Pokrzyczeli, pokrzyczeli, świat idzie dalej. Cichną protesty frankowiczów. A bankom to odpowiada, bo ich taktyka od początku była jasna: przeczekać. A przecież klienci mają potężną broń. Nie korzystają z niej. Ze strachu? Lenistwa?

Załóżmy hipotetyczną sytuację. Oto w jednym miesiącu, dajmy na to w marcu, 400 tys. z 550 tys. osób posiadających kredyt we frankach szwajcarskich nie płaci raty. Nie chodzi o to, że w ogóle, ale z 29-dniowym opóźnieniem (o tyle istotne, że status kredytu w Biurze Informacji Kredytowej nie zmieni się na gorszy).

Organizacyjnie sprawa nie jest trudna: jest Facebook, jest Twitter, są fora internetowe i telefony komórkowe. Skoro Tunezyjczycy i Egipcjanie mogli zwołać się przez internet, by obalać rządy, mogą i Polacy, by zaprotestować. Są oczywiście konsekwencje takiego zachowania, ale nie bardzo dotkliwe. Centra telefoniczne nękają klientów telefonami, ci powtarzają „zapłacę, oczywiście, już płacę”, przeciągając sprawę. Gdy mija zapisany w regulaminach banków termin, te ślą monit, za co pobierają bezsensownie horrendalną opłatę, zwykle w wysokości kilkudziesięciu złotych. Dochodzą karne odsetki, ale niedolegliwe, bo dla raty 1300 zł wyniosą ok. 9 zł. O bardziej radykalnych krokach, łącznie z wypowiedzeniem umowy kredytowej, nie ma mowy, bo zaległość za krótka.

Zakładając, że średnia rata kredytu we franku wynosi 1600 zł, w jednym miesiącu do banków nie trafia 640 mln zł. Przypomnijmy, że nie w ogóle, ale z 29-dniowym opóźnieniem. Z ich punktu widzenia nie jest to aż tak wielki problem, ważniejsza jest sama skala protestu. Jeśli akcja mogłaby się powtórzyć, albo – co gorsza – przybrać radykalniejsze formy, muszą zawiązać rezerwę. Tworzy się ją na pewne lub prawdopodobne straty z tytułu operacji, w szczególności z tytułu udzielonych gwarancji, poręczeń i operacji kredytowych. Zawiązanie rezerw oznacza mniejszy zysk. Mniejszy zysk to możliwy spadek cen akcji. A tego akcjonariusze nie lubią. Żądają więc od zarządów: zróbcie z tym coś.

W tym miejscy można krzyknąć: mamy cię!

Nie mam kredytu we frankach i nie nawołuję do zmasowanych akcji protestacyjnych we własnym interesie, po prostu nie mogę przestać się dziwić, jak mizerne są protesty frankowiczów. Gdy 15 stycznia Narodowy Bank Szwajcarii przestał bronić kursu franka, 550 tys. polskich rodzin obudziło się w innej rzeczywistości i zawołało: „Zróbcie coś”. Politycy wypowiedzieli się, że sprawa jest poważna, szef KNF rzucił na łamach DGP korzystny dla klientów pomysł rozwiązania sytuacji, z którego szybko się wycofał, banki wydały oświadczenia. I cisza. Klienci wylali żale na forach, zorganizowali kilka manifestacji, ale wraz z obniżeniem kursu franka poniżej 4 zł przyjęli rzeczywistość do wiadomości. Jakby łudzili się nadzieją, że to tylko czasowe, że już się więcej nie powtórzy. Na pewno nie?

W sprawie kredytów walutowych, gdzie w grę wchodzą wielkie zyski i jeszcze większe pieniądze, nie idzie o zasady, lecz o siłę. W sporach między klientem a firmą to siła się liczy, nie piękne słowa. Tylko ona zmusza do ustępstw. I tak jak firmy ulegają naciskom państwa, które wpływa na ich sposób działania przez prawo, tak ulegają klientom, gdy straty mogą okazać się zbyt wielkie.

Bojkoty konsumenckie to forma protestu obecna od lat w wolnorynkowych gospodarkach. Przykłady? Najgłośniejszy jest protest z 1995 r. przeciwko planowi zatopienia na Atlantyku platformy wiertniczej Brent Spar przez koncern Royal Dutch/Shell. Po apelach Greenpeace miliony klientów rozpoczęło bojkot stacji benzynowych Shella. Koncern stracił na tym kilkaset milionów i wycofał się z pomysłu (platformę pocięto, co kosztowało 50 mln dol. więcej, niż gdyby zrealizować pierwotny plan). 11 lat później niemieccy konsumenci bojkotowali produkty firmy Electrolux, bo ta ogłosiła, że przeniesie produkcję do Polski. Zakład w Norymberdze zlikwidowano, ale obroty firmy spadły o 20 proc. Jest też niedawny przykład z naszego podwórka, gdy platforma NC+, powstała z połączenia Cyfry+ i N plus, ogłosiła nową ofertę, którą klienci uznali za niekorzystną. Po protestach 60 tys. klientów na Facebooku prezes platformy ogłosił, iż firma popełniła błąd i zmodyfikuje ofertę. No i najgłośniejsza sprawa – ACTA. Manifestacje młodych ludzi zmusiły rząd do wycofania się z planów podpisania umowy, która miała być wymierzona w piractwo, a uderzała w internautów.

Konflikt i zwarcie są naturalnym stanem demokracji. Tu różne grupy interesu konkurują ze sobą w ramach prawa. Wywieranie presji na banki i polityków, by rozwiązali problem, który w dużej mierze sami stworzyli, jest czymś jak najbardziej pożądanym i potrzebnym. Nie zagraża ani wolnemu rynkowi, ani demokracji, ani rozwojowi. Co więcej, może przyczynić się do tego, że i wolny rynek, i demokracja będą działały lepiej.

Pytanie brzmi: dlaczego frankowicze nie podejmują nawet próby? Nie wierzę, że chodzi o strach. Teoretycznie wystąpienie przeciw wielkiej instytucji, mającej tabuny prawników i pieniądze, jest trudne i może być niebezpieczne, bo a nuż rozsierdzimy ich tak, że obróci się to przeciwko nam. Ale skąd w takim razie klienci boksujący się z telekomami, ślący skargi do UOKiK, ciągający po sądach producentów i zbierający pozwy grupowe? Nie, odwagi naszej klasie średniej – bo jej głównie dotyczy problem frankowy – nie brakuje. Zwłaszcza gdy idzie o pieniądze.

Bardziej prawdopodobne wyjaśnienie to obojętność. Fundamentem naszej budowanej z mozołem od 26 lat klasy średniej jest indywidualizm. W zdegenerowanej formie. Daje on siłę do aktywności i zmiany, pozwala zauważać i wykorzystywać szanse, ale tylko te osobiste. Budowanie własnej pomyślności i zamożności jest sednem działania, ale nie ma tu miejsca na dobro wspólne. Wspólnota i współdziałanie są pojęciami nie z tego świata, trącą myszką i komuną, w najlepszych razie naiwnością. Dlatego wołają: jeśli ktoś ma coś zrobić w sprawie kredytów frankowych, to państwo. A jak nie robi, znaczy, że nie działa.

Banki mogą spać spokojnie. Protestów nie będzie, a sprawa rozejdzie się po kościach. Klasa średnia musi zarabiać na wyższe raty, na nic innego nie ma czasu.