, a nie na przykład Irzykowskiego, który był również świetnym
rewizjonistą. Kiedy mamy do czynienia z koniunkturą na Brzozowskiego? Może wtedy, gdy jest koniunktura na jakiś rodzaj aktywizmu i radykalizmu, gdy pojawia się apetyt na rewolucję, który
wynika z przejedzenia się tym, co jest? Koniunktura na Brzozowskiego - jako partnera do myślenia, a nie tylko obiekt akademickich badań - wraca, kiedy pojawiają się społeczne warunki podobne do tych, w jakich sam Brzozowski
się zaktywizował. Myślę tu o nowym naturalizmie, tym razem w wersji neoliberalnej (heglowskie jądro determinizmu przeskoczyło z ortodoksyjnego marksizmu do neoliberalizmu), czyli znowu takim
zdjęciu odpowiedzialności z człowieka i powiedzeniu mu, że dla panującego ładu ekonomicznego i politycznego nie ma alternatywy, że człowiek nie musi walczyć o własne miejsce w
przyszłości, bo ma już tam przytułek zagwarantowany przez system. Z taką mentalną sytuacją mamy dziś do czynienia. To Fukuyama, w którego wierzy się szczególnie bezrefleksyjnie na
kapitalistycznych peryferiach. Brzozowski demaskował też bezwład, kwietyzm kulturalny, dopatrujący się w nędzy i poniżeniu znamion wyższości moralnej - to zupełnie jak dziś z hołubieniem
przez ogromną część elit naszego prymitywnego katolicyzmu, który ma stanowić wielką wartość duchową i ostoję polskości, której poseł Gowin nie pozwoli zanieczyścić żadnymi
europejskimi nowinkami. Albo jak z tymi ekspertami ekonomicznymi, którzy cieszą się, że Polacy bardziej niż inni gotowi są wykonywać niewolniczą pracę na Zachodzie albo w Polsce, co
świadczyć ma o ich "młodym duchu" w "sklerotycznej Europie". A najgorszym złem są oczywiście wszelkie zasiłki i pomoc państwa, bo to tylko zdemoralizuje
naszych niewolników i osłabi ich wolę wypruwania sobie żył za 1200 złotych na rękę. Nie, nie przestrzeliliśmy, bo nie używamy Brzozowskiego jako młota, nawet jeśli podstawiamy pod Sienkiewicza naszych obecnych wieszczów - Wajdę z okresu infantylnej
"Zemsty" i "Katynia" czy Kołakowskiego, którego od wielu lat stać jedynie na pogardliwe prychanie na współczesną filozofię, tak jak Sienkiewicz prychał
kiedyś: "Ruja i poróbstwo!" na nową literaturę i dramat. Koniunktura na Brzozowskiego jest dzisiaj doskonała w tym sensie, w jakim wszystkie elementy, które dla Brzozowskiego
były tak irytujące i napędzały go do krytyki, właśnie zaistniały w wolnej Polsce albo trwają w niej nieprzerwanie, od kiedy Brzozowski pisał o "Polsce zdziecinniałej". A
myślę też o jego krytyce polskiej religijności i polskiej rodziny. W tekście Romana Pawłowskiego o "Płomieniach" z "Gazety Wyborczej" trafna jest na
przykład uwaga, że choćby diagnozy Brzozowskiego na temat Kościoła brzmią w dzisiejszej Polsce nieprawdopodobnie wprost aktualnie. Mnie akurat pewien typ antyklerykalizmu wydaje się u Brzozowskiego przestarzały, demagogiczny. Podczas niedawnej lektury "Płomieni" uderzyła mnie scena, gdzie Michał
Kaniowski dowiaduje się, że księża zarazili w kierowanym przez siebie sierocińcu syfilisem małe dziewczynki. Potem widzimy rozwścieczony tłum niszczący klasztor, palący na stosie
krucyfiksy, znęcający się nad duchownymi, oczywiście brzuchatymi i brzydkimi... To wszystko utrzymane jest w nieznośnie hagiograficznym stylu. Nie, nie widzę tu jakiejś specjalnej aktualności poza taką czysto publicystyczną, do tego literacko oraz intelektualnie niezbyt odkrywczą. No i nie jestem na tyle megalomanem narodowym,
by wiązać pewien typ patologii tylko z polskością. Równie dobrze można dla zilustrowania takich zjawisk wydać cokolwiek innego, na przykład "Zmory" Zegadłowicza czy jakieś
antykościelne, wolteriańskie broszurki... Co oczywiście nie znaczy, że o takich sprawach nie trzeba mówić, czy z nimi walczyć. Rzecz w metodach walki i proporcjach widzenia tego, co jest
patologią, a co nie. Poza tym, czytając takie fragmenty, tym mocniej zastanawiamy się nad punktem dojścia Brzozowskiego, nad słynnymi zapisami z końca "Pamiętnika":
"Człowiek jest niezrozumiałą zagadką bez Kościoła. Życie ludzkie jest szyderstwem i igraszką, jeżeli Kościoła nie ma". Bardzo ciekawe są tutaj ostatnie wypowiedzi Burka
na temat aktualności Brzozowskiego jako l'antimoderne, reakcjonisty i katolickiego realisty... U późnego Burka czy późnego Brzozowskiego? Ten ostatni jednak z jakiegoś powodu sięgał do Newmana znacznie częściej niż do Nietzschego i poświęcał mu - umierając właściwie -
tyle energii duchowej. Ta metafizyczna powaga Brzozowskiego jednak jest dla mnie intrygująca i jakoś zobowiązująca. I projektowana przezeń rewolucja dusz raczej, niż instytucji. Bo instytucja
już jest - Kościół... Dla mnie nie ma tu mowy o klasycznej konwersji na katolicyzm. Brzozowski materialistą pozostał konsekwentnie do końca życia. Przypomnę tylko jego słowa z
"Pamiętnika", że "prócz katolicyzmu kultury jest katolicyzm jako droga do świata nadprzyrodzonego. I ta jest dla mnie zamknięta". Nieco dalej Brzozowski pisze
zresztą wprost: "Nie jestem katolikiem, nic nie wiem, mam pewną sumę antypatii i sympatii, ale wiem, że wszystkie one pozostawiają mnie w świcie ludzkim". Jego zwrot religijny
jest raczej zadawaniem tego samego pytania, które towarzyszyło mu przez całe życie: jak ugruntować to działanie człowieka, jak mu dać jakiś moment absolutny. To jednoznacznie kojarzy mi się
ze współczesnymi fascynacjami Zizka i Badiou chrześcijaństwem. Ale jeśli Maciej Urbanowski mówi o Brzozowskim "katolik", to ja się nie kłócę, bo, jak mówiłem, nie ma
dziś sensu konkurowanie o to, czyj Brzozowski... Nie szarpiemy tutaj Brzozowskiego, nie chcemy go szarpać. Raczej chcemy zrozumieć, na ile jest on nam bliski... Akceptuję podstawowy ton Brzozowskiego, którego elementami są takie pojęcia, jak powaga, patos, maksymalizm, heroizm, naród, humor... Nawet moją niechęć dla pewnego typu literatury
niepoważnej, jaka dominuje w Polsce po roku 1989, zawdzięczam Brzozowskiemu... Zawsze podobała mi się jego krytyka. Zarówno ta walcząca, jak i ta "rozumiejąca", dzięki
której powstał piękny, "muzyczny" szkic o Charlesie Lambie w "Głosach". A irytuje mnie, a może tylko niepokoi u niego jego migotliwość, jak to nazywa
trafnie Marta Wyka. To chyba Irzykowski powiedział, że Brzozowski jest jak wystawiona hurtem na sprzedaż apteka. Każdy może kupić, co chce i ile chce... Do tego dochodzi jeszcze ów irytujący
już Zdziechowskiego optymizm suchotnika. Jest Brzozowski "chory" i "rekonwalescent". Przypomina trochę Hansa Castorpa z "Czarodziejskiej
góry". Gruźlica, na którą obaj chorowali, była chorobą ciała, ale do pewnego stopnia i duszy. W sensie metaforycznym w ich chorobie widzimy metaforę stanu ówczesnych umysłów
europejskich, gorączkowo szukających wyjścia z matni, w jaką wtrącił je "głupi" wiek XIX, ale i przewidujących kłopoty, jakie Europa ma już przed sobą. Castorp dystansuje
się wobec Settembriniego i Naphty, Brzozowski - jak mi się zdaje - skłania się ku Naphcie ze wszelkimi tego konsekwencjami - dobrymi i złymi. Tam są dla mnie jednak jakieś miejsca
niepokojące, które Brzozowski dziedziczy na równi ze swymi współczesnymi. Jak czytam na przykład książki Zeeva Sternhella o narodzinach ideologii faszystowskiej we Francji przed 1914 rokiem,
to przecież mowa w nich jest o ulubionych pisarzach Brzozowskiego. Nie chodzi mi oczywiście o etykietowanie znowu Brzozowskiego mianem faszysty, ale o przemyślenie tego, co Fryde pisał o nim jak
ideologu polskiej inteligencji. To tekst ciągle wart uwagi. Nie wiem, czy tak się naprawdę stało i czy prawica kiedykolwiek posiadała Brzozowskiego. No i nie wiem, czy wydanie dwu książek przez "Krytykę Polityczną" oznacza
jakieś przejęcie tego pisarza. Czekajmy, co z tego wyniknie. Nieskromnie też przypomnę, że ja, "prawicowiec", pisywałem jednak o Brzozowskim, pisywali też Burek, Kopiński,
pewnie inni. Ale zapewne jest tak, że koniunktura na "prawicowe" lektury Brzozowskiego skończyła się wraz z eksterminacją prawicy jako pewnej formacji intelektualnej po 1945
roku. Drażnić albo nudzić. W końcu od jego śmierci minęło prawie sto lat i przez ten okres coś niecoś się jednak zdarzyło. Dzisiaj na przykład nie można takich
"Płomieni" z ich patetyczną pochwałą Narodnej Woli czytać naiwnie, zapominając o tym, co było dalej. Ta powieść to dla mnie już w tym sensie wystygłe popioły... Z
pewnością też dla niektórych konserwatystów Brzozowski wczesny, prometejski, ze swoim radykalizmem, także retorycznym, z tym niekiedy jawnie niesprawiedliwym, niemądrym krytycyzmem wobec
sporej części polskiej tradycji, z naiwnym chwilami zapatrzeniem w Rosję, postrzeganiem terrorystów jako nadludzkich tytanów - bywa ciałem obcym. Oni wybraliby już raczej letniego Gombrowicza
z jego "im mądrzej, tym głupiej". Pewne myśli formułowane przez Brzozowskiego polska prawica znajdowała potem u innych, może literacko bardziej komunikatywnych pisarzy
... Może Herberta, Herlinga-Grudzińskiego, Mackiewicza, może Bobkowskiego... Na pewno Karola Wojtyłę. Myślę generalnie o polskich pisarzach nieskażonych prometeizmem, co nie oznacza, że
bezkrytycznych wobec wspólnoty narodowej i tradycji. Raczej opisujących świat niż chcących go gwałtownie zmieniać, by "tańczyć na pobojowisku", jak się marzy Brzozowskiemu
jeszcze w "Pamiętniku". Sponiewierany tamże Irzykowski napisał o Brzozowskim, że są to marzenia skazanej na bezczynność nahajki. Coś w tym jest. Skazany na bezczynność
inteligent marzy, aby wziąć rzeczywistość w galop... Myślę tu zresztą nie tyle o Brzozowskim, co jego naśladowcach. Nas z kolei w "Krytyce Politycznej" strasznie drażni cały ten powtarzany bez przerwy, w odpowiedzi na najbardziej choćby ostrożne hasła emancypacyjne, szantaż
totalitaryzmem, nahajką itp. My oczywiście jesteśmy po lekcji postmodernizmu i - tak jak Brzozowski to najczęściej robił - postępujemy po heglowsku: nowy rezultat zawsze zakłada drogę,
zniesienie czy przezwyciężenie poszczególnych jej etapów, ale nie zapomnienie o nich czy ich przekreślenie. I jeśli próbujemy odnaleźć moment przekroczenia postmodernizmu w myśli nawet
takiego radykała jak Badiou, to wydaje nam się, że ten moment postmodernistyczny chroniący nas w jakiejś mierze przed unieważnieniem Innego czy różnicy stanowisk i tożsamości jest w tym
obecny. A póki jest obecny, póty nie grożą nam nahajki. Natomiast wiem dobrze, że ten moment szantażu konsekwencjami, ten argument z równi pochyłej, gdzie na końcu musi być totalitaryzm,
odgrywa dzisiaj znacznie większą rolę i nie jest tylko ostrzeżeniem. On odgrywa też rolę demobilizującą wszystkich, którzy chcieliby podjąć krytykę liberalnej hegemonii. To właśnie ma
na myśli Sloterdijk, kiedy pisze o oświeconym cynizmie. Ja się w dużej mierze z tym zgadzam, jeśli chodzi o te rozmaite szantaże z totalitarnym na czele, które kneblują dzisiaj nasze myślenie. Brzozowski z pewnością nie był myślicielem
cynicznym, ale też nie bardzo rozumiem, jak dzisiaj miałby on mobilizować swoich czytelników przeciw liberalnej hegemonii. Dla mnie zawsze ważne było też to, że Brzozowski uczył, iż
historia nie tworzy się sama, że jesteśmy za nią - a więc i za siebie - odpowiedzialni. W tym sensie bliskie jest mi rozróżnienie, o którym niedawno mówił w Klubie "Krytyki
Politycznej" w Krakowie Bronisław Łagowski, a mianowicie, że o ile Gombrowicz był piewcą niedojrzałości, a więc jakiegoś dystansu wobec kultury, to Brzozowski - odwrotnie - chciał
nas nauczyć dojrzałości, czyli poczucia odpowiedzialności za kulturę, której jesteśmy (albo mamy być) twórcami, nie zaś tylko biernymi konsumentami. Z całą tego gestu konsekwencją,
także z jego nieuniknioną śmiesznością. Bardzo lubię to zdanie z "Legendy": "Biada człowiekowi, który nie czuje się nigdy już śmiesznym. Jest już więc
doskonały, ma bezwzględną słuszność, przestał żyć, nie chce już stać się niczym innym". W tym sensie Brzozowski jako wychowawca ciągle chce, abyśmy - jako jednostki i jako
naród - żyli na własny koszt, abyśmy walczyli z tą przeklętą odyseją polskiej słabości, z brakiem wiary we własne istnienie.
p
ur. 1979, publicysta, socjolog, założyciel i redaktor naczelny kwartalnika "Krytyka Polityczna" skupiającego środowisko młodej polskiej lewicy. Inicjator listu otwartego do europejskiej opinii publicznej "Chcemy innej Europy" (2003). . Kierowane przez niego Wydawnictwo Krytyki Politycznej opublikowało niedawno "Płomienie" oraz "Głosy wśród nocy" Stanisława Brzozowskiego. W "Europie" nr 210 z 12 kwietnia br. zamieściliśmy jego tekst "Gra w klasy z historią". ur. 1965, historyk literatury i krytyk literacki. Współzałożyciel i członek zespołu redakcyjnego dwumiesięcznika "Arcana". Autor m.in. książek: "Oczyszczenie. Szkice o literaturze polskiej XX w." (2002), "Prawą stroną polskiej literatury" (2007). Opracował najnowsze wydanie "Pamiętnika" Stanisława Brzozowskiego (wyd. Ossolineum, 2008). W "Europie" nr 163 z 19 maja ub. r. opublikowaliśmy jego tekst "Emigranci".