Gruzja zbrojne starcie z Rosją musiała przegrać. Nie miała w nim żadnych szans. Salomé Zurabiszwili, była gruzińska minister spraw zagranicznych, z którą dziś rozmawiamy, przyznaje to otwarcie: przegraliśmy na całej linii i musimy z tego wyciągnąć wnioski. Czy odpowiedzialność za klęskę ponosi gruziński prezydent? Zurabiszwili pozostaje lojalna wobec Micheila Saakaszwilego, ale nie ukrywa, że gdy sytuacja się uspokoi, prezydent będzie musiał przynajmniej jasno wytłumaczyć się ze swoich działań. Gruzja cierpi na poważny deficyt demokracji: parlament nie jest w stanie kontrolować rządu, a media są zbyt słabe, by w jakikolwiek sposób hamować autorytarne zapędy władzy. Gospodarka wymaga pilnych reform. Dlatego konflikt wokół Osetii i Abchazji musi zostać rozwiązany pokojowo. Gruzji nie stać na gigantyczne zbrojenia, które pochłaniają dziś niemal jedną trzecią jej budżetu. Czy jednak Rosja pozwoli kaukaskiej republice spokojnie się rozwijać? Zurabiszwili wskazuje, że tak naprawdę Rosjanom do niczego niepotrzebne są konflikty w rejonie Kaukazu. Więcej mogą zyskać, gdy będzie tam panował spokój - choćby na prywatyzacji tamtejszych przedsiębiorstw. Zakończona właśnie wojna miała raczej przyczyny psychologiczne niż polityczne czy gospodarcze. Rosja wciąż musi przekonywać świat - a zwłaszcza Europę - jak bardzo jest silna i zdecydowana. To i tylko to daje jej poczucie imperialnej potęgi.
p
Tak. Rosja. Rosyjscy żołnierze i czołgi stoją dziś w najważniejszych strategicznie miejscach w Gruzji. Naszym zadaniem będzie teraz wygranie negocjacji:
doprowadzenie do wycofania wojsk na drodze dyplomatycznej. Nas wszystkich - także naszych sprzymierzeńców w Europie i NATO - czeka zadanie wygrania negocjacji z Rosją. I poważny wysiłek mający
na celu wycofanie wojsk rosyjskich i skłonienie Rosjan, by przestrzegali porozumienia o zawieszeniu broni. Nie będzie to proste, ponieważ Rosjanie lubią bawić się w kotka i myszkę. A kiedy to
wreszcie nastąpi, zaczniemy jeszcze ważniejszą debatę: na temat przyszłości Gruzji.
Najistotniejsze jest to, że po raz pierwszy w najnowszej historii - od czasu upadku Związku Sowieckiego - mieliśmy do czynienia z rosyjską interwencją militarną wobec kraju uznawanego za
niepodległy nie tylko przez wspólnotę międzynarodową, lecz również przez samą Rosję. I właśnie to stanowi przyczynę, dla której konflikt gruzińsko-rosyjski wywołał tak szybką i
zdecydowaną reakcję zarówno Unii Europejskiej, jak i wspólnoty międzynarodowej.
Nie przypuszczam, by w naturze Rosji leżało tego rodzaju racjonalne ekonomiczne planowanie. Zresztą z punktu widzenia ekonomicznego Rosjanie nie mają żadnego powodu, by podbijać Gruzję. Mogą
wzmacniać swoje wpływy bez wystrzelenia jednej rakiety. Firmy rosyjskie lub z rosyjskim kapitałem brały udział w prywatyzacji najważniejszych gruzińskich zasobów. Tuż przed wybuchem
konfliktu rosyjska firma ITERA przejęła na przykład całą dystrybucję gazu. Inne rosyjskie przedsiębiorstwo należy do konsorcjum sterującego rurociągiem Baku-Tbilisi-Ceyhan. Zachowanie Rosji
jest w znacznie większym stopniu zdeterminowane politycznie i psychologicznie. Putin chciałby pokazać, że dysponuje wyłącznością na wywieranie wpływu w rejonie Kaukazu.
Na krajach, przez które przebiega rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan - zwłaszcza na rejonie Kaukazu - będzie ogniskować się długoterminowa strategia Gazpromu i Rosji. Nie tyle z przyczyn finansowych
lub czysto ekonomicznych, ale - znów - raczej dlatego, że Rosja dostrzega w tym działaniu możliwość wywierania nacisku politycznego na kraje europejskie. Destabilizacja tych obszarów leży w
najlepszym interesie Rosji. Jeśli przyjrzymy się ostatnim dyskusjom na temat bezpieczeństwa energetycznego między państwami Unii, od razu zauważymy, że te ostatnie są raczej niechętne, by
angażować się w politykę energetyczną w rejonach, gdzie rurociągi nie są bezpieczne i pewne. Jeśli nic się nie zmieni, to w sytuacji, gdy kraje europejskie będą miały do wyboru bezpieczne
rurociągi w Rosji i niepewną alternatywę w rodzaju Baku-Tblisi-Ceyhan, wybiorą te pierwsze. Jedyną szansą jest to, że Europa przekona się, iż inne trasy tranzytu ropy są niezbędne i w
końcu pomyśli o zapewnieniu bezpieczeństwa i stabilności regionom, przez które owe trasy przebiegają.
Jak pani wie, moje ugrupowanie - Gruzińska Droga - znajduje się w opozycji demokratycznej do Saakaszwilego. I pani pytanie z całą pewnością znajdzie się wśród tych, które mu zadam, kiedy
wrócę już do Gruzji. Podobnie społeczeństwo - kiedy tylko sytuacja stanie się spokojniejsza - będzie chciało rozliczyć prezydenta z jego postępowania. Dziś jednak wolałabym powstrzymać
się od krytyki. O wiele istotniejsze jest wciąż istniejące zagrożenie dla niepodległości Gruzji. Dlatego nie chcę odpowiadać na to pytanie: obawiam się, że każda wypowiedź krytykująca
decyzję Saakaszwilego może jeszcze posłużyć Rosjanom jako argument, by usunąć go ze stanowiska prezydenta i zastąpić marionetkowym władcą posłusznym Kremlowi.
Byłam ministrem spraw zagranicznych w rządzie Saakaszwilego przez niemal dwa lata. I zawsze uważałam, że nie ma żadnej alternatywy dla pokojowego rozwiązania konfliktów z separatystami
osetyjskimi i abchaskimi. Niestety sposób, jaki wybrał Saakaszwili, był co najmniej dziwny. Częściowo składały się nań działania skierowane na pokojowe rozwiązanie problemu. Tworzono i
próbowano wprowadzać w życie plany pokojowe - jeden za drugim. Jednocześnie lubowano się w retoryce militarnej, wydawano wielkie pieniądze na rozmieszczanie baz wojskowych. Sytuacja przestała
być zrozumiała dla separatystów, a gruzińska propozycja budowania wspólnego bytu państwowego stała się podejrzana. Separatyści nie wierzyli, że Gruzja na poważnie traktuje plan
zaprowadzania pokojowych rozwiązań na swoim terytorium.
Ma pani rację. Na przykład w ubiegłym roku jedną trzecią wszystkich środków budżetowych przeznaczono na wojsko. To po prostu zbyt wiele. Zgadzam się, że Gruzja jako państwo młode,
zmuszone troszczyć się o swoją niezależność, potrzebuje godziwie wyposażonej i nowoczesnej armii. Z drugiej strony oczywiste jest, że bez względu na to, jak dobrze Gruzja byłaby uzbrojona,
i tak nigdy nie będzie w stanie stawić czoła potencjalnemu zagrożeniu ze strony Rosji. Niezależnie od tego, ile wysiłku i funduszy włożymy w zbrojenia, nigdy nie będziemy w stanie stworzyć
sił, które zrównoważyłyby monstrualną siłę armii rosyjskiej. Konflikt, który obserwujemy, stanowi tutaj oczywisty dowód. Dlatego z punktu widzenia bezpieczeństwa byłoby lepiej inwestować
pieniądze w rozwój gospodarczy. To jedyny sposób, by gruzińską alternatywę uczynić atrakcyjną w oczach separatystów. Tylko sprawna gospodarka mogłaby być podstawą konsensusu w Gruzji.
Możliwe, że Saakaszwili tak uważa, choć mi akurat ten pomysł jest zupełnie obcy. Chciałabym, by Gruzja stała się Szwajcarią Kaukazu, a nie państwem, które buduje swoją pozycję na sile
militarnej. Musimy zdać sobie sprawę, jak wiele nam jeszcze brakuje. Państwo, w którym kuleje służba zdrowia, w którym rolnictwo pogrążone jest w biedzie, ma jeszcze bardzo wiele do
zrobienia, w sensie zarówno społecznym, jak i ekonomicznym. Na razie nie jesteśmy krajem rozwiniętym.
Istotnie, było bardzo wiele problemów - zarówno w wypadku styczniowych wyborów parlamentarnych, jak i majowych prezydenckich. Wybory zostały zmanipulowane, parlament w żadnym razie nie
reprezentuje społeczeństwa. Co więcej, parlament właściwie nie dysponuje uprawnieniami konstytucyjnymi, by kontrolować budżet, decyzje rządu i prezydenta. Są i inne wady demokracji
gruzińskiej, na przykład bardzo słabe media. Nie ma żadnej niezależnej telewizji, zaś prasa jest niezwykle słaba. Na dodatek Saakaszwili po wyborach parlamentarnych wstrzymał finansowanie
państwowe dla partii należących do opozycji i de facto pozostawił je bez środków na kontynuowanie działalności politycznej. Decyzja ta była surowo krytykowana przez Condoleezzę Rice podczas
jej wizyty w Tbilisi kilka tygodni temu, a jednak następnego dnia po tej wizycie prezydent i tak podpisał odpowiedni dekret. Niejasno wyglądała też sytuacja w dziedzinie prywatyzacji: choć
Gruzja powinna dążyć do niezależności, w prywatyzacji jej najbardziej strategicznych zasobów uczestniczyła na wielką skalę Rosja. Jak pani widzi, doświadczamy w Gruzji licznych problemów w
polityce wewnętrznej. Legitymizacja przywództwa Saakaszwilego jest coraz słabsza. On sam na pewno to widzi.
Jak mówiłam, nie chcę na razie komentować decyzji Saakaszwilego o rozpoczęciu konfliktu zbrojnego. Proszę zrozumieć, że nawet jeśli jestem w opozycji względem prezydenta, rzeczą dla mnie
absolutnie nie do zaakceptowania są wypowiedzi Rosjan, którzy chcieliby usunąć go ze stanowiska. Oznaczałoby to, że decyzje o losie Gruzji zapadają poza naszymi granicami, tymczasem ktokolwiek
ma tu rządzić, powinien być wybrany decyzją społeczeństwa, a sprawować władzę z woli Rosji.
Kiedy pełniłam funkcję ministra spraw zagranicznych, wynegocjowaliśmy wyjście wojsk rosyjskich z Gruzji. Myślę, że był to zasadniczy postęp i że udało nam się wówczas osiągnąć pewną
formę normalizacji relacji gruzińsko-rosyjskich. Chociaż wiele pozostawało do zrobienia, przynajmniej poruszaliśmy się we właściwym kierunku. Zasadniczy błąd popełniono potem, już po moim
odejściu z urzędu, angażując się w konfrontację retoryczną ze stroną rosyjską. Jeśli dochodzi do tego typu nieproporcjonalnej konfrontacji, kończy się to zwykle poważnymi ustępstwami ze
strony małego państwa. Na końcu okazuje się, że nie ma innego sposobu przywrócenia przyzwoitych relacji. To bardzo niebezpieczna tendencja. Można próbować pokonać Rosję za pomocą
inteligencji i doświadczenia politycznego, a nie przez demonstrację siły, która prowadzi donikąd.
Tak, i to bardzo podobnej natury. Zabrakło wiedzy na temat Europy. Świadomości, że za każdym razem, gdy dochodzi do konfrontacji między Gruzją i Rosją, odstrasza to Europejczyków, a także
odsuwa nasze ewentualne wstąpienie do NATO i Unii. Należałoby się uczyć ostrożności od tych krajów w Europie Wschodniej, które prowadziły politykę nieantagonizowania Rosji w czasie, gdy
oczekiwały na przyznanie im takiego członkostwa. Tego przykładu władze w Gruzji wystarczająco nie przemyślały.
Reakcja Unii Europejskiej była szczególnie szybka i efektywna. Już kilka dni po rozpoczęciu walk mieliśmy pierwsze zawieszenie broni. Warunki, na których zawarto tę umowę, mogły wydawać
się nie do końca korzystne - szczególnie Gruzinom. Jednak biorąc pod uwagę, że przewaga militarna była po stronie Rosji i że absolutnym priorytetem było zatrzymanie interwencji, rozwiązanie
było satysfakcjonujące dla wszystkich.
Każde z 27 państw reaguje na te wydarzenia we własny sposób uwarunkowany historią i aktualnie prowadzoną polityką. Jest jednak prawdziwą siłą Europy, że przy tym wszystkim potrafi
zachować wspólną linię. Przez ten cały czas nie dostrzegłam rozbieżnych opinii w sprawach kluczowych: w kwestii tego, że Gruzja powinna otrzymać wsparcie, że trzeba chronić jej
suwerenność, że jedynym sposobem uniknięcia konfliktu zbrojnego są negocjacje.
Była spóźniona, ale ze zrozumiałych względów. Strona amerykańska wielokrotnie przypominała Gruzji, by nie dała się sprowokować. Takie było najważniejsze przesłanie niedawnej wizyty
Condoleezzy Rice w Tbilisi: jeśli Gruzja nie będzie zachowywać się przyzwoicie, USA nie będą brały za nią odpowiedzialności. Reakcje Stanów Zjednoczonych nabierały jednak coraz bardziej
stanowczego charakteru, gdy stało się oczywiste, że konflikt nie ograniczy się tylko do naszego kraju. Jedyną rzeczą, co do której jestem rozczarowana, jest to, że zarys strategii ustalony w
ostatnich dniach przez NATO wydaje się zbyt drobiazgowy. Być może bardziej zdecydowany wpływ miałoby jedno zdanie: że Zachód nie jest zainteresowany angażowaniem się w konflikt militarny z
Rosją, ale istnieje pewna granica jego cierpliwości.
Uważam, że tak i - paradoksalnie - na lepsze. Przedtem relacje między Rosją a Unią Europejską nie opierały się w ogóle na dialogu. Poza krótkim epizodem ukraińskim rozmowy ani nie
zawierały żadnych istotnych treści, ani nie przynosiły rezultatów. Po raz pierwszy Unia i Rosja mają szansę na poważny dialog na temat ważny dla obu stron. Rosja nie powiedziała na
przykład Europie: "To nie wasza sprawa". To fundamentalna zmiana. Za szczególnie doniosłe uważam też deklaracje ze strony europejskiej o planach umieszczenia w Gruzji jakiegoś
rodzaju sił obserwacyjnych. Byłby to ogromny krok naprzód, bo jeszcze niedawno Europa w ogóle nie chciała angażować się ani w sprawy naszego kraju, ani w sprawy Kaukazu. A więc pomału
idziemy naprzód.
współpraca Filip Memches
p
, ur. 1952, polityk gruzińska. Urodziła się w Paryżu w rodzinie gruzińskich emigrantów i do 2003 roku pracowała we francuskiej dyplomacji - m.in. na placówkach we Włoszech i w USA. W 2003 roku została mianowana ambasadorem Francji w Gruzji. Rok później prezydent Saakaszwili powołał ją na stanowisko ministra spraw zagranicznych Gruzji, które pełniła do października 2005 roku. Dziś jest liderem opozycyjnego ugrupowania Gruzińska Droga. W "Europie" nr 159 z 21 kwietnia 2007 roku opublikowaliśmy wywiad z nią "Rewolucja przegrała".