(1913 - 1946)
David Schubert zawdzięcza swoje ponowne narodziny wykładowi Johna Ashbery'ego z tomu "Other Traditions" (2000). Książka ta, która jest próbą uporządkowania pewnego alternatywnego sposobu myślenia o żywej tradycji poetyckiej języka angielskiego, wkrótce ukaże się w Polsce. Schubert urodził się w Nowym Jorku, dzieciństwo spędził w Detroit. Od piętnastego roku życia, po odejściu ojca i samobójstwie matki, był bezdomny. Pracował m.in. jako sprzedawca gazet i napojów gazowanych, pomocnik kelnera i pomocnik na farmie. Został również zatrudniony na jednym z turnusów organizowanych przez Civilian Conservation Corps, amerykańskie hufce pracy, które Roosevelt uczynił elementem walki z bezrobociem w czasie Wielkiego Kryzysu. Był studentem Amherst College, nowojorskiego City College i Columbii. Ożenił się, gdy miał 20 lat. Niedługo później choroba psychiczna zniszczyła małżeństwo i przyjaźnie. Zmarł na gruźlicę w szpitalu dla umysłowo chorych na Long Island. Dopiero w 1961 roku wdowie udało się opublikować zbiór jego wierszy zatytułowany "Initial A". Wiersze z tej książki, a także wszystkie inne pisma, które się uchowały (w tym juwenilia oraz listy), zawiera zredagowany przez Theodore'a i Renée Weissów tom "Works and Days" (1983). Resztę, między innymi kompletną powieść, Schubert zniszczył w przystępie szału. Z powieści owej ocalało tylko pierwsze zdanie: "Na dworze był wtorek".
p
Przybysz
Do tego ogrodu przyszedł prosto
Z gór. Witam cię, panie, wszystko, co mam, należy i do ciebie.
Przyszedł tu z gór, stamtąd wypatrzył
Ten przyjemny cień. Zasiadł ze mną pod dębem.
Cóżeś to w górach robił, panie,
Prócz tego, żeś polował na białego jelenia?
Polowałem w górach i knułem
Jak ogród twój zniszczyć i obrócić w ruinę.
Jak upodobnić się myślałem
By wkraść się w twoje zaufanie.
Dlatego teraz cię uśmiercam, gdy ty
Śnisz sen o przyjaźni, którą ci przynoszę.
Tak rzekł ów z gór człowiek, z gór,
Który mnie tutaj odwiedził.
Lecz patrząc już tylko ku górze
Gdzie moja gwiazda zawisła,
Rzekł człowiek, ów człowiek z gór,
Będę już tylko widział ogród wspaniały, który tu uśmierciłem,
Rzekł człowiek, ów człowiek z gór.
Monterey
Wzgórza pęczniały od deszczu
I młodości. Skończyłem
Co miałem do zrobienia
W chacie w której mieszkałem z dwoma kolegami.
To miał być w naszym życiu
Punkt zwrotny, chwila
Do którejśmy wracali,
Kiedy byliśmy wykończeni, gdy
Do roboty nie było już
Nic. Tak jak powinno być w domu
U rodziców.
Ona przyjechała z koleżanką,
Było je słychać na drodze. Nie
Dogadzała jej kwatera.
Któryś z nas spotkał je
Na drodze, zaprosił do domu na lunch.
Nie pokochałem jej
Dla niej, kochałem ją dla siebie. Była,
Z wyobrażonych dziewcząt, jedną.
Jestem zaciekłym indywidualistą;
Nie zwlekałem i nie udawałem.
przełożył Piotr Sommer