"Codziennie, gdy idę na dyżur i wiem, że znowu będę sama, modlę się, żeby nic się stało. Kiedyś jedna z pacjentek zemdlała, okazało się, że ma krwawienie do brzucha. Nie dość, że musiałam zostawić inną chorą, to jeszcze stanęłam przed dramatycznym wyborem: czy najpierw podłączyć kroplówkę, czy reanimować, a może lepiej od razu biec po lekarza. Nie chciałabym nigdy trafić jako pacjentka na mój oddział" - opowiada położna z dużego szpitala w środkowej Polsce.

Reklama

Dylematy, z jakimi zmagają się polskie siostry, doskonale zna Ewa Obuchowska z Okręgowego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. "Kiedyś na spotkaniu związkowym któraś zapytała: a jeśli nagle umiera dwóch pacjentów, to którego powinnam najpierw ratować?" - opowiada. "To pytanie to dowód, jak tragiczna jest sytuacja. Nie umiałam na nie odpowiedzieć" - dodaje z goryczą.

>>>Pacjenci umierają, bo nie ma pielęgniarek

Zdaniem przewodniczącego Małopolskiej Okręgowej Rady Pielęgniarek i Położnych Tadeusza Wadasa pielęgniarek jest tak mało, że coraz częściej pracują na granicy ryzyka. "Pacjenci nie zdają sobie sprawy, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Często w szpitalach jest nawet o połowę mniej pielęgniarek, niż powinno być. W województwie małopolskim tylko dwie placówki spełniają kryteria dotyczące minimalnej liczby zatrudnionych. Jeżeli nikt tego nie skontroluje, może dojść do tragedii" - ostrzega Wadas. I dodaje: "Do systemu ochrony zdrowia powinno trafiać w Małopolsce 600 pielęgniarek rocznie, a tymczasem jest ich około... 60."

Na jego biurko trafiają w ostatnich tygodniach dramatyczne listy od sióstr. „Zdarza się, że na dwóch salach operacyjnych jednocześnie do znieczuleń asystuje jedna pielęgniarka. Często z oddziału intensywnej terapii na blok operacyjny wysyłana jest pielęgniarka, która rano wykonywała toalety u chorych z zakażeniami bakteryjnymi. Pracujemy pod ciągłą presją psychiczną, jesteśmy zmęczone i wypalone” - napisały kilka dni temu kobiety zatrudnione w szpitalu im. Chałubińskiego w Zakopanem. „W oddziale 5c w lipcu obsadzano część dyżurów nocnych salowymi” - opisują braki kadrowe siostry z krakowskiego szpitala im. Babińskiego. Podobnie jest niemal w całej Polsce.

Ale kryzys jest o wiele głębszy. W tym roku po raz pierwszy w historii pielęgniarskie szkoły wyższe musiały zorganizować powtórną rekrutację, bo w pierwszej turze zgłosiło się zbyt mało chętnych.

"Młode dziewczyny nie garną się do zawodu, bo zdają sobie sprawę, że w szkole zdobędą prawie taką samą wiedzę jak lekarze, ale potem będą zarabiać o wiele mniej" - tłumaczy rzeczniczka Śląskiego Uniwersytetu Medycznego Izabella Koźmińska-Życzkowska. Rzeczywiście, pielęgniarstwo nie jest w Polsce lukratywnym zajęciem. Jak wynika z szacunkowych danych, siostra stawiająca pierwsze kroki w zawodzie zarabia nie więcej niż półtora tysiąca złotych brutto miesięcznie, starsza pielęgniarka 2,3 tys. zł, a przełożona 3 tys. zł.

"Jestem pielęgniarką od 27 lat, ale gdyby o radę poprosiła mnie młoda dziewczyna, to zdecydowanie odradziłabym jej pracę w tym zawodzie. Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy postrzegane jako coś niewiele lepszego niż zwykłe salowe" - podsumowuje gorzko Małgorzata Hirzewska ze szpitala im. Barlickiego w Łodzi. Hirzewska stoi na czele trwającego już blisko dwa tygodnie strajku sióstr domagających się podwyżek płac.

p

KATARZYNA ŚWIERCZYŃSKA: Zdarza się, że zostaje pani sama na oddziale?
POŁOŻNA*: To norma. Powiem tak: pacjentki są bezpieczne między 7 a 15. Wtedy jest jeszcze zabiegowa, oddziałowa, lekarze. Od godz. 15 na ginekologii operacyjnej zostaje jedna pielęgniarka dyżurna na 25 łóżek. Jest też dwóch lekarzy dyżurnych, którzy mają pod opieką 100 łóżek na całym bloku ginekologiczno-położniczym. Nie można ich wzywać do byle czego.

I daje sobie pani radę?
Nie ma wyjścia. Ale zawsze odbywa się to kosztem pacjentek. Muszę wybierać, którą zajmę się teraz, a której każę poczekać. Zdarza się, że mam pacjentkę po operacji, której pilnuję pod prysznicem, żeby nie zasłabła, a inna prosi, by jej zmienić opatrunek, bo sobie np. go zmoczyła. I wtedy ta druga musi poczekać. Najwyżej trochę zmarznie od mokrego bandaża.

Dlaczego godzi się pani na pracę w takich warunkach?
Nie mam większego wyboru. Mogę odmówić przyjęcia dyżuru, ale wtedy stracę pracę. Jeśli kiedyś, nie daj Boże, jakiś pacjent mi zejdzie podczas dyżuru to, owszem, wiem, że pójdę siedzieć. Ale wtedy pociągnę za sobą wszystkich, którzy wiedzą, jak dramatycznie brakuje pielęgniarek i nic nie robią, z dyrektorem szpitala na czele.

*Położna pracująca w jednym ze szpitali w województwie kujawsko-pomorskim