Koniec lat 70. Warszawa. W kawalerce na Starym Mieście, mieszkaniu konspiracyjnym MSW, spotykają się: Sergiusz, X i Marian. Wszyscy są oficerami peerelowskiego wywiadu. Sergiusz w partyjnej nowomowie komentuje osiągnięcia młodego kapitana, który od kilku miesięcy dostarcza do Polski dokumentacje najbardziej wyrafinowanych amerykańskich systemów uzbrojenia. Część z nich ma wejść do wyposażenia wojsk USA dopiero po 2000 r. Młody kapitan to Marian Zacharski, jeden z najlepszych wywiadowców w historii polskich służb specjalnych.

Reklama

Zupełnie nie przystaje do stereotypu smutnego pana walczącego o prymat dyktatury proletariatu. Mieszka na luksusowym osiedlu z basenem i kortami w Los Angeles. Zamiast siermiężnej atmosfery epoki Gierka rozkoszuje się kalifornijskim słońcem. Wysoki, przystojny, ubierający się z gustem trzydziestolatek jeździ amerykańskim autem po amerykańskich autostradach. Na dłuższych trasach - jak człowiek Zachodu - lata samolotami w klasie biznes. W niczym nie przypomina zakompleksionego polskiego urzędnika bąkającego pod nosem kiepską angielszczyzną. James Bond PRL. Tej rangi agentów w historii wywiadu komunistycznej polski było zaledwie kilku. Nie wchodząc w ocenę tego, czy służyli zbrodniczemu reżimowi, czy tylko wykonywali po prostu swoją robotę, należeli do światowej elity szpiegów. Do dziś nikt zresztą nie rozlicza ich za to, po której stronie żelaznej kurtyny mieli swoich szefów. Jak mówi sam Zacharski - w ich fachu ważny jest urobek. W przypadku bondów PRL ten urobek był naprawdę spory. Oto kim byli superszpiedzy komunistycznej Polski.

Lutek zakłada izraelski Szin Bet

Urodzonemu w 1922 r. w południowej Polsce Lucjanowi Lewemu nawet przez myśl nie przeszło, że dokona spustoszenia w szeregach powołanego zaraz po wojnie izraelskiego kontrwywiadu. Niepozorny Żyd, który w 1939 r. zbiegł do Związku Radzieckiego, swój romans z komunistyczną bezpieką rozpoczął w 1945 r. Właśnie wtedy zgłosił się na ochotnika do współpracy z jedną z wojewódzkich struktur Urzędu Bezpieczeństwa. Zaczynał kiepsko. Przez niemal trzy lata - jako tajny współpracownik - gorliwie donosił na kolegów z organizacji żydowskich, by później zająć się czymś ambitniejszym. Po trzech latach centrala dostrzegła jego niebywały talent. Lucjana przeniesiono do VII Departamentu MSW, który wówczas odpowiadał za wywiad zagraniczny. Od tego czasu zaczęła się jego prawdziwa szpiegowska przygoda. Lewy przeszedł intensywne szkolenia, na których nauczył się dyskretnego kontaktowania ze swoimi oficerami prowadzącymi za granicą. Poznał sztukę kamuflażu. Szczegółowo analizował swoje przyszłe zadanie. Zaraz po utworzeniu państwa Izrael opuścił Polskę, by budować tam siły zbrojne, a w miarę możliwości załapać się do nowo tworzonych izraelskich służb specjalnych. Wywiad UB stworzył niewzbudzającą niczyich podejrzeń legendę. Zresztą w Izraelu, w ferworze walki o nowe państwo, nikomu by nawet do głowy nie przyszło, by go szczegółowo sprawdzać. Jak tysiące innych Żydów chciał budować Wielki Izrael. Jego prawdziwe cele były jednak inne. Lucjan Lewy przybrał kryptonim operacyjny. Od tej pory był agentem "Lutkiem”.

Zaraz po przybyciu do Jerozolimy został żołnierzem izraelskich sił obronnych (IDF). Jako jeden z pierwszych funkcjonariuszy wstąpił do tworzonych wtedy służb bezpieczeństwa - owianego legendą Szin Bet. Przez siedem lat Lutek pracował w pionie o niewinnej nazwie "Sekcja obsługi logistycznej - Wydział Wsparcia”. Zajmował się obserwacją zagranicznych dyplomatów i rozpracowywaniem Izraelczyków podejrzewanych o związki z obcymi wywiadami. Na bieżąco raportował centrali, jakie obiekty są na celowniku izraelskiego kontrwywiadu. Na tym jednak nie koniec. Lewy sporządził fotografie niemal całego personelu Szin Bet. Zarówno polski wywiad, jak i sowieckie KGB dysponowało kompletnym dossier na temat obsady swojego bliskowschodniego konkurenta. O takim skarbie inni mogli tylko pomarzyć.

Reklama

Lutek wpadł w 1958 roku. Bynajmniej nie w wyniku popełnionych przez siebie błędów. Na jego trop naprowadził Izraelczyków imigrant, który zanim osiedlił się w państwie żydowskim, pracował dla polskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Reklama

Aby dopaść Lutka, Mossad zwerbował w Polsce całą sieć agentów. Mieli oni dostarczyć dowodów jego winy. Po aresztowaniu sąd w Tel Awiwie - w poszlakowym procesie - skazał Lucjana Lewego na dziesięć lat więzienia.

Wyrok złagodzono, bo Lutek w międzyczasie przystał na współpracę z izraelskimi służbami specjalnymi i opowiedział o swoich zadaniach zlecanych w Warszawie.

W 1968 r. Lewy wyszedł z więzienia. Zaraz po tym wyemigrował do Austrii, gdzie wkrótce zmarł.

Jego historia do dziś pozostaje przedmiotem studiów w izraelskich szkołach szpiegów i łowców agentów. Również do dziś Lutek pozostaje pierwszym i jednym z nielicznych, którym udało się wniknąć w uznawane za najbardziej szczelne na świecie struktury kontrwywiadu Szin Bet.

Pułkownik, który ograł Bundeswehrę

Początek lat 80. Na placówkę dyplomatyczną do Bonn do attachatu wojskowego zostaje wysłany pułkownik X. Oficjalnie oficer ma pełnić standardowe funkcje: utrzymywać kontakty ze swoimi odpowiednikami z kapitalistycznych ambasad, pisać analizy o sytuacji w wojsku niemieckim, pić whisky na rautach. Nieoficjalnie - jako oficer wywiadu wojskowego - ma namierzyć ludzi, którzy pozwolą wybadać, jaki jest stan uzbrojenia niemieckich wojsk pancernych i jakie jest ich rozmieszczenie. Dla dowództwa Ludowego Wojska Polskiego takie informacje mają kluczowe znaczenie. Armia PRL ma w Układzie Warszawskim swoją specjalizację. W razie wybuchu wojny to właśnie polskie kolumny pancerne wezmą udział w uderzeniu w kierunku północno-zachodnim. Informacje na temat czołgów przeciwnika są na wagę złota. Pułkownik X odegrał kluczową rolę w ich zdobyciu. Oficerowi udało się zwerbować agenta, który dostarczył dokładne plany mobilizacyjne niemieckich wojsk pancernych. Dotarł również do raportów opisujących, jakimi nowinkami technicznymi dysponuje Bundeswehra. Większość szczegółów jego operacji jest tajna do dziś. Wiadomo jednak, że X, zdobywając informacje, dokonał rzeczy niemal niemożliwej, a po misji w Niemczech dalej kontynuował karierę wywiadowcy. Wśród polskich agentów działających na Zachodzie miał zresztą godnych następców. Niejaki pułkownik Jan Pieterwas dokonał w 1982 r. równie brawurowej akcji. Przemycił do Berlina Wschodniego kompletny egzemplarz nowoczesnego pocisku przeciwpancernego. Pieterwas wiózł rakietę w uchylonym bagażniku swojego samochodu. Była pomalowana na kolorowo i obłożona dziwnymi maskami przebierańców. Gdy celnik pytał, po co Pieterwasowi takie rekwizyty, ten odpowiedział, że jedzie na bal maskowy. Do NRD pocisk wjechał bez najmniejszego problemu. Później zajęli się nim wojskowi inżynierowie.

Następca tronu carskiego oskarża Henry’ego Kissingera

Urodzony w 1922 r. Michał Goleniewski, mimo że skończył tylko cztery klasy gimnazjum, przeszedł do historii jako jeden z najbardziej ekscentrycznych agentów peerelowskiego wywiadu. Gdy w 1961 r. zgłosił się do placówki CIA w Berlinie Zachodnim i zdekonspirował komunistyczną siatkę wywiadowczą na Zachodzie (dzięki jego informacjom aresztowano między innymi brytyjskiego szpiega George’a Blake’a i słynnego sowieckiego nielegała Gordona Arnolda Lonsdale’a, którego prawdziwe nazwisko to Konon Trofimowicz Mołodyj), wydawało się, że doprowadził do jednej z najbardziej spektakularnych zdrad w historii wywiadu. Po kilku latach jego współpracy z Amerykanami ta wersja wydarzeń nie była już tak oczywista.

W połowie lat 60. Goleniewski zaczął twierdzić, że jest następcą tronu carskiego w Rosji - Aleksym Nikołajewiczem Romanowem, któremu potajemnie w czasie rewolucji bolszewickiej udało się - wraz z ojcem Mikołajem - zbiec przez Turcję, Grecję i Austrię do Polski. Dowodem potwierdzającym jego pochodzenie miała być hemofilia (na hemofilię cierpiał Aleksy).

W tym samym czasie, gdy przekonywał otoczenie do swojego pochodzenia, zaczął też przedstawiać coraz bardziej sensacyjne wizje tego, kto na Zachodzie jest agentem sowieckich służb specjalnych. Oskarżenia padły między innymi pod adresem wpływowego analityka spraw międzynarodowych Henry’ego Kissingera i późniejszego szefa brytyjskiego kontrwywiadu MI-5 Michaela Hanleya. CIA początkowo brała Goleniewskiego za wariata. Dopiero Richard Helms (dyrektor CIA w latach 1966 - 1973) przedstawił teorię, w myśl której Polak miał prowadzić sprytną grę dezinformacyjną, od początku do końca sterowaną przez Moskwę i Warszawę. Wcześniejsze "wsypanie" agentury w Europie miało być radykalnym sposobem na uwiarygodnienie Goleniowskiego. Tezę o podwójnej grze pułkownika potwierdził zresztą jego były szef - dyrektor Departamentu I MSW PRL (wywiad) Witold Sienkiewicz. "Sprawa Goleniewskiego miała być specjalną kombinacją operacyjną, przeprowadzoną przez wywiad polski i wywiad ZSRR. Myślę, że nie był on większym wariatem niż my wszyscy" - wyznał Sienkiewicz. Do dziś Amerykanie nie są w stanie oszacować, czy z Goleniewskiego było więcej pożytku czy strat. Jedno jest jednak pewne: zarówno on (przez wielu kolegów z bloku wschodniego uważany jednak za zdrajcę), Zacharski (któremu po powrocie do Polski przez NRD gratulował legendarny szpieg nad szpiega Marcus Wolf), Lew, X czy Pieterwas - należeli do światowej pierwszej ligi agentów.