Pierwszy przypadek syndromu Capgrasa został opisany w latach 20. XX wieku. Mieszkająca w Paryżu kobieta, znana jako pani M., upierała się, że jej rodzinę zastąpiły nieznane jej identycznie wyglądające osoby. Wkrótce to samo zaczęła mówić o swoich sąsiadach, przyjaciołach i znajomych. Rola sobowtóra była krótkotrwała – dawnych sobowtórów wciąż wypierali nowi. Pani M. umarła w przekonaniu, że miała ponad 80 mężów.

Joseph stojąc przed lustrem, szczypał się w ramię, ale to nadal nie stanowiło dla niego dowodu, że on sam i mężczyzna szczypiący się w ramię, widziany w lustrze, to jedna i ta sama osoba. Wszystkim nieustannie zadawał pytanie: „Czy wyglądam inaczej? Czy wciąż jestem sobą?”. Rosamunda za każdym razem, gdy widziała swe odbicie, była przekonana, że jest jakąś inną kobietą, która pragnie odbić jej męża. Zazdrość doprowadzała ją do histerii – za każdym razem, gdy widziała „kochankę”, chciała się na nią rzucać. (Zauważono, że Rosamunda gdy przegląda się w malutkim lusterku do makijażu, widzi siebie, a nie „tamtą kobietę”. Zakupiono całą serię luster – od bardzo małego do największego. To poskutkowało. Po jakimś czasie Rosamunda doszła do wniosku, że również w większych lustrach patrzy na siebie).

Syndrom Capgrasa ogranicza się do zaburzeń jednego ze zmysłów. Najczęściej dotyczy wzroku. Pacjenci są na przykład zdolni rozpoznać swoją matkę, gdy rozmawiają z nią przez telefon. Jednak gdy znajdą są naprzeciwko niej, są przekonani, że została zastąpiona przez jakąś oszustkę. W przypadku niewidomych syndrom Capgrasa dotyczył słuchu – twierdzili, że głos męża czy żony pochodzi od repliki. W łagodniejszych postaciach syndromu Capgrasa złudzenia dotyczą przedmiotów bądź zwierząt. Pacjenci bywają przekonani, że podmieniono ich sportowe buty albo psa. W przypadku, gdy zaburzenia są szczególnie gwałtowne i gdy poczucie nierzeczywistości narasta, zdarza się, że ludzie dochodzą do wniosku, że są martwi. Wyobrażają sobie na przykład, że znajdują się w piekle. Albo że ich ciało gnije.

Ludzie cierpiący na syndrom Capgrasa pod wszystkimi innymi względami wydają się całkowicie normalni. Można z nimi normalnie rozmawiać, bywają błyskotliwi i niezwykle spostrzegawczy. Wszystko wydaje się w najlepszym porządku. Dlaczego w takim razie bez końca upierają się, że ich własna matka nie jest wcale ich matką, tylko jakąś oszustką?

Vilayanur Ramachandran, jeden z wielkich badaczy mózgu, twierdzi, że cały problem sprowadza się do uszkodzenia łączy odpowiedzialnych za przekazywanie sygnałów wzrokowych do ośrodka, który odpowiada za nasze emocje. Pacjent patrzy na swoją matkę – i bez trudu rozpoznaje jej twarz. Przecież doskonale ją pamięta. A jednak ku swemu wielkiemu zdziwieniu stwierdza, że ten widok nie wzbudza w nim absolutnie żadnych emocji. Czuje się tak samo, jakby spoglądał na stare krzesło, słup telegraficzny czy inny przedmiot doskonale mu obojętny. Innymi słowy nie czuje absolutnie nic. Myśli mniej więcej tak: „Skoro jest to moja matka, dlaczego nie ma we mnie ani trochę miłości – albo strachu. Powód może być tylko jeden: to nie jest moja matka. To musi być ktoś inny”. W jego własnych oczach ten wniosek wydaje się doskonale logiczny.

Jedną z wielkich ambicji filozofii od wieków jest to, by nauczyć nas, jak „myśleć w kolorze śmierci”. Jak spoglądać na świat w sposób znacznie doskonalszy, wyzwolony ze wszystkich emocji... Przypadek syndromu Capgrasa udowadnia, że trudno o program bardziej szkodliwy i absurdalny. Gdy brakuje w nas emocji, rodzi się szaleństwo.

Maciej Nowicki