Gdy to mówił, był już od lat redaktorem naczelnym tygodnika "Polityka" i członkiem Komitetu Centralnego PZPR. Pozostawił po tamtych czasach "Dzienniki" w 10 tomach, drobiazgowy zapis życia peerelowskich elit: partyjnych i intelektualnych od 1958 roku, w których był zanurzony po szyję, choć zachowywał nutkę zdrowego dystansu. Trudno nie przywołać z nich anegdoty.

Podczas wyjątkowo nudnej partyjnej nasiadówki ten dziennikarz w skórze PZPR-owskiego działacza postanowił sobie umilić czas. Zajął się pisaniem przemówień na każdy temat i bawił takimi frazami partyjnej nowomowy jak: "konstruktywny dialog", "harmonijna współpraca" czy "socjalistyczna demokracja". Frazami, które wielu jego kolegów traktowało serio.

>>>Ostatni premier PRL nie żyje

Tylko ludzie pamiętający tamte czasy zrozumieją te słowne igraszki. Pytanie, czyje to świadectwo? Człowieka, który zachował wewnętrzną wolność w absurdalnych czasach? Czy polityka, który w zakamarkach totalitarnej struktury posiadł dar dwójmyślenia?

Rakowski został wicenaczelnym, a potem naczelnym "Polityki" pod koniec lat 50., gdy pismo to miało zastąpić inteligencji zbyt niepokorne "Po prostu". Stworzył pismo na europejskim poziomie, przynoszące czytelnikom tchnienie wielkiego świata.

On sam rzadko pisał, wolał zamawiać teksty i korzystać ze swej partyjnej pozycji dla zapewnienia tygodnikowi osłony przed cenzurą. "Polityka" stawiała kilkakrotnie, śmiało jak na czas i miejsce, poważne kwestie. Na przykład w tekście "Dobry fachowiec, ale bezpartyjny" ujmowała się za większością Polaków nienależących do PZPR, których kariery były blokowane. W marcu 1968 redakcja nie wzięła udziału w antysemickiej nagonce, co mogło się skończyć dla Rakowskiego dymisją - cofnięto ją w ostatniej chwili ze względu na jego pozycję.

A równocześnie Rakowski był krwią krwi i kością z kości pokolenia dawnych działaczy Związku Młodzieży Polskiej, którzy pięli się w górę za czasów Gomułki, a zwłaszcza Gierka. Więc w zasadniczych sprawach udzielał poparcia kierownictwu, pozwalając co najwyżej na dyskretny dystans niektórym redakcyjnym kolegom. W nagrodę dostał zgodę na szerokie kontakty międzynarodowe - zwłaszcza z Niemcami. Zażyłość z czołówką niemieckich socjaldemokratów ujawniała jego prawdziwe preferencje. Gdyby w Polsce nie było komunizmu, zostałby jednym z nich.

Choć był ponoć na ty nawet ze Zbigniewem Brzezińskim, wielką karierę zaczął robić dopiero latem 1981, w następstwie przemian solidarnościowych. Został wicepremierem w rządzie Jaruzelskiego. Na plenum KC koledzy działacze wytupali go, gdy nawoływał do porozumienia z Wałęsą. A równocześnie brutalnie ścierał się z liderami Solidarności, żądając, aby respektowali komunistyczne realia. Gdy wprowadzono stan wojenny, pojechał rozmawiać z internowanym Wałęsą. Ten, zaspany, nie zrozumiał jego nazwiska i powiedział ochroniarzom: Makowski? Zrzućcie go ze schodów. Rakowski nigdy nie darował tej obrazy.

Zemścił się podczas debaty z Wałęsą w stoczni w roku 1984. Okazywał mu demonstracyjnie wyższość, proponując, aby rozmawiali jak "doktor z doktorem". Czas stanu wojennego to też czas rozbratu Rakowskiego ze znaczną częścią inteligencji. Miał z nią zawsze towarzyskie związki, jego pierwszą żoną była skrzypaczka Wanda Wiłkomirska, drugą - aktorka Elżbieta Kępińska. Ale został uznany za patrona czystek i weryfikacji, np. dziennikarzy. Ujmował się za poszczególnymi osobami, ale obraził się na tamte środowiska na dobre.

Mimo to jako zbyt niezależny w 1985 został odsunięty na boczny tor przez komunistów - z wicepremiera na wicemarszałka sejmu. Wrócił u schyłku PRL jako szef rządu (1988 - 1989). Był wtedy jawnym zwolennikiem oświeconego absolutyzmu. Pytany o pomysł zwołania Okrągłego Stołu, odparł, że woli stół suto zastawiony. Patronował reformom ekonomicznym (ustawa Wilczka wprowadzająca nieskrępowaną przedsiębiorczość), a z dystansem odnosił się do politycznych. Polecił ogłosić likwidację Stoczni Gdańskiej, co było symbolicznym odwetem na Solidarności.

Jako ostatni szef PZPR kazał wyprowadzić sztandar. Zajął się publicystyką, teorią. Co ciekawe, jako naczelny pisma "Dziś" okazał się bardziej wyrazistym lewicowcem niż w czasach PRL, gdy uchodził za stuprocentowego pragmatyka. Nie szczędził przestróg kolegom z SLD, krytykując Leszka Millera jako liberała, ale nie tylko. "Powtarzał nam, że woda sodowa nie może nam uderzyć do głowy. Nie zawsze słuchaliśmy" - przyznaje dziś czołowy polityk Sojuszu Krzysztof Janik.

Jako analityk i doradca Rakowski okazał się człowiekiem pozbawionym dawnej brutalności, powściągliwym i często przenikliwym. W redakcji "Dziś" przyjmował przy szklaneczce whisky każdego, także ludzi krytycznych wobec jego formacji. Bolał nad marginalizacją, ale i nad intelektualną pustką własnego środowiska. Zmarł na raka w wieku blisko 82 lat.