Nagła śmierć Kamili Skolimowskiej szczególnie przygnębiła stołecznych policjantów. Stracili koleżankę z pracy, w stopniu sierżanta. "Nie znała pojęcia: nie da się, to niemożliwe" - mówi DZIENNIKOWI rzecznik komendanta stołecznej policji Marcin Szyndler. Wielu z funkcjonariuszy na głośnych czwartkowych demonstracjach miało czarne wstążki po śmierci Skolimowskiej.
Najpierw w oddziałach prewencji w podwarszawskim Piasecznie, następnie w Wydziale Doskonalenia Zawodowego.
”. Była w tym bardzo dobra” - opowiada Marcin Szyndler. Dlatego przez ostatni rok wiele czasu spędziła w sali gimnastycznej w piaczeczyńskiej siedzibie prewencji.
Tutaj swoim przyjaciołom zostawiła po sobie pamiątkę - młot. ”Jeden z kolegów założył się z nią, że rzuci ponad 20 metrów” - mówi Szyndler. Skolimowska przyniosła młot, lecz rozstrzygnięcia zakładu nie poznamy już nigdy.
Olimpijka pracowała wśród wielu sportowców - np. judoków. "" – mówi Szyndler.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl