Pojawiła się szansa, że jeszcze nim ten rok dobiegnie końca, nowa władza i nowa opozycja zorganizują nam wystawianie „Nie-Boskiej komedii”. Rolę Okopów Świętej Trójcy we uwspółcześnionej wersji dramatu Zygmunta Krasińskiego odegra budynek Telewizji Polskiej przy ul. Woronicza. Wystarczy na niego rzucić okiem, by zauważyć, iż na twierdzę nadaje się znakomicie. A to, iż będzie szturmowany, wiadomo od dawna.

Reklama

- Po wygranych wyborach i po utworzeniu nowego rządu, będziemy potrzebowali dokładnie 24 godziny, żeby telewizja pisowska, rządowa zamieniła się znowu w publiczną – zadeklarował podczas wyborczego spotkania w Bydgoszczy 27 września 2023 r. Donald Tusk. - Trzymajcie mnie za słowo, to jest tylko kilka tygodni. Nie będę ujawniał szczegółów recepty, jaką przygotowaliśmy. Nie będziemy potrzebowali ustawy, zgody prezydenta Dudy, mamy mechanizmy prawne, które z dnia na dzień przywrócą kontrolę społeczną telewizji publicznej – dodał.

Przygotowania do szturmu

Obiecane 24 godziny już minęły, ale nie czepiajmy się wyborczych deklaracji. Gdy wychodzą z ust Donalda Tuska, są, jak wiadomo - odmianą językowych metafor. Oprócz nich mamy już namacalne oznaki przygotowań do szturmu. Ministrem kultury i dziedzictwa narodowego mianowany został Bartłomiej Sienkiewicz - nie dlatego, że jako prawnuk laureata literackiej Nagrody Nobla kulturę ma zapisaną w genach. Oficer UOP, były koordynator służb specjalnych oraz były minister spraw wewnętrznych winien z racji doświadczenia zawodowego wiedzieć, jak zdobywać twierdze (acz pradziadek Henryk opisywał głównie, jak należy ich bronić).

W przypadku Okopów Świętej Trójcy przy ul. Woronicza 17, funkcję głównego szańca obronnego pełni Rada Mediów Narodowych. Dzięki zapisom ustawowym może ona zablokować wszelkie próby wymuszenia przez rząd zmian kadrowych w TVP.

Reklama

Prawo i Sprawiedliwość zdobyło niegdyś media zwane publicznymi - tak, aby mieć je dla siebie i tylko dla siebie. Osiągnąwszy sukces, zaniedbało jednak umacniania fortyfikacji. Ściślej mówiąc, postawiono potężny mur z małą dziurą z tyłu.

TVP ma status jednoosobowej spółki Skarbu Państwa, zaś zgodnie z Kodeksem spółek handlowych minister kultury posiada uprawnienia zgromadzenia walnego. Czyli może postawić TVP w stan likwidacji i jednocześnie powołać jej likwidatorów.

Oni zaś błyskawicznie wchodzą do twierdzy i robią załodze: „Kęsim! Kęsim!” – jak opisywał w „Panu Wołodyjowskim” Henryk Sienkiewicz. Dla tych, co nie czytali - drobne wyjaśnienie. Ów tatarski zwrot oznacza odrąbanie wrogowi głowy, bez uprzedniego podania znieczulenia.

PiS z refleksem szachisty

W mediach już krąży lista nazwisk osób, które zostaną likwidatorami oraz kandydatów do przejęcia kierowniczych stanowisk w spółce. Wszyscy wiedzą, iż sukces zostanie odtrąbiony po zdobyciu kluczowych pozycji w twierdzy, czyli programów informacyjnych.

Tymczasem po drugiej stronie szańców PiS wykazał się refleksem szachisty. Dopiero pod koniec listopada minister Piotr Gliński wpadł na pomysł, iż należy tak zmienić status spółki TVP, by jej likwidatorami zostało obecne kierownictwo. Sprytny fortel. Ale Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy okazał się sprytniejszy i odesłał wniosek, ponieważ, jak czytamy w piśmie Referendarza Sądowego: „został złożony na niewłaściwym formularzu elektronicznym”. Kolejnego minister Gliński nie złoży, ponieważ nie jest już ministrem.

Uświadomiwszy to sobie posłowie PiS w środę złożyli wniosek tym razem do Trybunału Konstytucyjnego, wnosząc o ocenę, czy likwidowanie spółek z grona mediów publicznych jest zgodne z konstytucją.

Strajkujący od roku Trybunał symptomy ozdrowienia wykazywał już po 15 października. Ale do pełni formy wrócił w ten czwartek. W jeden dzień potrafił wydać postanowienie zamrażające zmiany w statusie mediów publicznych z TVP na czele, aż do momentu ogłoszenia własnego wyroku. Jak ów wyrok będzie brzmiał, pozostaje tak zagadkową zagadką, że nikt nie potrafi jej zgadnąć.

Ale nim TK uzna postawienie spółki TVP w stan likwidacji za niezgodne z konstytucją, wcześniej kluczowa może okazać się kwestia, czy decyzja o zablokowaniu zmian obliguje ministra kultury. Znając reguły rządzące polskim półświatkiem prawniczym wiadomo, że część związana z obozem Zjednoczonej Prawicy przygotuje wykładnię prawną uznającą orzeczenie Trybunału za wiążące. Eksperci prawni z obozu liberalno-lewicowego orzekną dokładnie odwrotnie.

Natomiast jeśli idzie nie o wykładnie, lecz praktykę, to: „Bóg stoi po stronie liczniejszych batalionów” - jak mawiał Napoleon Bonaparte. Na tym polu przewaga zdaje się posiadać Bartłomiej Sienkiewicz. Acz nie znaczy to, że obrona TVP potrwa krótko i nie zamieni się w zaciekłe odpieranie kolejnych szturmów. W tym tygodniu do boju ruszyli jedynie harcownicy i najciekawsze dopiero przed nami.

Czy media publiczne są potrzebne i kto z nich korzysta?

Nim więc obejrzymy sobie widowisko i się nim nacieszymy, warto byłoby na moment się zastanowić - komu w Polsce media publiczne (czyli de facto rządowe) są wciąż potrzebne?

To pytanie jest zasadne, choćby dlatego, że wedle sprawozdania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji 65,3 proc. podmiotów do tego zobowiązanych uchyla się od płacenia obowiązkowego abonamentu. A jeśli odejmiemy od tej liczby abonentów instytucjonalnych, to wyjdzie nam, że około 78 proc. gospodarstw domowych w III RP robi co może, byle tylko nie dać złamanego gorsza na media publiczne. Oczywiście można złożyć, iż gospodarstwa domowe czyniły to w ramach protestu przeciw pisowskiej dyktaturze. Jednak w nowej, demokratycznej Polsce raczej swej postawy nie zmienią. No chyba, że wyda się listonoszom pozwolenia na broń palną i prawo do przeprowadzania rewizji w mieszkaniach prywatnych bez nakazu sądowego.

Dzieje się tak, ponieważ ileś tam kanałów telewizyjnych i kilka radiowych, zwanych publicznymi, jest obecnie potrzebnych do czegokolwiek wąskiemu gronu osób.

Zatem na pewno są one potrzebne partiom politycznym do prowadzenia za darmo działalności propagandowej. Jeśli spojrzeć do danych GUS, to wynika z nich, że wszystkie zarejestrowane partie w Polsce szczycą się posiadaniem łącznie około 240 tys. członków (acz połowa z nich egzystuje bardziej na papierze, niż w realnym świecie). Faktycznie dla tych osób zniknięcie TVP mogłoby być powodem do smutku. Bez nich trudniej się przebić do wyborców z komunikatem, w jaki sposób chce się im zrobić dobrze.

Dorzućmy do tej liczby rząd, parlament i szefostwa instytucji państwowych. To, powiedzmy, nieco ponad tysiąc ludzi. Oczywiście nie można zapominać o osobach zatrudnionych w mediach publicznych. W codziennym życiu są im one jak najbardziej niezbędne. Spółka TVP to niecałe 2,9 tys. etatów, a Polskie Radio niecałe 1,3 tys. etatów. Faktycznie dla tych ludzi, zwłaszcza będących kilka lat przed emeryturą, zniknięcie miejsc pracy stanowiłoby duży problem bytowy.

Dodajmy do tego grona jeszcze kilka, nawet kilkanaście tysięcy ludzi ze świata rozrywki, muzyki, kultury, nauki oraz biznesu, którym TVP i Polskie Radio zapewniają spory dochód.

Reasumując, tak ze 200 tysiącom obywateli III RP media publiczne są faktycznie bardzo potrzebne. Natomiast w przypadku pozostałych 37 milionów są zbędne. Wszelkie bowiem treści i informacje jakie przekazują, znaleźć można w ofercie prywatnych stacji telewizyjnych i radiowych. Gdy zaś gronu specyficznych odbiorców potrzeby jest dodatkowo do szczęścia kontakt z nachalną, propagandą polityczną albo muzyką poważną, to również ci sobie poradzą.

Będzie BBC nad Wisłą?

Bardzo pożytecznym eksperymentem społecznym byłby zbieg okoliczności sprawiający, iż nastąpiłoby załamanie się pierwszych szturmów na TVP. Przez co Bartłomiej Sienkiewicz zostałby zmuszony do brania twierdzy głodem. Odcinając ją od wszelkich funduszy, gwarantowanych dotąd przez rząd (wedle raportu NIK wpływy z tytułu abonamentu, rekompensat rządowych oraz dotacji stanowią 68 proc. przychodu TVP). To, jak łatwo zauważyć, przyniosłoby szybko zawieszenie działalności. Fascynująca byłaby wówczas możliwość zbadania - jaki procent odbiorców tydzień po zniknięciu mediów publicznych nadal by za nimi tęsknił. A jaki już zdążył zapomnieć, iż w ogóle istniały?

Wprawdzie przez ostatnie 35 lat opiniotwórcze elity uparcie powtarzały, że są one polskiemu społeczeństwu niezbędne dla jego edukowania, oferowania wartościowych dzieł kultury i gwarantowania uczciwej debaty. Jednak, powiedzmy sobie szczerze, jeśli przez tyle lat stworzenie czegoś takiego się nie udaje, to należy wreszcie przyjąć do wiadomości, iż jest to w III RP niemożliwe.

Wprawdzie Donald Tusk we wspominanym wystąpieniu w Bydgoszczy deklarował: - Media publiczne to jest nasze dobro, my je utrzymujemy, po to utrzymujemy, żeby mieć obiektywną, prawdziwą informację, a nie partyjną propagandę - mówił. Jednak znając realia, to właściwym komentarzem do tych słów będzie stwierdzenie, że pan premier zademonstrował tak umiejętność mówienia świetnych żartów z kamiennym wyrazem twarzy. Ba! On znakomicie się w tej konwencji odnajduje. No. ale jest w gronie tych 200 tys. Polaków, którym TVP jest faktycznie bardzo potrzebna.

Jednak nawet gdyby jakimś cudem nie był to żart, lecz szczera zapowiedź próby stworzenia BBC nad Wisłą, to i tak sens tego przedsięwzięcia pozostaje mocno wątpliwy. Przecież osoby poniżej 35 roku życia klasycznej telewizji już nie oglądają, a radia słuchają czasami w samochodzie. Zważywszy na możliwe tempo realizacji takiego projektu, potencjalni widzowie zdążą umrzeć, nim osiągnie on efekt finalny.

Wracając do teraźniejszości, to zapewne odbicie TVP z pisowskich rąk się powiedzie. Ale wówczas zwycięzcy będą się musieli zmierzyć z tym, co wynika z raportu NIK-u, ogłoszonego na początku października. Mianowicie, żeby media publiczne mogły od biedy funkcjonować, to każdego roku państwo musi na ich rzecz zabrać z kieszeni podatników około 3 miliardy złotych. Niektórzy mogą jeszcze pamiętać, jak obecny obóz władzy, jeszcze jako opozycja obiecywał przekazanie tych środków na dofinasowanie w Polsce onkologii.

Zważywszy na stale rosnącą liczbę zachorowań na nowotwory, danego w tej kwestii słowa należałoby dotrzymać.