Dochodzenie ma wyjaśnić przyczyny i okoliczności śmierci Aleksandra Litwinienki, byłego agenta KGB, a potem FSB, który zmarł w listopadzie 2006 roku otruty polonem. On sam na łożu śmierci o swą śmierć obwiniał Władimira Putina, jednak Kreml konsekwentnie wypierał się odpowiedzialności za zamach na byłego szpiega. Litwinienko, który kilka lat przed śmiercią wyjechał w Rosji i uzyskał azyl polityczny w Wielkiej Brytanii, współpracował z tamtejszym wywiadem i nie ustawał w krytyce polityki Moskwy, w szczególności celując w działania dotyczące Czeczenii.

ZOBACZ WIDEO, DO KTÓREGO DOTARŁ DZIENNIK.PL:

Na początku 2007 roku, już po śmierci Litwinienki, dziennik.pl dotarł do filmu, na którym widać było żołnierzy ćwiczących m.in. strzelanie do celu. Na zbliżeniu widać, że uzbrojeni mężczyźni celują do tarcz z wizerunkiem byłego rosyjskiego szpiega. Nagranie powstało w 2002 roku - na długo przed śmiercią Litwinienki, a jednocześnie już po jego wyjeździe na Wyspy Brytyjskie.

Informacja o istnieniu takiego nagrania obiegła wkrótce cały świat, a sprawę komentowali wysocy przedstawiciele władz zarówno brytyjskich, jak i rosyjskich. CZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT >>>

Eksperci pytani wówczas przez dziennik.pl o to, czego dowodzi ten film, byli zgodni: jest to dowód poważnie obciążający stronę rosyjską. CZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT >>>

Za także zostać uznany również przez prowadzący publiczne dochodzenie sąd. Tym bardziej, że wydanie wyroku śmierci na wiele lat przed zamachem potwierdzają zeznania świadków, jak i słowa wypowiadane za życia przez Litwinienkę. Wskazywał on rok 2002, jako czas, kiedy jego życie zaczęło być poważnie zagrożone.

PRZECZYTAJ CAŁY TEKST NA TEMAT SZOKUJĄCEGO NAGRANIA

(tekst pochodzi ze stycznia 2007 roku)

To nieprawda, co mówią rosyjskie władze: że Aleksander Litwinienko "był dla nich nikim". Agent KGB, który uciekł na Zachód z tajemnicami Kremla, przez rosyjskie służby specjalne był traktowany jak wróg numer jeden. Dziennik.pl dotarł do nagrania wideo, na którym żołnierze w mundurach Specnazu, doborowych rosyjskich jednostek specjalnych, ćwiczą strzelanie do Litwinienki.

Film robi wrażenie, zwłaszcza gdy pamięta się zdjęcia Litwinienki, umierającego w świetle kamer w londyńskim szpitalu po zatruciu radioaktywnym polonem. Na nagraniu, do którego dotarł dziennik.pl, komandosi w mundurach z naszywkami słynnego Specnazu pokonują tor przeszkód i ćwiczą strzelanie do tarczy. Każdy trafia w cel, którym jest sylwetka Aleksandra Litwinienki, od lat kremlowskiego wroga publicznego numer jeden (zdjęcie poniżej). Kule dziurawią jego głowę.

Jak wyjaśnia nasz informator, osoba związana z jednostkami specjalnymi, film nakręcono podczas ćwiczeń Specnazu w Centrum Szkolenia Witiaź, 10 kilometrów od Moskwy, w miejscowości Bałaszycha. Dokładnie dwa dni po zamachu na teatr w Dubrowce (23 października 2002 roku). To baza szkoleniowa rosyjskich jednostek specjalnych, utworzona przez weteranów Specnazu, Alfy (jednostki dawnego KGB, obecnie FSB) i Witiazia (antyterrorystów MSW) .To żołnierze tych formacji odbijali zakładników z Dubrowki i w Biesłanie.

Nerwowa reakcja Rosjan

Gdy w Centrum Szkolenia Witiaź zapytaliśmy o nagranie wideo, reakcja Rosjan była błyskawiczna. Ze strony internetowej Centrum natychmiast zniknęło zdjęcie, na którym także było widać tarczę strzelecką z sylwetką Litwinienki. Zdążyliśmy jednak skopiować je ze strony (na zdjęciu obok).

Szef Centrum, pułkownik Siergiej Iwanowicz Łysiuk, bagatelizuje sprawę:
"Wydawało się wam. Nikt nie strzela do fotografii Litwinienki" - powiedział naszej dziennikarce.
"Ale na stronie internetowej Ośrodka także znaleźliśmy zdjęcie, na którym widać tarczę z Litwinienką…" - dopytywaliśmy.
"A tam gdzieś jest napisane, że to jest Litwinienko?" - pytał ironicznie.

Kiedy zadzwoniliśmy do niego jeszcze raz z pytaniem, dlaczego po naszym telefonie zdjęcie zniknęło ze strony internetowej Centrum, płk Łysiuk zareagował nerwowo: "Dziewczyno, wydawało się wam. Do widzenia!" - rzucił słuchawką.

Attache wojskowy w rosyjskiej ambasadzie Władimir Bietechtin, poproszony przez dziennik.pl o komentarz, najpierw odesłał nas do resortu spraw wewnętrznych w Moskwie, a potem twierdził, że nie zna Litwinienki. Dodał, że nie widzi nic niezwykłego w strzelaniu przez komandosów do sylwetek ludzi.

"Tak myśląc, można iść za daleko. Bo stawianie pytań, czy żołnierze strzelając do sylwetek ludzi, uczą się zabijać kogoś konkretnego, to złożona filozofia" - zbył nas.

Litwinienko oskarżał Putina

Nagranie wideo, które zdobyliśmy, podważa wypowiedzi rosyjskich oficjeli, którzy po śmierci byłego agenta KGB próbowali go zdyskredytować. "Dla nas Litwinienko był nikim" - mówił kilka dni po śmierci agenta rosyjski minister obrony Siergiej Iwanow.

Film powstał w 2002 roku, a więc na długo przed dramatycznymi zdjęciami, które dwa miesiące temu zobaczył cały świat: umierający w szpitalu Litwinienko oskarżał prezydenta Rosji Władimira Putina o nasłanie zabójców.

"Może ci się uda uciszyć mnie, ale ta cisza ma swoją cenę. Pokazałeś, że jesteś tak barbarzyński i bezwzględny, jak twierdzą twoi najbardziej wrodzy krytycy. (…) Okrzyki protestu z całego świata będą dźwięczeć w pańskich uszach, panie Putin, przez resztę pańskiego życia. Oby Bóg wybaczył ci to, co zrobiłeś" - zwrócił się Litwinienko do rosyjskiego prezydenta.

Wróg numer jeden

Wbrew lekceważącym wypowiedziom rosyjskich władz o Litwinience, ucieczka tego byłego agenta KGB na Zachód była ciosem dla Rosjan. Aleksander Walterowicz Litwinienko, bo tak brzmiało jego pełne nazwisko, pracował w kontrwywiadzie KGB. Od 1991 roku zaczął służbę w centrali FSB w stopniu podpułkownika. W 1997 roku trafił do supertajnego Zarządu ds. Rozpracowania Organizacji Przestępczych.

W listopadzie 1998 roku na konferencji prasowej w Moskwie ogłosił, że rozkazano mu zorganizować zamach na Borysa Bieriezowskiego, magnata finansowego, zaufanego człowieka Borysa Jelcyna. Cztery miesiące później trafił za to do aresztu śledczego w moskiewskim więzieniu Lefortowo. Tę sprawę umorzono, ale władze zaczęły oskarżać go o różne przestępstwa. Zwolniony z aresztu, dostał zakaz opuszczania kraju. Udało mu się uciec z Rosji pod koniec 2000 roku - w maju 2001 dostał azyl polityczny w Wielkiej Brytanii.

Prawdziwym wrogiem Moskwy stał się, gdy zaczął za granicą ujawniać rosyjskich szpiegów i głośno mówić o przestępczej działalności Kremla.

M.in. w książce, napisanej już na Zachodzie z Jurijem Fielsztińskim, twierdził, że zamachy terrorystyczne w 1999 roku na budynki mieszkalne w Moskwie i Wołgodońsku były przygotowane i przeprowadzone przez agentów FSB. Według niego, władze zrzuciły odpowiedzialność za zamachy na Czeczenów, żeby zdobyć pretekst do wznowienia wojny w Czeczenii.

Niedawno pojawił się kolejny wątek. Aleksander Litwinienko w wywiadzie nagranym pół roku przed śmiercią oskarżył włoskiego premiera Romano Prodiego, że pracuje dla KGB. Nagranie wyemitowała brytyjska stacja telewizyjna ITV.

Litwinienko zapowiedział w wywiadzie, że powtórzy swoje zeznania przed włoską komisją parlamentarną, badającą działalność rosyjskiego wywiadu na terenie Włoch.

Pół roku później Aleksander Litwinienko został otruty silnie toksycznym, radioaktywnym polonem 210. Zmarł po trzech tygodniach męczarni w nocy z 23 na 24 listopada 2006 roku w londyńskim szpitalu (zdjęcie obok).

Do ostatniego dnia życia oskarżał Rosję o zorganizowanie zamachu na niego.

Kto otruł Litwinienkę?

Brytyjscy śledczy, którzy od razu wpadli na trop zamachowców prowadzący do Moskwy, w przyszłym tygodniu mają przekazać prokuraturze wszystkie zebrane dowody. I oficjalnie wskazać tych, którzy - ich zdaniem - zamordowali Litwinienkę. A chodzi o dwóch Rosjan. Choć oficjalnie Scotland Yard milczy jak grób, media ujawniły ich nazwiska: to dwaj biznesmeni, byli współpracownicy rosyjskich służb specjalnych - Dmitr Kowtun i Andriej Ługowoj.

Brytyjscy śledczy spotkali się już z oboma podejrzanymi. Przesłuchali ich w Moskwie. Żaden z Rosjan nie przyznał się do winy. Detektywi tłumaczą, że przekonały ich ślady polonu, które znaleźli u obu Rosjan.

Ale takie dowody nie przekonują Moskwy, która uparcie twierdzi, że to fałszywy trop. Londyn obawia się, że Rosja nie wyda podejrzanych nawet, jeżeli brytyjska prokuratura oficjalnie przedstawi im zarzuty.