Nie było dotąd w wolnej Polsce takiej sytuacji, w której jednoznaczny faworyt w wyścigu prezydenckim własnowolnie odrzuciłby taką perspektywę. W tym sensie ogłoszona w czwartek decyzja Donalda Tuska zasługuje na uważną analizę. Owszem, perspektywę prezydentury dwukrotnie odrzucił Piłsudski, tyle, że za pierwszym razem był to otwarty akt kontestacji nowego ustroju państwa, za drugim zaś - godny pożałowania kaprys dyktatora, manifestującego pogardę dla wszelkich urzędów państwowych. Oba przypadki nie wykazują zatem analogii.

Tusk podaje nam powód zupełnie innej natury. "Rząd musi być jak skała, jak stabilny fundament" - powiada - aby "przeprowadzić do końca te ambitne dla Polski plany". Jądro argumentacji przedstawionej przez Tuska można by więc zrekonstruować w następujący sposób. Moc politycznego sprawstwa jest w rękach szefa rządu. Jako premier używam tej mocy, aby głęboko przeobrazić kraj na lepsze. Kluczowe przedsięwzięcia są właśnie w toku. A moje odejście zniweczy je, bo - poza mną samym - nie ma nikogo, kto mógłby z równą odwagą i determinacją dalej je poprowadzić.

Gdybyśmy mogli przyjąć tę argumentację bez zastrzeżeń, powinniśmy nie tylko uznać, że postępowaniem Tuska kieruje instynkt państwowy. Powinniśmy uznać coś znacznie więcej: że decyzja ta nosi znamiona wielkości. Kłopot jednak w tym, że na pierwszy rzut oka widać, iż poza pierwszym zdaniem tej argumentacji (że w Polsce władza to premier), wszystkie pozostałe są co najmniej wątpliwym, albo jawnie nieprawdziwym opisem politycznej rzeczywistości dzisiejszej Polski.

Pusty zbiór ambitnych planów

W ciągu dwóch lat rządów sam Donald Tusk narzucił polskiej polityce całkiem odmienną logikę. Taką, w której wielkie reformy są chyba tylko złym wspomnieniem po niedojrzałych politykach pierwszych lat Niepodległości, którzy chaotycznie brali się za bary z całym światem, aby niebawem utracić popularność i władzę. Zaś polityczny minimalizm i powstrzymywanie się władzy od aktywności reformatorskiej nabrało charakteru doktryny politycznej.

Doktryna ta nie miała bynajmniej zresztą wyłącznie złych skutków. Wobec światowego kryzysu rząd starający się robić jak najmniej i jak najpóźniej dla przeciwdziałania jego skutkom, w polskich przynajmniej warunkach okazał się dużo lepszy od takiego, który dostałby wtedy pokryzysowej gorączki. Tyle tylko, że ta konsekwentnie stosowana "doktryna powstrzymywania" sprawia, że zbiór wielkich "ambitnych planów dla Polski" - jak mówi Tusk - jest pusty.

Nie zmienia tej sytuacji deklaratywny plan "konsolidacji finansów", którego jedynym twardym elementem są znane od wielu lat zapowiedzi cięć w systemie emerytalno-rentowym. Nic nie jest w nim rozpoczęte, nic nie wymaga w związku z tym kontynuacji. Wszystko raczej należałoby dopiero zacząć i to w stylu radykalnie odmiennym od stylu rządów Tuska. Tusk trwając na urzędzie premiera nie ma niczego ważnego do kontynuowania!

Polityczna racjonalność

Od dłuższego czasu różni ludzie głowią się nad tym, aby takiemu stanowi rzeczy nadać jakiś kształt politycznej racjonalności. I taką racjonalizację minimalistycznej polityki w końcu sformułowano, także zresztą z pomocą czołowych polityków PO.

Kluczem do rozwiązania problemu miała być prezydentura. W dwojakim sensie. Po pierwsze - bo Lech Kaczyński jest na swym urzędzie antyreformatorską zakałą, a forsowanie programów naprawy państwa, które na końcu on zablokuje razem z bratem i SLD byłoby dla Platformy samobójcze. I po drugie - sam Donald Tusk musiał w ciągu dwóch lat premierostwa podporządkować swoją strategię pop-politycznym wymogom kampanii prezydenckiej, w której trzeba mieć za sobą czyste konto reformatorskie i zero realnego państwowego programu. W ten sposób doktryna Tuska miała otrzymać stempel politycznej racjonalności.

>>> Czytaj dalej...


Niektórzy wprawdzie nie dawali się i tak przekonać, sądząc, że polityka pod prezydentem Tuskiem będzie pewnie jednako miałka, jak pod Tuskiem premierem. Jednak jeśli ktokolwiek chciał nadać sens dotychczasowej rządowej polityce miał zawsze tylko jedno do powiedzenia: "Widzicie przecież, że aby zmienić Polskę Tusk musi zdobyć prezydenturę. A potem dopiero zobaczycie…". Sam premier wzmacniał takie myślenie, gdy w apogeum jednego z konfliktów z prezydentem mówił z patosem: "Dajcie mi prawdziwą pełnię władzy!"

Pałac się cieszy

To dlatego właśnie przewidywanie ubiegania się przez Tuska o urząd prezydenta było ze wszech miar przewidywaniem racjonalnym. To charakterystyczne, że zdziwiony jest nie kto inny, jak Leszek Miller, polityk chyba najbardziej twardo stąpający po ziemi i rozumiejący logikę swojego zawodu. Na swój sposób Miller szydzi z Tuska, iż musiał on chyba "doznać jakiejś iluminacji". W ubiegły czwartek dwa lata rządów Tuska straciły bowiem ostatnie rozsądne usprawiedliwienie. Nie wiadomo już zupełnie, dlaczego jego rząd nie podjął w tym czasie programu naprawy finansów, administracji, prawodawstwa, sądownictwa, systemu socjalnego , skoro motywem nie były prezydenckie plany premiera.

Zaś w kwestii Lecha Kaczyńskiego pewne jest tylko jedno. Jeśli z wyborów wycofuje się kandydat najsilniejszy, głównym beneficjentem tej decyzji jest jego najsilniejszy rywal. Wszyscy wiedzą, że Kaczyński nie ma łatwej sytuacji ze swoją reelekcją. Tyle tylko, że o ile jego przypadek do czwartku należał do kategorii beznadziejnych, od tego dnia jest - mówiąc językiem medycznym - poważny, ale stabilny. Już dawno nie było słychać z Pałacu na Krakowskim tak powściągliwych, ale wyraźnych pomruków zadowolenia.

Ozdrowieńczy duch kampanii

W powszechnym oczekiwaniu na kandydaturę prezydencką Tuska tkwiła jeszcze inna, głęboko zdroworozsądkowa przesłanka. Dobitnie wyraził ją na krótko przed niespodziewanym czwartkiem prof. Paweł Śpiewak, mówiąc o "potężnej dźwigni" , jaką dla całej Platformy stanowiłoby zwycięstwo Tuska i przewidując zarazem możliwość "tracenia pozycji" przez partię, jeśliby premier wycofał się z wyborów. Pomimo ciągle doskonałych sondaży partyjnych działacze PO przeżywają ostatnio okres frustracji i niepewności. Sprawiła to przede wszystkim hazardowa kompromitacja, która odsłoniła śmieszną małość niektórych czołowych postaci, publiczne kłamstwa ministra, słabość organizacyjną kancelarii premiera i skrywany wcześniej konflikt na szczytach. O złej atmosferze dobitnie świadczy fakt, iż szeregowy toruński poseł PO uznał za stosowne poinformować opinię publiczną, iż wstydzi się za swoją partię.

Wybory prezydenckie były w Polsce dotąd najbardziej demokratycznym, ludowym i emocjonalnym politycznym spektaklem. Kampania wyborcza Tuska nie tylko konsolidowałaby więc całą partię, ale wnosiłaby także ozdrowieńczego dla organizacji ducha wspólnej i ostatecznej walki o wszystko. Co więcej, przy dobrej kampanii Tusk - i tylko Tusk - mógł realnie myśleć o rozstrzygnięciu kwestii prezydentury w jednej turze. Gdyby to się udało, polityczna dominacja PO byłaby na jakiś czas absolutna, a opozycja zostałaby przykryta czapkami. Doprowadzenie w takim klimacie przez nowego prezydenta do szybkich wyborów parlamentarnych było także planem całkiem realnym, zwłaszcza wobec wcześniejszych obietnic wiosennego terminu wyborów i silnego argumentu o jesiennej polskiej prezydencji w Unii.

Dla umocnienia dominacji Platformy w polskim życiu publicznym nie było lepszego scenariusza, nic więc dziwnego, że premier musiał "pokonać opór swoich współpracowników". Ale odrębnym pytaniem było, czy byłby to bieg zdarzeń umacniający także osobistą hegemonię Donalda Tuska w państwie?

Dwa miecze władzy

W pytaniu tym tkwi sedno wyboru dokonanego przez Tuska. Uważny obserwator czwartkowego wystąpienia premiera na giełdzie nie mógł przeoczyć drobnego, ale kluczowego i bardzo szczerego jego fragmentu. "Proszę państwa, przecież widzicie, że ich jest dwóch, a ja jeden" - mówił Tusk - a jeden z portali informacyjnych z żalem zaznaczył, że "premier nie rozwinął tego sformułowania". Mimo to, sens owej rzuconej en passant premierowskiej skargi jest zupełnie czytelny. Punktem odniesienia dla myślenia Tuska jest niezwykły przypadek Kaczyńskich, którym udało się połączyć - wprawdzie tylko na krótko - prezydenturę i premierostwo niby w dwóch, ale naprawdę w jednym ręku.

Problem Tuska wyrażał się w śmiesznym z pozoru, ale w gruncie rzeczy bardzo politycznym pytaniem: jak bez własnego bliźniaka zbliżyć się do idealnego modelu dwóch w jednym? Innymi słowy: która z tych dwu pozycji daje mocniejsze karty do zapanowania także nad tą drugą? I racjonalna odpowiedź, jakiej sobie udzielił brzmi: jest nią urząd premiera. Jako prezydent Tusk musiałby bowiem komuś oddać oba miecze władzy, które dzisiaj dzierży - partię i administrację. Oba one są tymczasem nośnikami najbardziej namacalnej i najbardziej bezpośredniej władzy: władzy nad ludźmi. Zaś jako premier i szef partii spróbuje zapewne całkowicie ubezwłasnowolnić prezydenta, o ile - i tu podejmuje istotne ryzyko - nie będzie nim ponownie Lech Kaczyński.

>>> Czytaj dalej...


Gdyby udało się wygrać wybory z jakimś kandydatem PO, to kandydat ów jeszcze przed nominacją złożyć będzie musiał stosowne gwarancje pełnej zależności, zwłaszcza w dziedzinie personaliów, wsparte dodatkowym , niebłahym czynnikiem, iż to premier, jako szef partii będzie wydzielał mu kampanijne fundusze. Ale gdyby to był pozbawiony zaplecza i już lekko zwasalizowany Cimoszewicz, też nie powinno być poważniejszych kłopotów.

Wady i zalety kancleryzmu

Ten charakterystyczny dla Donalda Tuska osobisty sposób traktowania władzy (Zyta Gilowska zwykła nazywać go "kapryśnym") będzie wszak miał istotny wpływ na realny kształt przyszłego ustroju konstytucyjnego. Inaczej niż w całym dotychczasowym Dwudziestoleciu - tegoroczne wybory prezydenckie zejdą na drugi plan. Ich stawką nie będzie nowy kształt całej polskiej polityki, jakby musiało być przy starciu Tusk-Kaczyński. W najlepszym dla Tuska wariancie prezydenturę obejmie jego wasal, który zapewne sam wystąpi o ograniczenie własnych konstytucyjnych prerogatyw. Zapewne zresztą takie zobowiązanie kandydat PO będzie musiał złożyć już w trakcie kampanii wyborczej. W najgorszym - pozostanie to co jest, a zasadnicza batalia o władzę w państwie zostanie przesunięta do terminowych wyborów parlamentarnych w 2011 r.

Nie jest to także dobra wiadomość dla licznych krytyków zamknięcia i "oligarchizacji" ( jak mawia Śpiewak) obecnego systemu partyjnego. Patrząc bowiem z ustrojowej perspektywy, tylko przesunięcie władzy w stronę prezydencką, połączone z większościową ordynacją wyborczą mogłoby być jakimś remedium na dzisiejszą chorobę partyjniactwa, pozbawiającego polityków własnego rozumu i woli. Kancleryzm - owszem - ma swoje liczne zalety. Ale w polskich warunkach jego główną wadą jest to, że kanclerze najbardziej potrzebują posłusznych i zastraszonych stad partyjnych, które są niezbędną podporą ich władzy.