W tym tygodniu agencja Moody’s obniżyła ocenę ryzyka kredytowego dla sześciu krajów unii walutowej. Tak kluczowe państwa zachodniej Europy jak Włochy i Hiszpania stały się w oczach wierzycieli mniej wiarygodne niż Polska. Amerykańscy analitycy tłumaczą to na dwa sposoby: znacznie lepszymi perspektywami wzrostu naszego kraju oraz bardziej wiarygodnym programem konsolidacji jego finansów publicznych i poprawy konkurencyjności gospodarki.

Sygnałów, że Polska skutecznie zasypuje cywilizacyjną przepaść, która nas dzieliła od zachodniej Europy, jest więcej. Z danych Eurostatu wynika, że jeśli nie nastąpi jakiś kataklizm, w ciągu 3 – 4 lat prześcigniemy pod względem poziomu życia Portugalię. Już teraz udało nam się tego dokonać w stosunku do Węgier, przez lata pupilka zagranicznych inwestorów w Europie Środkowej.

Korzystnie wypadamy wobec największych krajów zachodniej Europy także w innych niż rating kredytowy kategoriach. Bezrobocie jest w Polsce dwukrotnie niższe niż w Hiszpanii, deficyt handlu zagranicznego proporcjonalnie niższy niż we Francji, dług publiczny zdecydowanie mniejszy niż w Niemczech, a tempo wzrostu wydajności pracy od lat o wiele lepsze niż we Włoszech.

Ten sukces jest przede wszystkim zasługą setek tysięcy małych polskich firm, które potrafiły dostosować się do trudnych warunków zmieniającego się rynku. A także kolejnych polskich rządów, które w przeciwieństwie do Hiszpanów, Portugalczyków czy Węgrów nie zmieniały wyznaczonego toru reform, choć posuwały się na nim z różną prędkością. Wbrew obiegowej opinii rola Brukseli w rozwoju kraju jest tu zdecydowanie skromniejsza. Nie tylko dlatego, że poważne pieniądze z Unii zaczęły do nas płynąć dopiero pięć lat temu, ale dlatego że nadzór eurokratów nie jest skuteczny i trafny, o czym świadczy tragedia, jaką przeżywa Grecja.

Sukces Polski jest powszechnie dostrzegany za granicą. Zdaniem tygodnika „The Economist” termin „Polnische Wirtschaft” („polska gospodarka”), przez dziesięciolecia utożsamiany z niewydolnością i bałaganem, teraz zmienił znaczenie i stał się wręcz komplementem. Z kolei agencja Bloomberg uznała nasz kraj za oazę stabilności w Europie Środkowej, a inwestowanie w polskie obligacje za bardziej zyskowne niż nawet w niemieckie bundy. A to tylko przykłady opinii wpływowych zachodnich mediów z ostatniego tygodnia.

Niestety w kraju niewielu podziela taką opinię. Jedni uważają, że kryzys dopiero przed nami. Inni twierdzą, że trudności gospodarcze na Zachodzie to ułuda i życie przebiega tam pod każdym względem o wiele przyjemniej niż u nas. Gdy w 1998 roku przed mundialem otwierano pod Paryżem Stade de France, Francuzi cieszyli się z nowej perły, która będzie zdobiła „najpiękniejsze miasto świata”. My nie potrafimy się cieszyć z powstania aż kilku nowoczesnych aren piłkarskich, uznając za ważniejsze, że na jednej z nich nie wyrosła w porę trawa, a na drugiej dach nie zamyka się przy rekordowych mrozach. A gdy na naszych oczach powstaje sieć nowoczesnych dróg, najważniejsze jest to, że część z nich zostanie otwarta nie w czerwcu, tylko październiku. Przecież za chwilę dzięki tym drogom zmieni się nasz styl życia, poprawi się bezpieczeństwo jazdy, a przedsiębiorcy będą mogli sprawnie rozwozić towary po kraju i za granicą.

Do pewnego stopnia takie spojrzenie jest zrozumiałe. Podobny pesymizm przeżywały wszystkie kraje, które dokonały nagłego skoku cywilizacyjnego, jak choćby Irlandia czy Norwegia. Za szybkim tempem poprawy poziomu życia nie nadąża bowiem rozwój infrastruktury, której powstanie z konieczności musi zająć dziesięciolecia. Warszawa buduje dziś drugą linię metra, ale w Paryżu taka inwestycja powstała 110 lat temu. Z kolei autostrada A4, która ma szansę w tym roku być pierwszą w pełni ukończoną w kraju, miała już swój odpowiednik w Niemczech w latach trzydziestych XX wieku. Mimo pełnej mobilizacji dziś powstają u nas obiekty, które powinni byli budować nasi pradziadkowie lub przynajmniej dziadkowie. Tak, Czesi mają autostrady i trzy linie metra w Pradze, a Budapeszt (także trzy linie metra) łączy autostrada z Wiedniem, ale od XIX wieku kraje te stały na znacznie wyższym poziome rozwoju cywilizacyjnego niż Polska i w latach 90. miały łatwiejszy start. Stąd nasza frustracja.

Jednak w przeważającej mierze polski pesymizm wynika ze swoistej mentalności zapewne wynikającej z tragicznej historii. Jednak o ile jeszcze ćwierć wieku temu był on uzasadniony, dziś jest już groźny. Z tego powodu setki tysięcy młodych Polaków wybiera przyszłość przy przysłowiowym zmywaku w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy we Francji, zamiast próbować swoich sił w kraju. Stąd tak skuteczne pozostają u nas reklamy zachodnich produktów, nawet jeśli ich jakość i cena ustępują polskim odpowiednikom. Stąd wakacje za granicą uchodzą za symbol statusu społecznego i są zawsze bardziej udane od tych spędzonych w kraju.

Z tego punktu widzenia Francuzi znajdują się na drugim biegunie. Dla nich wyjazd za pracą z rodzinnego kraju jest po prostu przekleństwem i jeśli jest już konieczny, to tylko za dużą rekompensatą. To prawda: realia dzisiejszej Francji coraz mniej usprawiedliwiają takie podejście. Ale o ile przyjemniej jest spędzić życie w podobnej błogiej nieświadomości, niż wciąż słyszeć polskie narzekania.