Prokuratura wystawiła nakazy aresztowania funkcjonariuszy CIA, którzy przebywali na terenie bazy w Starych Kiejkutach – taką sugestią kończy się słynny już artykuł "Washington Post" na temat tajnego więzienia Agencji w Polsce. Jeśli to prawda, to znaczy, że nakazy wystawiono także na dwie osoby wymienione w tekście z nazwiska. Chodzi o Alberta El Gamila, tłumacza języka arabskiego, który wcześniej pracował dla FBI, oraz doświadczonego agenta Mike’a Sealy’ego. Ten ostatni przybył do Polski jako menedżer programu, z zadaniem nadzorowania tajnego więzienia Quartz, jak brzmiał kryptonim punktu w Starych Kiejkutach.

Sealy’ego nietrudno znaleźć. Osoba o takim nazwisku ma konto w serwisie LinkedIn, czyli portalu społecznościowym pomagającym budować karierę zawodową. Posiadacz profilu pracował w służbach 25 lat i chwali się, że osiągnął znaczące sukcesy zawodowe, awansując z pozycji szeregowego agenta na station chiefa, czyli najważniejszego funkcjonariusza agencji na terenie danego kraju. Z CIA odszedł w listopadzie 2003 r.

Tymczasem według "Washington Post" Sealy’ego odwołano z Polski właśnie w 2003 r., po tym jak centrala dowiedziała się o nadużyciach w sposobie traktowania więźniów. Miał odejść z Agencji niedługo potem, a więc orientacyjny czas zakończenia służby podany w artykule pokrywa się z tym podanym na profilu. Z dużym prawdopodobieństwem możemy więc przyjąć, że Sealy z artykułu i Sealy z LinkedIn to ta sama osoba.

Były menedżer programu po odejściu z Agencji przeszedł do sektora prywatnego, i to nie byle gdzie. Najpierw przez dwa lata pracował jako wiceprezydent i dyrektor ds. oceny ryzyka w siedzibie producenta keczupu Heinz w Pittsburghu. Od 2006 r. związany jest z tamtejszym uniwersytetem, gdzie wykłada jako adjunct professor, czyli niezatrudniony na uczelni ekspert z zewnątrz. W tym samym roku przeszedł na stanowisko wiceprezesa odpowiedzialnego za bezpieczeństwo żywności, ochronę i minimalizację strat w sieci supermarketów Giant Eagle.

Nie udało nam się uzyskać potwierdzenia wystawienia nakazów aresztowania od wydziału prasowego prokuratury apelacyjnej w Krakowie, która prowadzi śledztwo w sprawie tajnych więzień CIA. Można jednak przypuszczać, że jeśli takie nakazy zostały wystawione, to figurują w bazie Interpolu, a jako takie powinny się pokazywać np. podczas kontroli paszportowych na lotniskach. Albo więc zaangażowani w pracę tajnego więzienia agenci w ogóle nie podróżują po świecie, albo robią to na fałszywych papierach.

Stany Zjednoczone od dawna deklarują, że nie będą zatrzymywać tych, którzy pracowali przy programie tortur – mówi mecenas Mikołaj Pietrzak, pełnomocnik Abdurrahima an-Nasziriego, który miał być przetrzymywany na terenie tajnego więzienia na Mazurach.

Polska nie byłaby pierwszym krajem, który wystawia listy gończe za funkcjonariuszami CIA. We wrześniu 2013 r. włoski sąd najwyższy podtrzymał wyrok więzienia dla 23 pracowników Agencji, którzy byli zaangażowani w porwanie z Mediolanu w 2003 r. imama tego miasta znanego jako Abu Omar. Szef placówki CIA w tym mieście Robert Lady dostał dziewięć lat więzienia, a pozostali agenci – po siedem. Lady na własnej skórze przekonał się też, że międzynarodowe nakazy aresztowania to nie przelewki – w 2012 r. został zatrzymany na granicy Panamy z Kostaryką. Wypuszczono go jednak po jednym dniu.