Jak napisał w mediach społecznościowych Roman Głodowski, prezes Stowarzyszenia Nasz Bóbr, dwa lata temu na jego oczach myśliwy zamordował zwierzę. - Zamiast skrócić cierpienia potrąconej przez samochód sarny przez oddanie strzału, wyjął nóż i zaczął podrzynać jej gardło. Sarna była w pełni świadoma - relacjonował świadek zdarzenia.

Reklama

- Zanim poderżnął jej gardło, stanął swoimi buciorami na jej rannych nogach, przytrzymując ją chyba tylko po to, żeby nie odleciała, bo uciec już nie była w stanie - informował we wpisie zamieszczonym na swoim profilu na Facebooku.

W sprawie, która miała miejsce dwa lata temu, właśnie zapadł prawomocny wyrok.

Ranna sarna czekała na pomoc. Przyjechał myśliwy z nożem

Jak opowiadał Roman Głodowski, zupełny przypadek zdecydował o tym, że znalazł się we właściwym miejscu i właściwym czasie, by móc zareagować. Jechał bowiem trasą pod Ostrołęką; zatrzymał się, widząc ranne zwierzę i stojący przy nim radiowóz.

Zapytałem policjantów, czy mogę podejść do sarny. Zgodzili się, potwierdzili też, że już zadzwonili po pomoc. Nie umieli jednak wskazać, czy przyjedzie weterynarz, czy myśliwy. Kiedy tylko podszedłem do sarny, wiedziałem, że bez odpowiedniego sprzętu nic nie zrobię. Mogła mieć uszkodzony kręgosłup, mogła mieć złamaną miednicę, ale tego nie byłem w stanie stwierdzić. Widząc mnie, próbowała uciec, ale nie potrafiła się podnieść. Miała ranę na tylnej nodze, była unieruchomiona, leżała i czekała na pomoc. Bardzo cierpiała. Odsunąłem się, żeby nie powodować u niej większego stresu - mówił redakcji OKO.press świadek.

Wkrótce na miejsce przyjechał wezwany przez policję myśliwy. Miał przy sobie nóż.

"Poderżnął jej gardło, skazując na cierpienie". W sprawie zapadł wyrok

Zwierzę wciąż wyło z bólu. Myśliwy odciągnął jej głowę do tyłu i zaczął podrzynać gardło. Dopiero po kilku minutach uznał, że trzeba zwierzę zastrzelić.

Cała ta sytuacja wstrząsnęła świadkiem. Zebrał dowody, nagrał rozmowę z myśliwym, zrobił zdjęcia umęczonej sarny i skontaktował się z Fundacją Niech Żyją!

Reklama

Dzięki jego postawie sprawa znalazła swój finał na sali sądowej.

- Przerażające jest dla mnie to, że brutalność i okrucieństwo myśliwego nigdy nie wyszłyby na jaw, gdyby nie przypadkowy, ale nieoceniony świadek zdarzenia ze Stowarzyszenia Nasz Bóbr. To on widział, jak myśliwy podcinał gardło sarnie przy pełnej świadomości zwierzęcia. On także nagrał myśliwego, który prosił, by świadek "nie robił afery". Na miejscu była policja, ale nie podjęła żadnych czynności. Myśliwy - sprawca jest byłym policjantem z tej samej komendy. Z tego powodu ta sprawa, pomimo oczywistej przemocy i złamania prawa, wcale nie była łatwa - mówiła mecenas Karolina Kuszlewicz.

Z uzasadnienia wyroku I instancji wynika, że oskarżony zdawał sobie sprawę, że podczas uśmiercania sarny postąpił niezgodnie z procedurą. Na wspomnianym nagraniu słychać bowiem jak mówi: "Wiem, wiem. Powinienem podejść pier****** i wszystko".

Przez wiele miesięcy toczyło się w tej sprawie postępowanie przed Sądem Rejonowym w Ostrołęce. Myśliwy - członek Polskiego Związku Łowieckiego, którym okazał się emerytowany policjant - usłyszał wyrok. Został uznany za winnego znęcania się nad ranną w wypadku drogowym sarną poprzez "odchylenie jej głowy i podcięcie szyi nożem". Dopiero później ją zastrzelił. Za ten czyn został skazany na karę 8 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Dodatkowo będzie musiał zapłacić 8000 złotych na rzecz Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt OTOZ Animals, zwrócić koszty pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego Fundacji Niech Żyją! w kwocie 6150 złotych. Sąd orzekł nakazał również podanie wyroku do publicznej wiadomości.

18 grudnia wyrok podtrzymał sąd II instancji.

“Myśliwy czuł się bezkarnie”

Przepisy mówią wprost, że zwierzę dzikie, które wymaga skrócenia cierpień ma być zastrzelone, a nie zabijanie nożem. Myśliwy jednak czuł się na tyle bezkarnie, że dopuścił się swojego czynu przy policji. Dlatego wyrok sądu I instancji nas co do zasady bardzo ucieszył, ale jednocześnie chcieliśmy zawalczyć o karę surowszą. Sąd okręgowy uznał, że zasądzona kara jest odpowiednia, ale co najważniejsze, oddalił apelację oskarżonego i jego obrońcy, którzy żądali uniewinnienia albo warunkowego umorzenia postępowania - wyjaśniła mecenas Karolina Kuszlewicz.

Ustawa o ochronie praw zwierząt (Dz.U.2023.1580) wprost stanowi, że uśmiercanie zwierząt może odbywać się wyłącznie w sposób humanitarny polegający na zadawaniu przy tym minimum cierpienia fizycznego i psychicznego. Za naruszenie przepisów grozi kara pozbawienia wolności do lat 3.

Sąd utrzymując w mocy wyrok skazujący, dał bardzo jasny sygnał, że nie ma mowy w tym przypadku o znikomej społecznej szkodliwości czynu. Zachowanie myśliwego ocenił jako naganne. To kolejny sygnał dla całego środowiska łowieckiego, że czasy bezkarności i dowolnego postępowania ze zwierzętami odchodzą do lamusa - wskazała Karolina Kuszlewicz.

Adwokatka dodała, że myśliwy mocno odczuje wyrok, mimo zawieszenia kary pozbawienia wolności. - Łącznie będzie musiał zapłacić ponad 14 tysięcy złotych, zaś podanie wyroku do publicznej wiadomości poprzez jego wywieszenie w Urzędzie Miasta w Ostrołęce spowoduje, że będzie nosił na sobie bezpośrednią pieczęć zła, które wyrządził. To nie wszystko, wystąpimy o odebranie mu pozwolenia na broń, a także o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego w PZŁ - wyjaśniła prawniczka.

Wyrok ucieszył miłośników zwierząt i przedstawicieli prozwierzęcych organizacji.

Myśliwi zabijają nożem ranne zwierzęta. "To niedopuszczalne"

Jak wskazała Izabela Kadłucka, prezeska Fundacji Niech Żyją!, wyrok pokazuje, że niedopuszczalne jest uśmiercanie zwierząt w sposób, w jaki zrobił to wspomniany myśliwy. Dodała, że nie jest to odosobniony przypadek i że "z różnych powodów myśliwi niekoniecznie chcą używać broni w takich sytuacjach, dlatego zabijają zwierzęta ranne w kolizjach, używając noża". - Przepisy nie pozwalają tu jednak na dowolność. Myśliwy ma uprawnienie do dokonania uśmiercenia zwierzęcia tylko z broni palnej, a nie wedle swoich zwyczajów. Wyrok pokazuje, że jest to niedopuszczalne- zaznaczyła.

Według prezeski, dla myśliwego cierpienie konającej sarny nie miało żadnego znaczenia. -Ani jej cierpienie, ani to, by zadbać o jej jak najszybszą, jak najmniej bolesną śmierć - podkreśliła.

Praktyka do zmiany

Z kolei Marcin Kostrzyński, wiceprezes fundacji dodał, że wyrok jest przełomowy. - Zwierzęta ranne w wypadkach drogowych powinny być ratowane, jeśli jednak ich obrażenia nie dają szans na przeżycie, tylko wtedy zwierzęta powinny być poddawane eutanazji. Nie dobijane w dowolny sposób, tylko uśmiercane humanitarnie, by oszczędzić im cierpienia. Niestety często jest inaczej - mówił.

Jego zdaniem myśliwi nie mają kompetencji, by ocenić stan rannego zwierzęcia, więc najczęściej proponują jego zabicie. - Wzywając myśliwego, policja wzywa kogoś w rodzaju kata. Nie praktykuje się usypiania środkami farmakologicznymi, by "nie popsuć mięsa" - powiedział i dodał, że nagranie świadka było kluczowym dowodem w sprawie, gdyż "policjanci którzy byli na miejscu nic nie widzieli i nic nie słyszeli".

Praktyka wzywania myśliwych do wypadków z udziałem zwierząt musi się zmienić. Policja powinna wzywać dyżurnego lekarza weterynarii, który ma kompetencje, by ocenić stan zdrowia zwierzęcia i, jeśli zachodzi taka konieczność, poddać zwierzę eutanazji - wskazał wiceprezes. - Do tego czasu, wszystkie osoby, które są świadkami podobnych zdarzeń proszę, by nie byli obojętni. Od policji oczekuję, by stanowczo reagowała w podobnych przypadkach. Sąd uznał, że skazany dopuścił się przestępstwa. Jest to jasna i jednoznaczna wykładnia dla stróżów prawa - podkreślił.