Film o panu będzie.
Filip Łobodziński*: Sam się dziwię. Na razie wszystko jest w fazie wstępnej. Jest jakiś konspekt, ale ja go nie znam. To jest poza mną. Nie mam z tym filmem nic wspólnego poza tym, że zainspirowałem twórców swoją osobą.

Tytuł?
Boję się, że coś z podróżą.

Podróż za jeden uśmiech?
Coś wokół. Jestem osobą, która się wielu osobom kojarzy z ich fajnym dzieciństwem. I może chcą jeszcze raz to przeżyć. A jeżeli ja, mówiąc, co myślę, i przy okazji wyglądając tak, a nie inaczej, zniszczę niektóre złudzenia, to też dobrze. Wie pani, tu, w Alejach Ujazdowskich, to są okolice, które pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa. Mieszkałem na Koszykowej, przy Placu na Rozdrożu, niedaleko chodziłem do pierwszego przedszkola. Tu, gdzie teraz jest Ambasada Francuska.

Filmowcy pana znaleźli już w przedszkolu?
Nie, wtedy byłem normalnym, zwykłym dzieckiem, które dość szybko nauczyło się czytać. Uczyłem się z neonów, których było wtedy w Warszawie sporo. W tym jeden, którego nie umiałem rozkminić. Drogeria – i dwa razy w tym wyrazie pojawiała się literka, której kompletnie nie czaiłem. Takie francuskie pisane „r”. Rodzice mi wytłumaczyli, co to jest.

Kiedy moje córki pana zobaczyły „na żywo”, powiedziały: o, ten pan nawet się tak mocno nie pomarszczył.
W środku się pomarszczyłem.

Wcześniej oglądały i „Podróż za jeden uśmiech”, i „Stawiam na Tolka Banana”.
Rok różnicy jest między tymi filmami. Po drodze przeszedłem mutację. Jeden mój znajomy powiedział, że jego 11-letnia córka dzięki mnie pokochała czarno-białe filmy. Nie, wróć, nie dzięki mnie, tylko filmom, w których ja też grałem.

Pan nie lubi o tym rozmawiać.
Nie do końca czuję łączność z ludźmi, którzy w dzieciństwie oglądali te filmy. Ja po prostu to wszystko inaczej pamiętam. Nigdy nie umiałem przeżyć ich fabuły, myśleć, co będzie dalej, czekać na kolejny odcinek. Mnie się z tymi scenami kojarzą rzeczy, które się wydarzyły poza kadrem, poza planem. Zjawisko popularności „Podróży za jeden uśmiech” i „Stawiam na Tolka Banana” to jest jakaś magma, której nie potrafię uchwycić, a w której usiłuję dostrzec przeżycie pokoleniowe. Mnie nie było ono dane. W sumie dopiero niedawno obejrzałem te filmy w całości, po bożemu.

I?
Treść znałem. Zobaczyłem tylko, jak to zostało zmontowane, i wkurzyłem się na siebie samego, bo nie znoszę tamtego siebie. Wydaje mi się, że to było strasznie sztywne. Dzisiaj to ja bym oczywiście zagrał jak Jack Nicholson...

Wiem, że pan chciałby mówić o tłumaczeniu tekstów Boba Dylana, o graniu Dylana.
A wszyscy i tak chcą o Dudusiu.

I się czają.
Czają. A pani od razu. I mamy pozamiatane. Zdaję sobie sprawę, że to jest dla ludzi najciekawsze. Paul Simon kiedyś się skarżył Dylanowi, że chce ludziom na koncertach śpiewać różne piosenki, a oni i tak krzyczą Sounds of Silence. A Dylan na to: Ale jak jestem na twoim koncercie, to też chciałbym usłyszeć „Sounds of Silence”. Mogę się gimnastykować, robić Bóg wie co, a ludzie i tak chcą wiedzieć, czy my z Heńkiem Gołębiewskim to mamy kontakt czy nie, czy się przyjaźnimy, czy nie.

Ale się nie przyjaźnicie.
Ale się lubimy.

Pracowaliśmy razem w Newsweeku, zgodził się pan być dorosłym „Dudusiem” i reklamować gazetę.
Wtedy zacisnąłem zęby. Wynikało to chyba ze zrozumienia prawideł korporacyjnych. Schowałem ego, ale szczęśliwy nie byłem, bo uważam, że to jest takie upupianie produktu. Natomiast spece od marketingu twierdziły, że to świetny pomysł, że trafił im się taki gość z torbą przez ramię i walizą. To było tak dawno...

Filmy?
Hm. Tak. Kiedy próbuję sam siebie zobaczyć, zrozumieć, to nie widzę tamtego chłopaka, który grał w filmach. Widzę człowieka, który poszedł na studia, który się czegoś nauczył, zaczął grać z zespołem, który próbował swoich sił w dziennikarstwie. Wydaje mi się, że ludzie, z którymi rozmawiam, którymi się otaczam, patrzą na mnie przez pryzmat tego, co zrobiłem w dorosłym życiu, a nie w dzieciństwie i wczesnej młodości. Choć coraz ich mniej. W ciągu ośmiu lat straciłem osiem osób, z którymi lubiłem rozmawiać mądrze. Umarły. Trzech przyjaciół, brat cioteczny, córka i obydwoje rodziców. Tata niedawno. We wrześniu.
Choć oczywiście nie jest tak, że ta przygoda filmowa nie miała na mnie żadnego wpływu. Nauczyła mnie, że czasem muszę stanąć wobec ludzi i zacząć coś udawać, robić, odgrywać. I kiedy się na mnie gapią, nie mogę stracić rezonu. Tylko grać. Pomogło mi to w pracy w telewizji, w robieniu wywiadów. Przecież ja byłem strasznie nieśmiały.

Myślałam, że pan gra tę nieśmiałość.
Nie, stopniowo ją przełamywałem. Pierwszy film, w jakim wystąpiłem, to był „Abel, twój brat” Janusza Nasfetera, w którym musiałem zagrać nago, biec, tak frontalnie przed kamerą. A miałem dziesięć lat.

Ile to pana kosztowało?
Oczekiwanie na te zdjęcia kosztowało mnie sporo. Natomiast, kiedy już przyszedł ten dzień, kiedy trzeba było nagrać te dwa ujęcia, na Sadybie, w okolicach Jeziorka Czerniakowskiego, nie bałem się. Na planie zostało tylko kilka osób, a mieszkańcom willi położonych najbliżej, choć i tak daleko od miejsca akcji, zakazano podglądania. Potem oczywiście krępowałem się przed klasą. Ale mama powiedziała, że jak będą się czepiać, wyśmiewać czy coś, to mam powiedzieć, że ta scena była zrobiona specjalnie dla nich po to, żeby mieli o czym gadać.

I co, tak pan mówił?
Tak. Udawałem śmiałość. Miałem dobrą klasę w podstawówce. Oni kompletnie nie zmienili do mnie stosunku. Trzy filmy, ciągle mnie nie było, a oni traktowali mnie normalnie. To było bardzo zdrowe.

A kto mówił „gwiazda ze spalonego teatru”?
Nauczycielki i dyrektorka. Im to przeszkadzało. Psuło im jakiś obrazek. Szczególnie nauczycielce geografii, której córka nie dostała się do filmu. A na dodatek, mapy znałem lepiej niż ona.

Mierzyli panu wtedy iloraz inteligencji?
Były jakieś pomiary. Kiedy miałem osiem, dziewięć lat, to dobrze wypadłem. Potem mi przeszło. Zresztą, nigdy się tym nie interesowałem. Czuję się głupi. Ale chętnie się uczę.

W tej rozmowie nie musi się pan krygować.
Wiem, że są takie sfery, w których mam wiedzę i pewną mądrość. Natomiast życie stawia wyzwania, którym za każdym razem trzeba sprostać na nowo. To jest tak, jak z przekładem. Każdy tekst prozatorski, poetycki, piosenka to jest naprawdę nowe wyzwanie i mogę odłożyć do kosza to, co zrobiłem wcześniej. Tu nie ma nawyczków.

W Najwyższej Izby Kontroli...
O dziwo, też nie ma.

Tam pan pracuje.
Od trzech lat. Przekładam teksty. Z urzędowego na polski. Jestem w grupie czterech, pięciu osób, które informacje o wynikach kontroli, często dwustustronicowe, streszczają w pigułce trzech, czterech stron. Prowadziłem tam też debatę czterech prezesów NIK, trzech byłych i obecnego, pracuję przy redagowaniu dwóch publikacji, które się ukażą w przyszłym roku z okazji stulecia NIK.

Sto najciekawszych kontroli?
Właśnie tak. To są super teksty. Na ich podstawie można by zrobić super serial. Jest jeden raport z fabryki guzików z lat 70. napisany przez kontrolera wierszem. Poza tym te wszystkie FOZZ-y, afery „Żelazo”, afery mięsne. Również kontrole z czasów wojny, na przykład ta dotycząca wywiezienia polskiego złota. Przeczytałem to wszystko, a potem starałem się wespół z kilkoma innymi osobami to jakoś ożywić. Ta praca mi bardzo pomogła. Trzy lata temu byłem w bardzo trudnym momencie swojego życia. Na progu ciężkiej depresji. Córka odchodziła. Potrzebowałem zorganizowania swojego czasu. Zacząłem pracować dzień po pogrzebie Marysi. Żeby nie siedzieć w domu, żeby się szybko czymś zająć. I to w dodatku czymś, o czym nie miałem pojęcia.

Kto pomógł?
Rozesłałem sms-y, że wezmę każdą pracę, byle uczciwą. Wcześniej przez dwa lata pracowałem w MSW, więc byłem przystosowany do tego urzędowego świata, takiego od 8 do 16. Poza tym już kiedyś, pomiędzy pracą w Newsweeku a MSW, byłem okresowo zarejestrowany jako bezrobotny, pobierałem zasiłek i kursowałem do Urzędu Pracy. Wiedziałem, że teraz muszę pracować. I to od razu. Natychmiast.

A żałoba?
Czym innym jest nagła śmierć, a czym innym odchodzenie na nowotwór. Od pewnego momentu człowiek już wie, jaki jest koniec. I stara się tylko o to, żeby wszyscy przeszli przez to godnie, z bólem, ale w stanie jakiejś głębszej duchowości. Tego wszystkiego nie da się oswoić. Ale trzeba robić, co się da. Mnie się wyć chce do dziś, codziennie. Przecież dopiero co, 1 października była trzecia rocznica śmierci Marysi. Ale zdaję sobie sprawę, że choćby nie wiem, jak zaklinać świat, to słońce wzejdzie, to po ziemniaki trzeba pójść. Wielu ludzi już odchodziło i ich bliscy musieli dalej żyć. Nie jestem więc wyjątkowy. Choć opisać tego wszystkiego się nie da, bo nie ma na to słów. Pamiętam, że dwa tygodnie przed odejściem Marysi rozmawiałem ze znajomą, która nam pomagała, a która sama doświadczyła straty – jest wdową smoleńską. I ona mówi, że ludzie często pytają: „A gdzie w tym czasie był Jezus?”.

Kiedy, 10 kwietnia 2010 roku?
Mhm. I że odpowiadała, że tam, gdzie zawsze, na krzyżu.

Rzeczywiście, pocieszające.
Są rzeczy, których nie rozumiem. W kategorii całego świata – nie rozumiem cierpienia, które do niczego nie prowadzi. Gdyby Bóg rzeczywiście musiał zabrać młodą osobę, to mógł to zrobić w sposób nagły, poprzez wypadek na przykład. A nie kosztem kilkuletniego cierpienia. To jest niegodziwe. To samo myślę o wszystkich dzieciach, które odeszły, czy to przez chorobę, czy wojnę, czy przez rozpędzonego kretyna na jezdni, czy przez pożar, jak ostatnio, kiedy dwóch chłopców się spaliło. To są rzeczy zupełnie światu niepotrzebne. Cierpienie niewinnych jest niepotrzebne. Nie ma na to zgody. I umówmy się, jak się ma 20 lat, to się ma Internet i się wie, co to za choroba, jakie są rokowania przy glejaku. Marysia wiedziała.
I znosiła to z wielką godnością. Bo przecież była zrozpaczona w stopniu niewyobrażalnym. Ale kiedy kolejna diagnoza mówiła, że nadzieje maleją, postanowiła zrobić coś dla – siebie? Dla nas? Zostawić ślad. I przez kilka miesięcy, pomiędzy kolejnymi terapiami i egzaminami na UW, przełożyła „Apolla z Bellac” Jeana Giraudoux.
W czasie choroby Marysi dotarliśmy do wielu lekarzy, do wielu koncepcji leczenia, również do Berlina. I wielu profesorów się pochylało na tym przypadkiem. Pomyślałem sobie, że moje nazwisko tu wiele zdziałało, a co ma zrobić kolejarz z Grudziądza, któremu dziecko choruje? Nie dotrze do znanego profesora.

Prof. Omilanowska mówi wprost o drugim obiegu służby zdrowia.
Oczywiście. Znaną gębą można różne rzeczy zdziałać, otworzyć różne drzwi. Tu nie ma sentymentów. Znaczy jest jeden – chora córka. Choć sytuacja i tak była beznadziejna.

Zaczęło się od bólu głowy.
Tak, od wielomiesięcznych bólów głowy. Potem świat stanął na chwilę. Odrodził się zupełnie inny. Ma inny kolor, inny smak. Gorszy. Ale żyję. I to tak, żeby nie przynieść wstydu tym, którzy odeszli. Czasem słyszę, że była taka zdolna, taka wspaniała, taka młoda, jeszcze mogła tyle zrobić. A jakby nie była wspaniała, nie byłaby zdolna? Przecież to nie ma żadnego znaczenia. Dziecko to dziecko, cierpienie to cierpienie. Szczęśliwie, w ostatnim roku życia Marysia miała prawdziwego chłopaka. Facet się sprawdził, tak, że... Stanął na wysokości zadania tak, jak życzyłbym każdemu mężczyźnie. Zajmował się Marysią na spółkę z nami jak pielęgniarka, jak salowa. To, że się pojawił, było jak promień, który też jej bardzo pomógł. Kochała go bardzo. Zupełnie inaczej niż nas, rodziców, rodzeństwo. Był przy niej do końca, do ostatniej sekundy. Mam z nim kontakt. Dzisiaj ma trzy dychy. Na cmentarzu mówiłem, że modliliśmy się o cud i cud się zdarzył. Miał na imię Alek.

Pan został ochrzczony w wieku 45 lat, potem wziął pan ślub kościelny.
Wychowałem się w domu agnostycznym, natomiast miałem pewne podejrzenia, że to mi nie wyjaśni całego świata. Podejrzewałem, że jest jakiś wymiar dla mnie niedostępny, ale istniejący. Nie umiałem sobie pewnych rzeczy wytłumaczyć inaczej, niż poprzez cud stworzenia. Czytałem książkę Marcina Ryszkiewicza „Przepis na człowieka” i tam chyba znalazłem dowody na istnienie Boga. Zresztą, kiedy się spotkałem z autorem, to właśnie mu to powiedziałem. Jeżeli w obrębie iluś tam lat świetlnych Ziemia jest jedynym takim miejscem, to musiał być na nią jakiś kolosalny pomysł.

I dlatego wrócił pan do Boga, do religii?
Nie wiem, czy wróciłem, bo ja przecież tam nigdy wcześniej nie byłem. Natomiast od pewnego momentu poczułem, że tu jestem u siebie. 14 lat temu. Jednak to, broń Boże, nie oznacza pełnej solidarności z Kościołem. Bardziej odnajduję się w Ewangelii niż w Kościele. Znałem kilku fajnych księży w okresie przedchrzestnym, z którymi rozmawiałem, z Bogiem dalej się spieram, dalej dyskutuję. Jestem jak ci Żydzi pod Ścianą Płaczu, którzy mają pretensję do Boga. Ale przynajmniej mam do kogo mieć pretensję. A nie tylko żyć w pustce. A jak jest, to się dopiero okaże. Mój tata, który odszedł niedawno, agnostyk absolutny, już wie. Albo nie wie, bo tam nic nie ma i jego nie ma.

Nie dawał znaku?
Nie. A może dawał, tylko nie umiałem odczytać. Nie odczuwam obecności zmarłych. Na pogrzebie Roberta Brylewskiego podeszła do mnie wdowa po jednym z muzyków, objęła mnie i mówi: on jest ze mną cały czas, Marysia na pewno też jest z tobą. Zaskoczyła mnie tym nagłym wyznaniem. Ma ten dar albo została błogosławiona tym, że czuje czyjąś obecność. Ja wciąż nie czuję albo nie umiem tego odczytać. Pomór, o którym pani mówiłem, zaczął się od mojego najbliższego przyjaciela, człowieka, od którego mnóstwo się nauczyłem i uczyłem. Jest we mnie w tym sensie obecny, że bardzo często łapię się na tym, że kiedy coś mówię, robię, to zadaję sobie pytanie, czy Jacek by się ze mnie nie śmiał, czy nie zadrwiłby ze mnie, czy zachowuję się tak, żeby zasłużyć na jego dobrą ocenę, i w tym sensie on jest ciągle ze mną. Inni też. Staram się na nich zasłużyć.

Pan ma odwagę o tym mówić. Teraz rozmawiamy publicznie, więc mnie też jest łatwiej. Prywatnie byłoby niezręcznie pana pytać o córkę, jej odejście.
Rzadko na ten temat mówię. Dziś akurat powiedziałem i nie wstydzę się tego. I pierwszy raz mówię o tym publicznie. Nie żeby epatować, bo to już nie chodzi o mnie. Ale może chciałbym służyć pomocą tym, którzy znajdą się w podobnej sytuacji. Żeby się dowiedzieli, jak potem jest.

A jak to potem jest?
U mnie najtrudniejsze są jesienie. I luty, czyli urodziny Marysi. Może tym najbliższym, którzy musieli nagle odejść, zależałoby na tym, żebyśmy nie wyłącznie płakali, tylko żeby z tego, że odcisnęli się na naszym życiu, coś wynikało. Postawiłem sobie za cel, że kiedyś siądę do książki, którą mieliśmy razem z Marysią przetłumaczyć. To książka napisana przez siedmioletnią dziewczynkę, która żyła w absolutnej symbiozie z przyrodą. Już jako dorosła osoba trafiła do szpitala psychiatrycznego, bo nikt jej nie wierzył, że to napisała, kiedy była dziewczynką. Nie wyszliśmy z Marysią poza pierwszy akapit. Nie zdążyliśmy. Jednak to, co zrobiliśmy, bardzo nam dobrze wyszło. Marysia miała świetne ucho do języka dzieci. W ogóle do języków.

Chyba w któreś urodziny córki zamieścił pan na fb wierszyk, który napisał pan dla niej, kiedy była bardzo mała. To był cios wierszykiem między oczy.

Biedroneczka Marysia
troszkę smutna jest dzisiaj,
bo gdy się obudziła,
ze słoneczkiem tańczyła,
no i tak wirowała,
skrzydełkami machała,
że wszyściutkie kropeczki
wpadły jej w skarpeteczki.
No, a skąd te jej smutki?
Bo za ciasne ma butki…

Są różne inne Marysie. Mogłyby być też biedroneczkami. „Biedroneczka” powstała w czasie, kiedy wszyscy byliśmy szczęśliwi. Jeśli się komuś podoba, może ją mówić swojej córeczce. A że utrudnia to dzisiejszy kontekst? Broń Boże się nie porównuję, ale treny Jana Kochanowskiego też mają wymiar uniwersalny. To jest jedna z najpotężniejszych porcji poezji w polskiej historii.

Widziałam pana, kiedy słuchał pan muzyki. Tylko wtedy widziałam w panu emocje.
Muzyka to jest rzeczywiście coś takiego, co sprawia, że czasem się zapominam.

Co się wtedy dzieje? I gdzie się dzieje, w głowie?
W trzewiach gdzieś. Gdzieś tu. To są momenty, kiedy czuję, że chciałbym pobyć w środku tej muzyki. A to, że w innych sytuacjach emocji często nie widać, to trochę skutek wychowania przez tatę. Ojciec też bardzo rzadko okazywał emocje. Starał się wytworzyć we mnie zdolność do zakrywania się tarczą.

Po co?
Wiedział, że wszystko przeżywam w środku i że na zewnątrz nie muszę tym epatować, bo nie wszyscy będą wiedzieli, jak ze mną sobie poradzić. Ojciec sam przeszedł sporo w życiu, był przez chwilę w Powstaniu Warszawskim, widział straszne rzeczy, potem w koszmarnych cierpieniach odchodziła jego matka. To spowodowało, że się zamknął w sobie. Postawił na intelekt. Emocje maskował. I mnie tego nauczył. Poza tym film mnie nauczył, by ciągle grać.

Nie każdy umie.
Są ludzie, którym do twarzy z emocjami. I ja ich lubię. W związku z tym pewnie siebie nie powinienem lubić. W domu nie maskuję emocji. Moja żona wie doskonale, kiedy jestem smutny, wesoły, znudzony, wściekły. Teraz się śmieję.

Oczy się nie śmieją.
I nie wiem, kiedy się zaśmieją. Może wiosną, może latem.

Pan ma jeszcze drugą córkę.
Trzydziestolatkę. Ostatnio przez dziesięć miesięcy była w Portugalii. Z wykształcenia jest italianistką. Zajmuje się fotografią. I bardzo się wkręciła w ratowanie planety przed plastikiem.

W takiej sytuacji myśli się: szczęście, że mam drugie dziecko?
Nie, takiej myśli nie było. Ale przy każdym wyjeździe Julki mówię: uważaj, naprawdę uważaj, dbaj o siebie. Cokolwiek, jakikolwiek sygnał ze środka ciała niepokojący, natychmiast się konsultuj. Żadne tam „a może przejdzie”, żadne tam praktyki dziwne, paramedyczne. Najpierw lekarz. Szczęśliwie, wszystko jest ok. Ma żyć długo i szczęśliwie. Przynajmniej na tyle szczęśliwie, na ile ten świat pozwala. Bo ten świat nie jest dobrym miejscem.

Pan wierzy w lepszy.
Wierzę, że jest, ale to „wierzę” to jest takie bardziej „mam nadzieję”.

Czyli pewności nie ma.
Ja nie mam. Za dużo się dziwnych rzeczy w historii wydarzyło, żeby tak z czystym sumieniem machnąć ręką i powiedzieć: a, będzie dobrze. Zresztą nie jestem przygotowany na rozmowę na ten temat. Nie mam tego dobrze przemyślanego, to jest wszystko intuicyjne. A ponieważ od kilku lat jestem w stadium nieco labilnym, są lepsze i gorsze okresy, to czasem widzę sens w tym, że w ogóle żyję i coś robię, a czasem nie bardzo. Staram się sobie przypominać, że spotkało mnie wiele fantastycznych rzeczy i że bilans ciągle jest dodatni. Oczywiście, nie wliczam w to odejścia Marysi, bo to jest poza konkurencją i tego nic nie zrównoważy. Wypadek samochodowy, stratę pracy równoważy to, że mogę robić przekłady, że udało mi się założyć zespół dylan.pl, który jest spełnieniem mojego wieloletniego marzenia. Marysia była na jednej z pierwszej prób, bardzo kibicowała temu przedsięwzięciu, uważała, że zabrałem się w końcu za coś poważnego. To był 2015 rok. Płyta jest dedykowana jej pamięci. Mam też wymyśloną całą drugą płytę. Szesnaście piosenek wybranych, ułożonych w kolejności.

Pana ludzie lubią.
I ja zasadniczo lubię ludzi. Uważam, że dopóki nie zrobią świństwa, to zasługują na szacunek. Choć z drugiej strony wiem, że jako gatunek ludzki jesteśmy fuszerką. I o tym dyskutuję z Panem Bogiem. Wydaję mi się, że to nie my jesteśmy celem stworzenia, tylko jakieś inne stworzenia. Karaluchy na przykład przetrwają wszystko. Być może my im służymy. Człowiek przyniósł na ziemi więcej zniszczenia niż pożytku. Przyszliśmy najpóźniej, a zachowujemy się tak, jakby to wszystko było nasze. A nie jest. Słabo to jest pomyślane. Mam więc podejrzenia, że to nie o nas chodziło.

To nie jest chrześcijańskie podejście.
Nie jestem ortodoksyjny. Wierzę w Boga, aczkolwiek nie zawsze mam pewność, czy Bóg wierzy w człowieka. Przecież wiara w człowieka naprawę wymaga heroizmu. No, ale Bóg jest wszechmogący. Może dlatego modląc się nigdy nie proszę. Tylko dziękuję. Prosić nie ma sensu, bo Bóg i tak wszystko ogarnia, czas cały, również ten, który będzie, więc proszenie o cokolwiek nie ma sensu. Moja prośba nic nie zmieni. Z Jego perspektywy to wszystko już się wydarzyło.

O zdrowie dla córki pan nie prosił?
Nie, mówiłem tylko: Boże, wierzę, że możesz jej pomóc. Wierzę, że to jest w Twojej mocy.

Nie posłuchał.
Dlatego nie jest łatwo to wszystko poukładać i zrozumieć.

*Flip Łobodziński: dziennikarz, tłumacz, muzyk Zespołu Reprezentacyjnego i dylan.pl. W latach 70-tych występował m.in. w kultowych dzisiaj filmach jak "Podróż za jeden uśmiech" czy "Stawiam na Tolka Banana".