Ta wyrafinowana myśl ekonomiczna, zwana czasem "ekonomią podaży", pojawiła się w latach 80., a swoją głowę wychyla dziś pierwszy raz od globalnego kryzysu pod koniec zeszłego dziesięciolecia. Skąd się wzięła, dlaczego wróciła i czy dane mogą ją rozliczyć? No i czy możemy o niej mówić w kontekście Polski?

Od czasów Ronalda Reagana – według niektórych honorowego Polaka – republikanie są twardo za doktryną wolnego rynku i minimalistycznego rządu. W swoim kultowym przemówieniu do obywateli Ameryki w lipcu 1981 r. Reagan wcielił się w rolę wykładowcy „Macroeconomics 101”. Wytłumaczył siedzącym przed telewizorem jankesom, że mniejsze podatki dla firm dają większy zysk wszystkim, bo pozwalają firmom działać na szczycie swojej możliwości, zwiększając zatrudnienie i dając środki na inwestycje. Potocznie (i trochę złośliwie) taką politykę gospodarczą nazywa się "ekonomią skapywania", bo dobrobyt przedsiębiorstw i przedsiębiorców na wyższym szczeblu dochodowym ma skapywać na arcyważną dla polityków amerykańską klasę średnią.

Ponieważ w czasach Reagana przełamano stagflację (wysokie bezrobocie i spadek siły nabywczej), przypisano to skuteczności ekonomii podażowej. I dość naiwnie rozumiany liberalizm stał się wiodącą myślą ekonomiczną. W mniej lub bardziej przemyślanych wariantach przełożył się on na reformy w wielu krajach (Ameryka Łacińska, Azja, Europa Środkowa), na konsensus waszyngtoński i na wiele innych obszarów, w tym w szczególności na narracje medialne. Ale jak to z narracjami medialnymi bywa: „Nierówności i zbyt duża swoboda korporacji spowodowały, że wszystko runęło w przepaść jesienią 2008 r.”.

Ładny obrazek? Tylko mało zgodny z faktami. Porównywanie jakiegokolwiek kraju europejskiego z USA mija się z celem. W Europie jest powszechna opieka zdrowotna (jakkolwiek byśmy na nią narzekali), powszechne szkolnictwo (poza Wielką Brytanią, w zasadzie nieodpłatne do etapu doktoratu włącznie), powszechne ubezpieczenia społeczne, w tym świadczenia na wypadek braku pracy, choroby czy niepełnosprawności, o emerytalnych nie wspominając. Wszystkie te rozwiązania w USA co prawda funkcjonują, ale bez jednego przymiotnika: nie są powszechne. I w praktyce nigdy nie były. Nawet słynne Obamacare, czyli reforma zdrowia mająca zwiększyć jego dostępność także dla osób uboższych, nie zapewniała powszechności. Tak samo z reformą systemu edukacji, które zaczęły się za Clintona. Nie ma nawet obowiązku edukacyjnego, a wskaźnik osób opuszczających system kształcenia przed osiągnięciem pełnoletniości jest najwyższy wśród krajów rozwiniętych, wielokrotnie wyższy niż gdziekolwiek w Europie. Dlatego amerykańskie skapywanie, czyli trickle down economics, w kontekście europejskim to nic więcej niż... narracja.

Kluczowe dla Trumpa, jak i całej ekonomii podaży jest jedno: zmniejszenie podatków dla najbogatszych. Przecież skądś musi skapywać. A to, że będzie kapać, jest nawet ubrane w model: krzywa Laffera.

Legenda mówi, że było tak. W 1974 r. w waszyngtońskiej knajpie nad koktajlami spotkało się czterech republikanów: Dick Cheney (wtedy zastępca szefa personelu Białego Domu, za rządów George’a W. Busha wiceprezydent), Donald Rumsfeld (wtedy szef personelu Białego Domu, za Busha juniora minister obrony), Jude Wanniski (redaktor z „The Wall Street Journal”) i ekonomista Arthur Laffer. Ten ostatni narysował na chusteczce krzywą dzwonową i stwierdził, że musi być jakiś optymalny stopień opodatkowania, który kreuje dla budżetu państwa największy możliwy przychód z danego podatku. Każda stawka powyżej tego poziomu optymalnego zniechęca do zwiększania bazy, więc zmniejsza przychody.

Laffer nigdy nie powiedział, jaki jest ten „optymalny poziom podatku”. Na jego serwetkowym modelu było magiczne x. Republikanie zrozumieli jednak coś innego – x jest zawsze niższe niż obecny poziom podatków. Zawsze.

Czy tak jest naprawdę? Po pierwsze, żaden kraj nie ma jednej stopy podatkowej – systemy są złożone, stopy mniej lub bardziej progresywne, a podatki współzależne. Manipulowanie jedną stopą – dla najbogatszych – wiele zmienić nie może. Lecz ile konkretnie? Laffera wielu próbowało włączyć w mniej lub bardziej złożone modele makroekonomiczne. Szeroko cytowane wyliczenia Mathiasa Trabandta i Haralda Uhliga (University of Chicago) mówią, że podniesienie (a nie zmniejszenie) opodatkowania zwiększy przychody budżetu USA o ok. 30 proc. w przypadku pracy i ok. 6 proc. w przypadku kapitału. Model szacowano na danych pobushowskich, czyli przy relatywnie niskich podatkach po rządach republikanów. Dla porównania dla krajów Europy w większości faktycznie optymalne okazuje się zmniejszanie opodatkowania. Tyle że efekty tu są niewielkie: kilka procent w przypadku pracy i ok. 1 proc. w przypadku kapitału. Badania były poszerzane i pogłębiane, by uwzględnić zróżnicowaną naturę różnych składek i podatków, ale i tak zazwyczaj podatki europejskie są dość bliskie Lafferowskiemu optimum. Amerykańskie podatki zaś konsekwentnie od niego odstają.