Wojskowy w kominiarce i ciemnych okularach najpierw podawał się za członka elitarnej rosyjskiej jednostki dronów Rubikon, zachęcając opowieściami o "bohaterskich rosyjskich operatorach dronów", po czym porzucił rolę najeźdźcy.
"Jestem Ukraińcem. I nie będę miał wyboru, jak tylko was zabić"
Właściwie jestem żołnierzem, tylko nie rosyjskim – powiedział. Jestem Ukraińcem. I chcę wam powiedzieć: nie daj Boże, żebyście tu przyjechali, nie będę miał innego wyboru, jak tylko zabić was, każdego z was, kto podpisze kontrakt – oświadczył.
"Twarze każdego z was zostały zarejestrowane"
Linia frontu nie zmieniła się od czterech lat – poinformował, dodając, że inwazja Rosji na Ukrainę stworzyła "cmentarz wielkości dwóch krajów". Zabijemy każdego, kto postawi stopę na ukraińskiej ziemi – zapewnił. Zanim został usunięty z listy uczestników, ostrzegł, że "twarze każdego z was zostały zarejestrowane".
Werbunek rosyjskich studentów za 340 tys. zł
Analitycy twierdzą, że władze Rosji od stycznia intensywnie werbują studentów do swoich sił bezzałogowych. Według rosyjskiej dziennikarki Faridy Rustamowej uczelnie mają za zadanie zrekrutować do wojska ok. 2 proc. studentów. Na uniwersytetach przeprowadzane są kampanie promocyjne, w ramach których studentom obiecuje się roczne wynagrodzenie w wysokości 7 mln rubli (ok. 340 tys. złotych) oraz zwolnienie do końca studiów z czesnego. Studenci słyszą, że będą służyć jako operatorzy dronów w bezpiecznym miejscu, z dala od linii frontu, a po roku będą mogli odejść z armii. W rzeczywistości operatorzy są uznawani za kluczowe cele ataków, a kontrakty wojskowe są z założenia bezterminowe.
Niektóre organizacje praw człowieka udokumentowały przypadki, w których rosyjscy żołnierze, którym obiecano służbę na tyłach, zostali później i tak wysłani na front.
Jak twierdzi "The Telegraph", powołujący się na wpis prowojennego blogera, mimo intensywnej rekrutacji armia rosyjska pozyskała zaledwie ok. 2 tys. studentów, znacznie mniej niż dziesiątki tysięcy wymagane w ramach kontyngentu.