Gdy 9 marca orzeł bielik trafił do Opolskiego Centrum Leczenia i Rehabilitacji Dzikich Zwierząt "Avi", nie dawano mu zbyt dużych szans.

Znaleziony ptak był skrajnie wyczerpany. Okazało się, że został otruty, przez co jego wątroba niemal przestała pracować. Dzięki poświęceniu lekarzy weterynarii, udało się go jednak uratować. Wrócił na łono natury.

"Leczenie bielika zakończyło się sukcesem, ptak odzyskał pełnię sił i zdrowie. Nie pozostało już nic, jak oddać mu to co dla niego najcenniejsze - wolność" - pisało w swoich mediach społecznościowych OCLiRDZ "Avi".

Reklama

Nadajnik GPS pomógł namierzyć źródło zatrucia

Dodano, że przed powrotem na wolność ptak został zaobrączkowany oraz wyposażony w lokalizator GPS przez certyfikowanego ornitologa. Dzięki temu szybko udało się ustalić, jak to się stało, że dziki ptak niemal pożegnał się ze swoim życiem. Niemal natychmiast wrócił bowiem w miejsce swojego żerowania.

Okazał się nim dół z rozkładającymi się pozostałościami po polowaniu. Znalezisko znajdowało się w okolicy Kluczborka.

- Podczas polowań patroszy się zwierzynę. Te wnętrzności i tak pozostają w lesie- mówił Polsatowi News Jerzy Stasiak ze Śląskiego Towarzystwa Ornitologicznego.

Winny myśliwy

O sprawie poinformowany został miejscowy Inspektorat Ochrony Środowiska.

Rafał Gnot, Powiatowy Lekarz Weterynarii w Kluczborku poinformował, że na miejscu pojawił się inspektor i niezwłocznie skontaktował się z przedstawicielem koła łowieckiego. - W trybie natychmiastowym kazał uprzątnąć, zdezynfekować to miejsce - przekazał.

Pozostawione przez myśliwych resztki po patroszeniu zwierząt muszą być odpowiednio zabezpieczone, by nie powodowały zagrożenia, także sanitarno-epidemiologicznego.

Tutaj zabezpieczone nie były.

Porzucone szczątki. "Kilkadziesiąt takich zgłoszeń rocznie"

Jak w wypowiedzi dla Dziennik.pl podkreślił Tomasz Zdrojewski z Koalicji Niech Żyją!, szczątki zwierząt po polowaniach to często widok w lasach.

- Dostajemy kilkadziesiąt takich zgłoszeń rocznie. Wielokrotnie też w ramach społecznego monitoringu polowań znajdowaliśmy martwe zwierzęta po postrzale, nie odnalezione przez myśliwych. Takie zdarzenia zgłaszamy policji lub inspekcji weterynaryjnej, ponieważ pozostawianie martwych zwierząt w lesie jest wykroczeniem; powoduje zagrożenie epidemiologiczne, rozprzestrzenianie się wirusów i pasożytów - wyjaśnił naszej redakcji ekspert.

Doprecyzował, że najczęściej znajdowane są martwe dziki, ale też jelenie, sarny, dzikie gęsi i kaczki. - Te padłe i nie odnalezione zwierzęta to często ofiary polowań zbiorowych, na których raniony jest wyjątkowo duży ich odsetek, nawet 25 procent - przekazał Tomasz Zdrojewski i dodał, że dzieje się tak ze względu na formę i dynamikę takiego polowania, kiedy myśliwi mają sekundę, dwie na oddanie celnego strzału do biegnącego w popłochu zwierzęcia. - Wtedy często zwierzęta zostają ranione, ale nie zabite i konają później w cierpieniu. Istotne znaczenie ma też brak obowiązku przechodzenia przez myśliwych okresowych badań lekarskich, okulistycznych i psychologicznych. To musi się przekładać na zwiększoną skalę niecelnych strzałów i zranień - stwierdził członek Koalicji Niech Żyją!.

Reklama

Orzeł zatruł się ołowiem z padliny?

Powodem zatrucia orła mógł być również ołów wykorzystywany przez myśliwych.

- U dzikich ptaków zatrucie toksycznym ołowiem z myśliwskiej amunicji jest bardzo poważnym problemem, na którym cierpią nie tylko ptaki szponiaste, w tym bieliki, po żerowaniu na ciele ofiary, ale przede wszystkim miliony ptaków wodno-błotnych wielu gatunków, które połykają ołowiane śruciny jako gastrolity - wyjaśnił działacz.

- Badania wykazały niebezpiecznie wysoki poziom ołowiu w mózgowiu między innymi u 30 procent gęsi, 36 procent krzyżówek i 14 procent łabędzi czarnodziobych - wyliczył. - Każdego roku w całej Europie zatruciu ołowiem ulegają 4 miliony ptaków, a milion z nich umiera. I chociaż Komisja Europejska wprowadziła w 2023 roku zakaz stosowania ołowianej amunicji na obszarach mokradłowych, to Polska tych przepisów jeszcze nie wdrożyła - przekazał Tomasz Zdrojewski.