Często zwolennicy JOW-ów przytaczają przykład Wielkiej Brytanii jako kraju, w którym to rozwiązanie doskonale się sprawdza. Tak się składa, że w ub. tygodniu odbyły się tam wybory parlamentarne, gdzie każdego z 650 przedstawicieli Izby Gmin wybiera się właśnie w takich okręgach w systemie zwanym first-past-the-post (z ang. pierwszy na mecie). Kandydat, który w danym okręgu zdobędzie najwięcej głosów, otrzymuje z danego okręgu mandat; reszta pretendentów przepada. Innymi słowy mówiąc: zwycięzca bierze wszystko.

Brytyjski system posiada jednak jedną, bardzo poważną wadę: jest drakońsko niereprezentatywny, co oznacza, że ogromna liczba oddanych głosów się marnuje. Dla przykładu: chociaż ultrakonserwatywna Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) zdobyła 12,6 proc. głosów i była trzecią najczęściej wybieraną opcją polityczną, to w do nowej Izby Gmin wprowadziła zaledwie jednego reprezentanta.

CZYTAJ WIĘCEJ: Rozłam w jednoosobowej frakcji? Poseł UKIP nie chce się podporządkować Farage'owi>>>

Idźmy dalej: jeśli połączyć głosy oddane na UKIP z głosami oddanymi na Zielonych, to razem otrzymamy niewiele ponad 5 mln głosów, czyli więcej niż połowę tego, co zdobyła Partia Pracy. Pomimo tego UKIP i Zieloni mają razem 2 posłów, a laburzyści – 232.

Szkocka Partia Narodowa (SNP) otrzymała 1,4 mln głosów i mają teraz w Westminsterze 56 posłów, a liberalni demokraci, którzy zebrali o milion głosów więcej, wprowadzą do parlamentu 48 przedstawicieli mniej. Z kolei obie partie razem mają mniej więcej tyle samo głosów co UKIP, co daje im ponad 60 miejsc w Izbie Gmin, choć UKIP ma tylko jedno.

Nieprawdziwy jest więc argument, który wysuwał w wyborach Paweł Kukiz – że JOW-y pozwalają na przewietrzenie polityki i złamanie monopolu mainstreamowych partii. Wręcz przeciwnie – to właśnie system wyborczy najbardziej przyczynił się do tego, że po wojnie władzą w Wielkiej Brytanii wymieniają się dwie największe partie, a formowanie gabinetu koalicyjnego widziane jest jako odstępstwo od normy. Podobnie zresztą jest w przypadku Kongresu USA, kanadyjskiej Izby Gmin oraz Izby Ludowej w Indiach. Zresztą przykładów nie trzeba szukać za Kanałem La Manche – wystarczy spojrzeć na polski Senat.

Przykład brytyjski pokazuje więc dobitnie, że ważniejszy od ilości mandatów na okręg jest sposób wyłaniania zwycięzców w tych okręgach. Taka idea przyświecała inicjatorom referendum z 2011 r., kiedy Brytyjczycy głosowali nad zastąpieniem systemu first-past-the-post ordynacją preferencyjną, a konkretnie metodą tzw. głosu alternatywnego (68 proc. głosujących opowiedziało się wtedy przeciw temu rozwiązaniu przy frekwencji 42,2 proc.).

ZOBACZ TEŻ: Prezydent Komorowski podpisał projekt nowelizacji konstytucji ws. JOW-ów>>>

Metoda ta działa w następujący sposób. Wyborcy zamiast stawiać przy nazwisku wybranych kandydatów krzyżyk, stawiają cyfrę. Przy kandydacie, który odpowiada mi najbardziej, stawiam cyfrę „1”. Przy takim, na którego zagłosowałbym w drugiej kolejności, stawiam „2” i tak dalej. Podczas zliczania głosów sprawdza się dla ilu wyborców kandydaci stanowili pierwszy wybór, innymi słowy mówiąc: ile dostali jedynek. Jeśli któremuś uda się zebrać więcej niż połowę, automatycznie wygrywa wybory.

Jeśli tak się nie stanie, eliminuje się kandydata, który otrzymał najmniej jedynek, a następnie oddane na niego głosy rozdziela między resztę kandydatów według tego, dla kogo stanowili wybór numer 2, 3 itd. Proces kończy się w momencie, kiedy jednemu z kandydatów uda się zdobyć połowę głosów w okręgu.

System ten od wielu lat stosowany jest w Australii w wyborach do 150-osobowej Izby Reprezentantów, czyli niższego ciała australijskiego parlamentu. Niestety, w jego ramach także trudno się przebić mniejszym partiom; chociaż Partia Jedności Palmera oraz Zieloni zdobyli w wyborach federalnych w 2013 r. 1,8 mln głosów (ok. 14 proc. głosów), czyli prawie połowę tego, co Australijska Partia Pracy, to zdobyły razem dwa mandaty, podczas gdy laburzyści - 55 mandatów.

Prostszą metodą niż metoda głosu alternatywnego jest metoda głosu uzupełniającego, gdzie wyborcy zaznaczają jedynie swój pierwszy i drugi wybór (w ten sposób wybierany jest m.in. burmistrz Londynu). Wariantem tej metody jest również metoda Bordy, gdzie preferencje wyborców przeliczane są na punkty i po ich zsumowaniu wyłania się zwycięzcę (w ten sposób wybiera się parlament na Nauru).