Grzegorz Osiecki, Marek Chądzyński: Po co PiS idzie po władzę?

Beata Szydło: Żeby wprowadzić zmianę. Za dużo jest już spraw do naprawienia. Polacy chcą polityki, w której jest miejsce na prawdę, na uczciwość, w której jest miejsce na wysoką jakość instytucji i usług publicznych. Dziś mamy ogromny deficyt wszystkich tych wartości. Przygotowaliśmy dobry program, który chcemy zaproponować Polakom. A poza tym, jeśli jest się poważną partią, to celem zawsze jest zwycięstwo.

Czego powinna dotyczyć zmiana?

W każdym obszarze funkcjonowania polskiego państwa można znaleźć wiele spraw, które wymagają zmiany. Jednak my nie mówimy, że wszystko jest złe, że Polska jest w ruinie. Ale dziś Polska jest z pewnością bardzo źle rządzona. 8 lat rządów PO-PSL mogło być zdecydowanie lepiej przepracowane i można było osiągnąć lepsze efekty. To, że Polacy dziś wyjeżdżają z Polski, bo nie mogą znaleźć tu pracy, albo jest tak nisko opłacana, że nie mają szansy, by godnie żyć, założyć rodzinę – to źle świadczy o dzisiejszym obozie władzy.

Nie wiem, czy jakakolwiek partia jest w stanie to zatrzymać. Może emigracja wynika po prostu z różnic w poziomie rozwoju i wynikającej z tego wysokości pensji.

Oczywiście, że przez 25 lat nie sposób dogonić zamożności na przykład Wielkiej Brytanii, która pracowała na swój dorobek ostatnich 400 lat. Problem polega na tym, że w trakcie ostatnich lat to, co miało być emigracją zarobkową Polaków, zamieniło się w emigrację docelową. A można odnieść wrażenie, że rząd w tej sprawie nie robi prawie nic, bo dzięki emigracji Polaków poprawiają się statystyki bezrobocia. My mówimy, że nie tylko chodzi o to, żeby w kraju powstawały nowe miejsca pracy. Ale żeby powstawały coraz bardziej produktywne miejsca pracy i żeby dzięki temu ludzie mogli lepiej zarabiać. Chcemy przeprowadzić pakt dla wzrostu wynagrodzeń w porozumieniu z pracodawcami, z pewnymi gwarancjami rządowymi...

Będzie pani premierem po wyborach?

To Polacy zdecydują, kto będzie tworzył rząd po jesiennych wyborach. Jeśli wygramy, to będę premierem.

Co, jeśli powstanie rząd koalicyjny?

Jeśli PiS będzie zapraszało do koalicji i tworzyło rząd – to tak. Naszym celem nr 1 jest jednak pełne zwycięstwo i tworzenie rządu samodzielnie. Poza tym mówienie dzisiaj, kto jesienią wejdzie do parlamentu, jest przedwczesne. Sondaże wskazują, że układ sił w nowym parlamencie może być zupełnie inny niż obecnie.

A jeśli PiS nie wygra wyborów?

Pokorę przed wyborcami trzeba mieć zawsze. Dlatego dziś mówienie o koalicjantach czy wskazywanie osób, które będą pełniły różne ważne funkcje, jest przedwczesne. Przed nami kampania wyborcza.

Oponenci stawiają pani zarzut o wysoki koszt zestawu propozycji programowych. Skutki części z nich – np. podwyższenia kwoty wolnej – w rzeczywistości będą droższe, niż przedstawia to PiS.

Oczywiście, zawsze może być tak, że każda kwota może być kwestionowana. Ekonomia to nie jest nauka ścisła, w przeciwieństwie do matematyki czy fizyki. Ja opieram się na wyliczeniach naszych ekspertów i biorę odpowiedzialność za tę analizę. Ale przyjmuję również inne zdania, inne argumenty – możemy dyskutować. To naprawdę zmiana jakościowa, na którą chyba wszyscy czekaliśmy – rozmawiać o propozycjach zmian, a nie zmianie władzy bez propozycji. Dziś – w obliczu wyzwań stojących przed Polską i problemów dotykających większość naszych rodaków – najgorszym rozwiązaniem byłoby rozstrzyganie październikowych wyborów do parlamentu poprzez licytację, kto skuteczniej i mocniej obrazi swojego politycznego konkurenta.

Wszystkie zmiany mają nastąpić jednocześnie?

Mamy trzy priorytety: obniżenie wieku emerytalnego, podwyższenie kwoty wolnej od podatku oraz program dodatków na dzieci. Mówił już o nich Andrzej Duda w kampanii prezydenckiej. Jeśli PiS będzie tworzyło rząd, to automatycznie stanie się programem rządowym. I te priorytety chcemy zrealizować od razu, gdy zaczniemy tworzyć rząd. Wychodzę z założenia, że największym kosztem dla Polski będzie kontynuacja dzisiejszej bezradności i zachowanie dzisiejszego status quo.

Będziecie w stanie to zrobić? Główne źródło finansowania, z którego chcecie czerpać, to zwiększenie ściągalności podatków. Zakładając, że uda się uzyskać planowane kwoty, to nie od razu, bo zmiany w systemie, które miałyby w tym pomóc, wymagają czasu. Efekt: od razu powstaną duże wydatki, a pieniądze na ich sfinansowanie będą pozyskiwane przez kilka lat.

Będziemy przygotowani, również legislacyjnie, żeby zaraz po objęciu władzy wprowadzić pewne rozwiązania ustawowe. Ale to też jest kwestia pewnego podejścia. Podoba mi się opinia prof. Elżbiety Mączyńskiej, która powiedziała ostatnio, że zwrot „na to nas nie stać” powinien zniknąć z polskiego słownika. Ja od siebie jeszcze dodam, że zniknąć powinno też „nie da się”. Zdajemy sobie sprawę, że zmiany trzeba będzie przeprowadzić, ale co do uszczelniania systemu podatkowego, to przecież podobno Ministerstwo Finansów pracuje nad rozwiązaniami, które mają je zwiększyć. Tyle że nie ma odwagi, żeby wprowadzić je w życie.

Jaki sens ma podbijanie bębenka obietnic? W zeszłym roku postulowaliście podniesienie kwoty wolnej w PIT do 6,5 tys. zł, proces miał być rozłożony na lata. Teraz zwiększacie ją do 8 tys. zł, i to od zaraz.

Taką propozycję złożył prezydent elekt Andrzej Duda i on przygotowuje odpowiedni projekt ustawy. Gdy go złoży, będziemy go popierali. To po pierwsze. A po drugie mamy też partnerów koalicyjnych. Więc program PiS został też uzupełniony przez naszych koalicjantów.

Możliwe są modyfikacje tego programu?

Będzie dyskutowany, dopuszczam jakieś dobre uzupełnienia, ale mamy swoje trzy priorytety, które konsekwentnie będziemy chcieli wprowadzić, czyli obniżenie wieku emerytalnego, kwotę wolną i program dla dzieci.

Podwyżka tej kwoty, dająca taką samą korzyść najmniej i najwięcej zarabiającym, jest dobrym rozwiązaniem? Nie lepiej szukać takich rozwiązań jak zwiększenie kosztów uzyskania przychodu, o których mówią związki, a które wspierają dochody z pracy?

Ja ten argument przyjmuję, rozmawiałam o nim z Piotrem Dudą. Zgadzam się, że największa pomoc powinna być skierowana do tych, którzy mają najniższe dochody. Ale w tej chwili proponujemy coś, co jest możliwe do wprowadzenia już. Jak pojawi się lepsza propozycja, można o tym rozmawiać. Nie jestem przeciwniczką rozwiązania stosowanego w Niemczech, Irlandii, we Francji czy Wielkiej Brytanii, to jest możliwości wprowadzenia w Polsce godzinowej stawki minimalnej. Warto o tym rozmawiać z zainteresowanymi stronami. Przyjęliśmy założenie, żeby w portfelach Polaków zostało więcej pieniędzy – to podniesie poziom życia, ale również zapewni rozwój gospodarki.

Czy wprowadzenie dodatku 500 złotych na każde dziecko w biedniejszych rodzinach oraz na drugie i kolejne w pozostałych nie stworzy z części obdarowanych klasy nowoczesnych proletariuszy, których źródłem utrzymania będą dzieci? To odwrócenie obecnego modelu, że trzeba się o siebie zatroszczyć?

Kiedy rozważaliśmy ten program, to był najbardziej dyskutowany argument. Przeważyło stanowisko, że musimy zaryzykować, by zrealizować swoje dwa cele. Pierwszy to pomoc rodzinom. Drugi to cel demograficzny. Musi być wprowadzona polityka prorodzinna rozbudowana o nasz program „Teraz rodzina”, a może nawet utworzenie wzorem Niemiec ministerstwa rodziny.

Rozumiem, że te zmiany w polityce prorodzinnej, które prowadził obecny rząd, będą utrzymane?

Dobre rozwiązania na pewno. Ale z niektórych nie wszyscy mogą skorzystać. Ostatnio mieszkanka wsi, matka szóstki dzieci, powiedziała mi, że z karty dużej rodziny skorzystała tylko raz, kiedy jechała autobusem. To nie są kompleksowe działania.

A teraz będzie o filozofii wydatkowej. Do tej pory priorytetem było ograniczanie deficytu, wy proponujecie zwiększenie wydatków. Czy to oznacza także zwiększenie deficytu?

Nie, to zwykłe straszenie Polaków. Myślę, że nikt tak nie zadłużył Polski jak PO.

Bo rządziła najdłużej.

Bo oparła rozwój Polski na długu i kredycie. My mówimy: te wydatki to nie koszt, to inwestycje. Aktywna polityka wspierająca budżety rodzin to inwestycja. Polacy, do których trafią pieniądze, nie schowają ich do skarpety, one trafią na rynek, co będzie wspierało wzrost.

Polska, jak inne kraje UE, ma zmniejszać deficyt do poziomu 1 proc. PKB rocznie. Jeśli zostanie pani premierem, ten cel będzie utrzymany?

Jesteśmy członkiem UE i szanujemy rozwiązania wypracowywane w konsensusie, ale nie może być tak, że przyjmujemy te narzucane nam, bez dbania o interesy Polski. Na pewno bez szaleństw, ale nasza gospodarka i obywatele muszą czuć się bezpieczni.

To zapowiedź zmiany czy usunięcia reguły fiskalnej?

To kwestia dyskusji ekonomistów. Tymczasem, jeśli nie ma takich potrzeb i coś działa dobrze, to nie należy zmieniać prawa i wprowadzać rewolucji. My chcemy w inny sposób pobudzać gospodarkę – głównie przez wzrost inwestycji oraz tworzenie i pomnażanie rodzimego kapitału w obrocie gospodarczym. Wskazaliśmy dla naszych priorytetów źródła finansowania, które nie burzą obecnego porządku.

Jaką rolę banku centralnego widzicie w swoim programie?

Na pewno rola stabilizatora polskich finansów jest nie do podważenia. Ale widzimy też bank centralny jako aktywnego uczestnika działań podejmowanych w celu preferencyjnego kredytowania dla małych i średnich firm, na wzór programu LTRO realizowanego przez Europejski Bank Centralny i kilka innych banków centralnych państw europejskich.

Ten trzeci priorytet, odwrócenie reformy emerytalnej – czy to nie zawracanie Wisły kijem? Żyjemy dłużej i dłużej powinniśmy pracować. Wasz pomysł podwyższa koszty systemu, może się też pojawić zarzut nierównego traktowania płci.

My dajemy możliwość dłuższej pracy, ale chcemy, by powrócił wiek emerytalny 60 dla kobiet i 65 dla mężczyzn. A jeśli chodzi o kwestię równego traktowania, to zwraca na to uwagę Solidarność, i wiem, że w pracach nad projektem szykowanym przez prezydenta Andrzeja Dudę ta kwestia jest dyskutowana i eksperci znaleźli sposób, by problemu nie było. Ale wiek emerytalny to tylko jeden element systemu, a my stoimy przed ogromnym wyzwaniem, jeśli chodzi o cały system emerytalny. Trzeba uruchomić dużą dyskusję ekspertów, możliwe, że decyzja o modelu emerytalnym powinna być podjęta przez Polaków w referendum. W naszym środowisku jest duża grupa ekspertów, która uważa, że powinniśmy wrócić do systemu solidarnościowego, czyli zdefiniowanego świadczenia.

O to Polacy byliby pytani w referendum?

Najpierw powinny być wyliczenia i eksperci powinni położyć na stół swoje propozycje. Wtedy będziemy mogli na ten temat coś bardziej szczegółowego powiedzieć. Jeśli będzie taka wola, to referendum powinno się odbyć, ale oczywiście z pokazaniem wszystkich skutków każdej propozycji.

Od systemu zdefiniowanego świadczenia odeszliśmy z powodu pogarszającej się sytuacji demograficznej. Obecny model przyjęto ze względu na minimalizowanie skutków dla finansów publicznych. Zamiast robić rewolucję, nie lepiej reformować obecne rozwiązanie?

Dlatego jestem ostrożna i mówię, że trzeba rozmawiać. Przecież jest też propozycja Jarosława Gowina emerytury obywatelskiej. Trzeba usiąść i spokojnie się zastanowić. Nie stać nas na pochopne decyzje. Polska już poprzednio podjęła decyzję w ten sposób i z tego powodu są problemy. To nie temat na kampanię, trzeba usiąść po wyborach, a nie działać jak PO, która zmieniała system w ciągu dwóch czy trzech tygodni.

Kto będzie kierował polityką gospodarczą rządu, gdzie będzie ośrodek decyzyjny?

Jeśli będę tworzyć rząd, to mogę zadeklarować, że to będzie bardzo bliski mi temat. Ale chcemy, by jednostką odpowiadającą kompleksowo za gospodarkę było ministerstwo rozwoju, na którego czele stanąłby wicepremier. Chcemy zmienić obecny model, w którym kreatorem polityki gospodarczej jest minister finansów.

Do tej pory mieliśmy rządy księgowego, który trzymał się za kieszeń. Czy takie przeniesienie środka ciężkości do innego resortu nie grozi tym, że teraz będziemy inwestować, czytaj: wydawać bez względu na dochody.

Rozumiem, że może rodzić się taka obawa. Ale obaj ministrowie mają współpracować, więc tak nie będzie. A taka zmiana jest konieczna, bo jesteśmy w ostatniej dużej unijnej perspektywie i te pieniądze trzeba mądrze zainwestować. Planujemy wiele działań rozwojowych, które wymagają silnej pozycji osoby, która będzie je koordynować. Wierzę, że uda się stworzyć dobrze rozumiejący się zespół. Rząd będzie mniej polityczny, a bardziej w dobrym tego słowa znaczeniu – technokratyczny. Powtórzę, że Polska potrzebuje polityków rzemieślników, choć to stwierdzenie nie wszystkim się podobało. Oczywiście potrzebni są i liderzy, i wizja, ale musi być także drużyna dobrze ze sobą współpracujących osób. I jeśli zostanę premierem, to według tych kryteriów będę dobierała ministrów.

Ma pani kandydatów?

Za wcześnie, by dzielić skórę na niedźwiedziu, i żadnych nazwisk nie podam. Dla mnie jest jasne, że im bliżej będzie finału kampanii, tym bardziej będę musiała o tym myśleć i zacząć to układać.

Kandydat na ministra finansów to ktoś w typie Jacka Rostowskiego, czyli ekonomisty i polityka, czy Mateusza Szczurka, czyli osoby z rynku?

To z pewnością będzie wysokiej klasy specjalista, nie możemy bowiem zapomnieć o tym, że dziś ok. 60 proc. długu Skarbu Państwa znajduje się w portfelach inwestorów zagranicznych.

W ramach polityki gospodarczej mówi pani o lepszym wykorzystaniu węgla i braku zgody na zamykanie kopalni. Ale cena węgla znowu spadła. Czy na dłuższą metę to obietnica do utrzymania?

Jeśli dalej miałby być utrzymywany obecny stan, to faktycznie nie. Ale dlatego mówimy, że potrzebne są zmiany. Nasze stanowisko jest jasne, trzeba renegocjować pakiet klimatyczny i jesteśmy zdeterminowani w tej kwestii. Z kolei polskie górnictwo potrzebuje w tej chwili doinwestowania, mądrej polityki kadrowej i inwestycyjnej. Nie tylko dla Śląska, ale zwłaszcza dla tego regionu. To kwestia nie tylko gospodarcza, lecz także społeczna i cywilizacyjna. Trzeba działać tak, by w Polsce opłacało się wydobywać i sprzedawać węgiel. O tym, że tak jest, świadczą nowe inwestycje, ja mieszkam w Brzeszczach, gdzie kopalnia ma być likwidowana, a 10 km dalej w tym samym powiecie właśnie rozpoczęły się prace nad budową nowej kopalni.

Są też kopalnie, gdzie węgla praktycznie nie ma lub jego wydobycie przestaje być opłacalne, jak Kazimierz Juliusz. I jest pytanie, czy w takich przypadkach nie będzie pani więźniem danej obietnicy, że kopalnie nie będą zamykane.

Czym innym jest zamykanie kopalni, w której skończył się węgiel, a czym innym likwidacja zakładów, które mają jeszcze pokłady surowca na wiele lat. W przypadku Kazimierza Juliusza sytuacja była jasna i było zrozumienie w tamtejszym środowisku, że kopalnia musi być zamknięta. Ale w takim przypadku trzeba tym ludziom dać alternatywę.

Czyli zamiast likwidacji wygaszanie?

Nie. Tam, gdzie nie będzie już pokładów węgla lub będą się kończyły, wydobycie będzie ograniczane, to oczywiste, ale kopalnie, które mają pokłady, mają działać i muszą być doinwestowane.

A kosztów takiej polityki nie poniesie energetyka? Jeśli firmy energetyczne będą miały kupować polski węgiel, nawet jeśli ten z zagranicy będzie tańszy jak teraz, to one poniosą koszty?

Ale dlaczego mają tani zagraniczny do wyboru? Bo Rosjanie zalewają nas tanim węglem, który nie ma takich obciążeń podatkowych jak w Polsce.

Co konkretnie oznacza renegocjacja pakietu klimatycznego?

Narzucone nam normy emisyjne uderzają w naszą gospodarkę, dlatego chcemy je renegocjować.

Tyle że obecny rząd się zgodził. Jakie są zatem szanse na renegocjacje tego porozumienia?

Trzeba prowadzić aktywną politykę i myśleć kategoriami interesu narodowego. Dziś mamy taką oto sytuację, że będąc wciąż krajem na dorobku, sami sobie podcinamy nogi na drodze do bardziej dynamicznego rozwoju. Mówię na przykład o przyjęciu pakietu klimatycznego czy zgody na projekt unijny dekarbonizacji gospodarek.

Jak ma się zmienić polityka zagraniczna, jeśli PiS dojdzie do władzy?

Ma być bardziej aktywna. Oczywiście jesteśmy w pewnych układach i sojuszach, które są dla nas istotne. To jest dla nas bezdyskusyjne, ale polityka zagraniczna ma być wsparciem chociażby dla polskiej gospodarki. Stąd pomysły dyplomacji gospodarczej, oprócz tego celem będzie wzmacnianie polskich sojuszy i bezpieczeństwo.

W jaki sposób mamy się pozycjonować w UE?

Będziemy prowadzić silną i samodzielną politykę zagraniczną. Na pewno będzie nam blisko do wszystkich, którzy chcą budować silną i zjednoczoną Europę, ale z poszanowaniem interesów wszystkich krajów członkowskich. Nie może się odbywać w ten sposób, że Polska przyjmuje to, co jest jej narzucone.

Stanowisko PiS w sprawie euro jest jasne – czy nie grozi nam członkostwo II kategorii w UE?

Nasze członkostwo w Unii jest wielkim osiągnięciem, chcemy, by nasza rola w niej rosła, oczywiście podtrzymujemy te wszystkie zobowiązania, jakie wzięliśmy na siebie, wchodząc do UE. Ale nie zrobimy niczego, co będzie godziło w interes Polski i nie jest korzystne dla obywateli. A wejście do strefy euro obecnie nie jest dla nas korzystne. Warto też pamiętać, że Polska, przystępując do strefy euro, byłaby zobowiązana do wyłożenia w gotówce równowartości 16 mld zł na pakiet kryzysowy dla krajów eurozony. Taka jest konsekwencja przyjęcia europejskiej waluty – wpłata na fundusz kryzysowy zwany Europejskim Mechanizmem Stabilności. I to nie są moje wyliczenia, tylko Narodowego Banku Polskiego z raportu opublikowanego w listopadzie 2014 r. Słowacy i Litwini już się buntują przeciwko temu mechanizmowi, ale płaczą i płacą.

Jak pani sobie wyobraża ewentualne stosunki z przewodniczącym Rady Europejskiej?

Z Donaldem Tuskiem? Zobaczymy, czy zostanie na drugą kadencję.

Nie podtrzymacie jego kandydatury?

Uważam, że każdy Polak, który ma silną pozycję w strukturach międzynarodowych, powinien być dla Polski wartością dodaną. Dotychczas Donald Tusk dla Polski niewiele zrobił, a zdaje się, że cieszy się także niewielką popularnością w samej UE. Nie chcę rozważać teraz tematu jego przyszłości. Zawsze będziemy współpracować z tymi, którzy będą tworzyli dla spraw Polski dobry klimat.

Wracając do biznesu: proponujecie ulgi w składkach za zatrudnienie dla przedsiębiorców, zmniejszone składki na ubezpieczenia społeczne. Ile kosztowałyby te programy wsparcia i na ile byłyby skuteczne?

Nie mówiłabym o tym jako o kosztach, tylko raczej jako o rodzaju inwestycji. Jeśli będziemy tworzyli miejsca pracy i wprowadzali ulgi dla przedsiębiorców, to się bardzo szybko zwróci.

Do tej pory naszym atutem była tania praca, a nie innowacyjność, więc powinniśmy podnieść płace, by to zmienić. Tylko czy takie myślenie się sprawdzi, czy pracownicy nagle staną się innowacyjni z powodu podwyżek? Czy to nie okaże się pułapką, stracimy atut niskich płac, a nie zostaniemy innowacyjni?

Niskie koszty płacy sprowadziły nas na peryferie Europy, co widać w różnych statystkach i rankingach. Jesteśmy krajem, który niespecjalnie ma się czym pochwalić, jeśli chodzi o przemysł czy własną markę, za to jesteśmy krajem atrakcyjnym dla właścicieli montowni czy hurtowni. Wszyscy zagraniczni inwestorzy są tu mile widziani i niech tworzą wartość dodaną, ale musimy postawić na badania i rozwój i doprowadzić do tego, by te firmy zagraniczne działały na takich samych zasadach jak nasze. Musimy też dać szanse naszym przedsiębiorcom, by od małej do średniej i od średniej do dużej firmy mogli budować polski przemysł i markę.

Jak chcecie zachęcić np. banki, by włączały się w akcję kredytową wspomagającą inwestycje, jeśli z drugiej strony szykujecie podatek bankowy?

Banki tego podatku jakoś strasznie nie odczują. To mit, którym lobby bankowe, zwłaszcza Związek Banków Polskich, broni się przed wprowadzaniem takich rozwiązań. Przecież podatek bankowy funkcjonuje w dwunastu krajach Unii Europejskiej, w tym w Niemczech, Wielkiej Brytanii, we Francji, w Holandii czy Belgii. Jakoś nie widać odpływu kapitału z sektora bankowego w tych państwach.

Podatek bankowy będzie. A podwyżka składki zdrowotnej?

Nie. Chcemy, by te pieniądze, które są w systemie, były lepiej wydawane, a nie na biurokrację. Chcemy wrócić do finansowania budżetowego, ale nie do takiego modelu, jaki działał kiedyś, a są takie obawy. Chyba jest też zgoda na takie zmiany, dlatego mamy pomysł, by pieniądze były przekazywane przez wojewodów. Najważniejsze, by była dostępność, nie było kolejek.

Ten pomysł to aby nie czarowanie rzeczywistości? W końcu NFZ to instytucja budżetowa, praktycznie wszyscy Polacy są objęci ubezpieczeniem zdrowotnym.

Ale jak widać, system nie działa, skoro ludzie nie mają szans, by szybko dostać się do lekarza specjalisty. To działa w ten sposób, że mamy wypływ pieniędzy do sfery prywatnej.

Są takie przykłady, ale jednocześnie mamy jeden z najniższych w Europie wskaźników finansowania ochrony zdrowia w relacji do PKB. Dopóki nie przeskoczymy tego, nie ma mowy o jakichś większych zmianach.

Spróbujemy naprawić sytuację, zrobić to w ramach środków finansowych, które mamy.

Na koniec temat niezwykle gorący: co z frankowiczami?

Temat wraca w dwóch przypadkach, gdy są tąpniecia na rynku walutowym i drożeje frank oraz przed kampaniami wyborczymi. My pierwszy projekt złożyliśmy w 2011 roku i został odrzucony. Póki nie ma gwarancji, że sytuacja się ustabilizuje, trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie. Oczywiście zawsze pojawia się argument, a co z tymi, którzy wzięli kredyt w złotych. Ale to nie tak, że kredyty frankowe brali tylko krezusi. Dla wielu osób była to jedyna możliwość kupna własnego mieszkania, inaczej banki nie chciały im dawać kredytów. I dziś dla wielu osób, u których wartość kredytu mimo wielu lat spłaty nadal przewyższa wartość mieszkania, to problem życiowy. Banki nie stosowały czystych reguł. Klienci w wielu przypadkach, mówiąc delikatnie, nie byli rzetelnie informowani i stąd dziś problemy, które trzeba rozwiązać.

Przewalutować kredyty?

W tym roku złożyliśmy propozycję jako klub PiS, by dać możliwość przewalutowania po kursie przed styczniowym załamaniem kursu złotego do franka. Na stole jest też propozycja, o której mówił Andrzej Duda, by przewalutować po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu. Są te dwie propozycje i trzecia – węża walutowego z 2011 roku. Rolą ekspertów jest przygotować ostateczną wersję.

Kto powinien ponieść koszty? Banki?

Na pewno nie budżet państwa i nie klienci. Banki muszą wziąć odpowiedzialność za to, co się stało.