Zarówno w PRL-u, jak i w całych demoludach propaganda nie była jedynie elementem życia. Aparat władzy był nią całkowicie przesycony, a państwo w sposób absolutny kontrolowało całą sferę życia publicznego, a nawet niemałą część prywatności swoich obywateli. Szczególnie widoczne było to w czasach stalinowskich, kiedy jeden, niewątpliwie psychotyczny, umysł narzucał swoje fobie całemu szeroko pojętemu imperium. Dzięki cenzurze i propagandzie absurdy rodzące się w głowie Józefa Stalina, bezkresna mantra "reakcjonizmów" i "imperializmów" szybko stawały się dominującym czynnikiem rzeczywistości. Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale brednie wylewające się z ust gadających głów, spływające z kiczowatych plakatów i krzykliwych nagłówków gazet nie dla wszystkich były surrealistyczne. Homo sovieticus w nie wierzył. Enkawudyści o szlachetnych intencjach, broniący ludu pracującego miast i wsi przed złą Ameryką, są najlepszym przykładem paranoi tamtych czasów.

Reklama

Na początku była bomba

Industrializacja lat 30. nie byłaby możliwa bez amerykańskich technologii. Z drugiej strony Stalin był podczas wojny prawdziwym ulubieńcem prasy amerykańskiej. Dla niego zimna wojna rozpoczęła się już w Poczdamie, stwierdził: "Mają nową broń […]. Chcą nas zmusić do zaakceptowania ich planów w kwestiach dotyczących Europy i świata. No cóż, tak się nie stanie […]. My też musimy zacząć." Zaczęli więc pełną parą i po niecałych czterech latach ZSRR przeprowadził udaną próbę jądrową. Atomowy impas pozwolił na odważniejsze wystąpienie przeciwko nowemu wrogowi - USA - na wszystkich frontach. Stalin powiedział Mao Zedongowi 14 maja 1950 roku, że sprawę zaatakowania Korei Południowej towarzysze chińscy i koreańscy muszą rozwiązać między sobą, czyli dał zielone światło dla wojny. Miesiąc później oddziały Kim Ir Sena przekroczyły granice. Amerykanie, pod flagą ONZ, odpowiedzieli desantem pod Inczhon, chińscy ochotnicy ruszyli z północy i front ustabilizował się na lata. Taki rozwój wydarzeń bardzo pasował Stalinowi: północni Koreańczycy mogą walczyć niemal w nieskończoność, ponieważ nie tracą nic z wyjątkiem ludzi. Długi i statyczny konflikt militarny pozwalał wskazać i odpowiednio oszkalować nowego wroga. Tego każde młode imperium totalitarne potrzebuje najbardziej.

Fascynującą kolekcję o czasach PRL-u znajdziesz w sklepie LITERIA.pl >>>

Chciwi i zepsuci Jankesi

Wraz z rozpoczęciem wojny w Korei Moskwa wydała polecenie ideologiczno-propagandowym pionom Komitetów Centralnych (w Polsce Ministerstwo Informacji i Propagandy zostało wchłonięte przez struktury partyjne już w 1947 r.), by wyjaśnić ludziom, dlaczego ta Ameryka, nasz niedawny sojusznik, jest taka zła. Nie było to zadanie łatwe, gdyż ludzie jednak wiedzieli, że w Stanach żyje się lepiej, a coca-cola w zasadzie jest smaczna. Wojna stworzyła szanse na logiczne wyjaśnienie tego zagadnienia: Amerykanie walczą, bo są chciwi i zależy im na wykorzystaniu Koreańczyków. Pierwszą absurdalną depeszą dotyczącą 38. równoleżnika było doniesienie o zrzucaniu przez Amerykanów na spadochronach… wszy zakażonych tyfusem plamistym. To broń biologiczna i okrutna. Kłamstwo dość sprytne, tyfus rzeczywiście akurat szerzył się wśród niedożywionych i żyjących w fatalnych warunkach sanitarnych Koreańczyków, a do tego Amerykanie kiedyś faktycznie posłużyli się tyfusem przeciwko Indianom.

Rozmach pojęciowej operacji propagandystów, która pozwoliła postawić znak równości pomiędzy Hitlerem a Trumanem, zasługuje co najmniej na podziw. Radio Wolna Europa jako agenda faszyzmu - to była hipokryzja o rzadkiej, imponującej skali. Atakowano również wewnętrzne stosunki w USA, do znudzenia piętnując, skądinąd bardzo realne, zbrodnie na Afroamerykanach i Indianach. Krytyka ta musiała być jednak dopasowana stylem do całości lansowanego światopoglądu, więc przeprowadzano ją w komiczno-kiczowatej formie.

Moralność mieszkańców USA budziła w latach 50. żywe oburzenie prominentów reżimu. Stalinizm, mimo swojej świeckości, miał niezwykle purytańską obyczajowość - skandale czy rozwody nie były tolerowane nawet na najwyższych szczeblach władzy. Kroniki filmowe zepsucie Amerykanów kwitowały w znanym stylu, z pełnym moralnej wyższości niesmakiem krzyczały o "dziwkach na krawatach" i "kolorowych majtkach".

Orwellowskie "dwójmyślenie"

Propaganda PRL-u czasów stalinizmu to nie tylko absurdalnie dziś brzmiące słowa. To również świat, w którym tępienie stonki było obywatelską powinnością. Za niewywiązywanie się z tego zadania przewidywano karę aresztu do trzech miesięcy i 4500 złotych grzywny. Na początku lat 50. również w prywatnych rozmowach bezpieczniej było używać językowego kodu propagandy - przejmować oficjalne zwroty i słowa klucze, jak "zaplute karły reakcji" czy "opici chłopską krzywdą kułacy" - i liczyć na to, że rozmówca zrozumie, kogo orator ma na myśli.

Z drugiej strony nawet "wierzący" funkcjonariusze cenzury, ideologowie rozmaitych bzdur, ba, nawet sam Stalin, nie do końca wierzyli we własne pomysły. Kiedy Rosjanom np. udało się przechwycić amerykański bombowiec B-23, Stalin kazał skopiować go do najmniejszego układu. Całkiem dobrym radzieckim inżynierom zabroniono zmienić, pod karą więzienia, choćby nawet najmniejszy szczegół. W Polsce zaś Eryk Lipiński, karykaturzysta "Szpilek", autor "stonkowych" rysunków, miał przywieziony z Zachodu zapas… syropu coca-coli.

Jeśli propagandyści tamtych czasów chcieli zmusić ludzi, by przyjęli słynne orwellowskie "dwójmyślenie", to nasycenie życia społecznego taką ilością absurdów i niekoherencji było doskonałą drogą do tego celu.

Pasiasty dywersant

Okazję do ukazania pełni perfidii Stanów Zjednoczonych dała naturalna migracja stonki ziemniaczanej - szarańczopodobnego "żuka z Kolorado", żywiącego się głównie liśćmi ziemniaka i pomidora. Chrząszcz pojawił się w Europie w drugiej połowie XIX wieku i wkrótce zaczął sukcesywnie niszczyć uprawy we Francji i Niemczech. Na wiosnę 1950 roku zawitał do Polski. Propaganda szybko wykorzystała szansę, jaką stworzyła plaga tych chrząszczy. Już w maju "Trybuna Ludu" podała, że stonka została zbrodniczo zrzucona na Saksonię z naruszających ustalone sfery lotów samolotów amerykańskich imperialistów. Podobny nalot miał mieć miejsce w okolicach Szczecina. Co ciekawe, w tydzień po wybuchu konfliktu koreańskiego radzieckie MSZ przekazało amerykańskim dyplomatom oficjalną notę w sprawie stonki.

p

Reklama