Na pierwszy rzut oka ta zmiana jest logiczna: Olejniczak zapłacił stanowiskiem za przegrane przez SLD wybory, klęskę koncepcji LiD, rozbicie klubu parlamentarnego i niepowstrzymany spadek sondaży. Właśnie w takiej sytuacji partia powinna zmieniać lidera. I SLD zmienił. Ale powody były zupełnie inne od tych, które podpowiada logika.

Olejniczak dał się okiwać Napieralskiemu, bo popełniał błędy socjotechniczne. Jakie? Działacze nie wybaczyli mu np. flirtu i uzgadniania najważniejszych decyzji, takich jak porzucenie Partii Demokratycznej - ze Sławomirem Sierakowskim. I nie chodzi o to, że w efekcie LiD rozpadł się z hukiem. Ten lansowany przez Kwaśniewskiego i Olejniczaka pomysł nigdy nie był bliski sercom większości członków SLD. Ale jak można wmawiać wszystkim, że pomysł jest świetny, że to wiekopomna szansa dla lewicy, a potem przekonywać, że nic podobnego i że SLD niepotrzebni są demokraci? A w dodatku nie przyznawać się do błędu? - Wyszliśmy na głupków - komentowano decyzję Olejniczaka na Rozbrat. Tym bardziej że kiedy LiD powstawał, część polityków SLD głośno kontestowała ten twór. Minęło parę miesięcy, a Olejniczak zamiast się do nich wybrać po radę, podeprzeć własnymi ludźmi, stanowisko uzgodnił w kawiarni z szefem "Krytyki Politycznej".

Zresztą brak kontaku z zapleczem politycznym był kolejnym błędem Olejniczaka. To Napieralski jeździł po Polsce i urabiał teren. To on wiedział, że nie można ufać w wyliczenia takich partyjnych prominentów jak Jerzy Szmajdziński, który był przekonany, że trzyma swój region w ręku, a gdy prawie wszyscy delegaci zagłosowali na Napieralskiego, czyli inaczej niż on, nie mógł wyjść ze zdumienia. Napieralski nie wierzył więc nikomu, zlekceważył partyjną i regionalną wierchuszkę, dogadał się z eseldowskim ludem z rad wojewódzkich, któremu obiecał stanowiska - i wygrał.

Na Olejniczaku zemściło się też coś jeszcze: zły duch korytarzy na Rozbrat. Jako szef otoczył się ludźmi, którzy co prawda doświadczenie i staż polityczny mają duże, ale zrozumienia głębokości kryzysu, który pogrąża SLD, za grosz. Janik, Nikolski czy Szmajdziński byli kiedyś świetni w wewnętrznych rozgrywkach, układaniu list i organizowaniu poparcia. Ale to także oni, wraz z tymi, których już w SLD nie ma: Józefem Oleksym czy Leszkiem Millerem, są odpowiedzialni za upadek rządów SLD, klęskę Sojuszu w wyborach 2005 r. i brak pomysłu na bycie opozycją. Dziś nie czują już własnej partii i nie zauważyli, że urosło im pod nosem pokolenie trzydziestoparolatków, którzy lepiej potrafią rozgrywać i - przeciwnie niż Olejniczak - nie zamierzają wsłuchiwać się w głosy starszych, zasłużonych na froncie walki ideologicznej kolegów.

A czego chce urobione przez Napieralskiego nowe pokolenie? To technokraci, wychowani przez partyjne struktury, potrafiący grać na własny rachunek. Problem w tym, że na razie ich horyzont do tego się ogranicza. Czy wolą Blaira czy Zapatero? No jasne, że Zapatero. Dlaczego? Bo Zapatero rządzi, a Blair musiał odejść. Różnice ideowe znaczą dla nich mało, jeśli w ogóle coś. A to na lewicy grzech kardynalny. Szczególnie w Polsce, gdzie formacja postkomunistyczna, od kiedy wyprowadziła sztandar PZPR, nie znalazła żadnego nowego. I nikt nie jest w stanie wskazać sprawy, za którą SLD gotów byłby walczyć do krwi ostatniej. Wygrana Napieralskiego niczego tu nie zmienia.