Wydawało się szokujące nieprzyjmowanie ślubowania od sędziów wybranych zgodnie z prawem, a przyjmowanie od tych, którzy wskoczyli na ich miejsce. Sądziliśmy, że nie zdarzy się już nic szytego grubszymi nićmi niż zlekceważenie wyroków Trybunału Konstytucyjnego i odmowa ich publikacji. Że nikt nie wpadnie na pomysł mianowania prezesów sądów przez niczym nieskrępowanego ministra sprawiedliwości. Nie mieściło się w głowie ułaskawienie b. kierownictwa CBA przed prawomocnym skazaniem. A jednak jeszcze wiele rzeczy będzie musiało się w naszych głowach zmieścić.

Ułaskawienie na wariackich papierach Mariusza Kamińskiego było przygrywką. Ponieważ sprawą zajął się – w wyniku kasacji oskarżycieli posiłkowych – Sąd Najwyższy, to w jego stronę rządzący wycelowali swoją katiuszę. 31 maja SN stwierdził w uchwale, że nie da się ułaskawić osoby w świetle prawa niewinnej. Prezydencki akt łaski nie powinien więc wywołać skutków procesowych. Posłowie PiS nie zastanawiając się długo postanowili zatem... odebrać Sądowi Najwyższemu prawo wydawania uchwał. Tego dotyczy wniosek skierowany w czwartek do Trybunału Konstytucyjnego. Jego autorzy przekonują, że skoro - w myśl konstytucji - sędziowie podlegają jedynie ustawom i konstytucji, to nie mogą podlegać uchwałom jakiegoś tam SN.

Wniosek jest szeroki - podważa utrwaloną od dziesięcioleci instytucję zagadnień prawnych zarówno w postępowaniu karnym (o które chodzi w sprawie ministra Kamińskiego), jak i cywilnym i sądowoadministracyjnym. Bezpiecznika już nie ma – trybunał orzeknie tak, jak to jest oczekiwane. Jeżeli faktycznie uzna, że kierowanie pytań prawnych do Sądu Najwyższego (a rykoszetem dostanie też NSA) jest niezgodne z konstytucją, zdemoluje utrwalony mechanizm porządkowania prawa i ujednolicania jego stosowania. Wyłącznie od pojedynczego sędziego będzie zależało, jak w danej sprawie zrozumie przepis. Jeśli nawet nabierze wątpliwości – nie będzie już drogi formalnego ich rozwiania. Wrócimy do sądowego rozbicia dzielnicowego.

Cel jest jeden: spacyfikować Sąd Najwyższy, który - choć lekceważony - wciąż irytuje i wkłada kij w szprychy "dobrej zmiany". Wniosek posłów dowodzi, że granic nie ma. Demolka postępuje, bez zważania na zasady, kulturę prawną, fundamenty ustrojowe. Nie zdziwmy się, jeśli trybunał orzeknie przy okazji, że niekonstytucyjna jest sama data nieszczęsnej uchwały - 31 maja. Oznacza wszak ona, że Sąd Najwyższy w swoim orzekaniu posługuje się kalendarzem gregoriańskim. A ten nie został wprowadzony ani ustawą, ani konstytucją, lecz rozkazem króla Batorego z 1582 r. W konstytucji nie ma zaś mowy o tym, że sędziowie podlegają rozkazom królewskim...