Stan nadzwyczajny? Może być ogłoszony w tym tygodniu, może za dwa‒trzy tygodnie albo wcale ‒ przyznaje rozmówca DGP z rządu. Coś, czego do tej pory PiS unikał jak ognia, aktualnie jest traktowane jako realny scenariusz. ‒ Kryterium będzie duża liczba przypadków, która zagrozi wydolności systemu ochrony zdrowia ‒ potwierdza inny z naszych rozmówców.

Reklama

W zeszłym tygodniu wprowadzenia stanu nadzwyczajnego nie wykluczył premier Mateusz Morawiecki. O ile "sytuacja będzie ulegała dalszej eskalacji”. Choć nasi rozmówcy podkreślają wyraźnie, że to na razie jedna z rozpatrywanych możliwości, a nie zakładany scenariusz. Ponadto z naszych ustaleń wynika, że wstępnie rozważany jest też wariant tworzenia szpitali polowych, np. w hostelach czy akademikach.

‒ W rachubę może wchodzić wyłącznie stan klęski żywiołowej, gdyż stan wyjątkowy dotyczy nadzwyczajnych wydarzeń politycznych. Wprowadzenie stanu klęski umożliwia ograniczenie praw i wolności, w tym gospodarczej czy przemieszczania się ‒ zauważa konstytucjonalista dr. hab. Jacek Zaleśny z UW. ‒ Patrząc na wprowadzane od wiosny przez rząd ograniczenia, można powiedzieć, że wprowadzenie takiego stanu mogłoby przywrócić praworządność w działaniu na podstawie prawidłowej podstawy prawnej ‒ dodaje.

Zmartwienia rządzących dotyczące mobilizacji kadry medycznej są dwojakiego rodzaju. Z jednej strony chodzi o lekarzy czy pielęgniarki, którzy załatwiają sobie zwolnienia z pracy (zwłaszcza osoby starsze, należące do grupy ryzyka). Z drugiej chodzi o siłę wyższą, a więc sytuację, gdy na oddziale szpitalnym zostaje wykryty koronawirus i część personelu trzeba wysłać na kwarantannę.

Co w tej sytuacji da ewentualny stan nadzwyczajny? Nasi rozmówcy z rządu sugerują, że chodzi głównie o możliwość zmobilizowania większej liczby personelu medycznego. ‒ Na pewno wtedy będzie można działać bardziej kategorycznie. Dziś dużym problemem jest, że lekarze nie chcą pracować w szpitalach covidowych ‒ mówi nasz informator. Choć będzie także możliwość, by zmusić do większego zaangażowania w walkę z epidemią firmy czy obywateli. Nie ma jednak zgody co do tego, że stan nadzwyczajny będzie remedium na problemy wywołane epidemią. ‒ Zakażonych lekarzy też weźmiemy w kamasze? Jak się nie ma zasobów ludzkich, to nawet stan nadzwyczajny nie pomoże ‒ ocenia marszałek woj. mazowieckiego Adam Struzik. ‒ Oczywiście pewna część personelu się boi, ale zdecydowana większość sumiennie pracuje. Głównym problemem jest czasowe wyłączenie personelu i odesłanie na kwarantannę, na co nikt nie ma wpływu. Już raz wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł próbował zmusić personel medyczny do pracy w DPS-ach i ta inicjatywa skończyła się kompromitacją ‒ dodaje.

Jak mówi nam osoba z PiS, największym demotywatorem przy podejmowaniu decyzji o stanie nadzwyczajnym jest kwestia odszkodowań dla przedsiębiorców. Dziś, gdy takiego stanu nie ma, firmom, które ucierpiały wskutek lockdownu, trudniej o takie rekompensaty. Zwłaszcza że po tym, jak pojawiły się pierwsze pozwy wobec państwa, premier zlecił Trybunałowi Konstytucyjnemu, by zbadał konstytucyjność art. 417 kodeksu cywilnego o odpowiedzialności odszkodowawczej Skarbu Państwa za szkodę wyrządzoną przez niezgodne z prawem działanie lub zaniechanie organu władzy publicznej. Jak pisaliśmy w DGP, uwzględnienie wniosku premiera może doprowadzić do "braku możliwości dochodzenia roszczeń”.

Sytuacja jednak nie jest do końca jasna. Jeszcze w kwietniu samorządowcy ze Związku Miast Polskich (ZMP) skierowali do premiera list otwarty, w którym przestrzegali, że niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej (w związku z wyborami prezydenckimi) stanowi dużo poważniejsze zagrożenie dla państwa, niż gdyby został ogłoszony. ‒ Dopiero wtedy część roszczeń odszkodowawczych, które dzisiaj są możliwe i w pełni uzasadnione w świetle prawa, stałyby się bezpodstawne ‒ wskazywali samorządowcy. Z jeszcze ostrzejszym apelem wyszli w minionym tygodniu. Wskazują, że zamiast stanu nadzwyczajnego, rząd wykorzystuje ustawę o zwalczaniu chorób zakaźnych, "ewidentnie nadużywając zawartych w niej regulacji”. ‒ Podejmowano na najwyższym szczeblu nielegalne decyzje, forsując rozwiązania, które w każdej chwili mogą być podstawą roszczeń odszkodowawczych ‒ podkreśla ZMP.

Z dzisiejszej perspektywy widać również, że przesunięcie wyborów w czasie ‒ poprzez wprowadzenie stanu nadzwyczajnego ‒ z epidemicznego punktu widzenia mogłoby być karkołomnym przedsięwzięciem. Przykładowo wariant, który proponował kandydat Lewicy Robert Biedroń, zakładał wprowadzenie miesięcznego stanu klęski, czego skutkiem byłoby przeprowadzenie wyborów najpóźniej 4 października. Gdy Biedroń to proponował (29 kwietnia), mieliśmy w Polsce 422 zakażenia. 4 października ‒ już 1934.

Z wprowadzenia stanu wyjątkowego do walki z koronawirusem skorzystali nasi południowi sąsiedzi. W październiku wprowadzili go i Czesi, i Słowacy. Wiąże się to z zaostrzeniem restrykcji, m.in. wcześniejszych zamykaniem barów i restauracji czy zamknięciem na dwa tygodnie w Czechach kin i teatrów.