Jeszcze kilka miesięcy temu były nadzieje na to, że to podczas majowego szczytu w Rydze, zostanie ogłoszona decyzja o wprowadzeniu liberalizacji wizowej dla Gruzji i Ukrainy. Oba te kraje oraz Mołdawia oczekiwały także, że w Rydze w konkluzjach zostanie względem nich wystosowane zaproszenie do członkostwa w Unii Europejskiej. Wszyscy czegoś oczekiwali i wszyscy są teraz rozczarowani.

Czy faktycznie niespełnienie obietnic/oczekiwań oznacza porażkę polityki wschodniej Unii i ustępstwa na rzecz Rosji? A nawet, jak niektórzy hiobowo wieszczą, zgodę na oddanie tych sześciu krajów pod kuratelę rosyjską? Nie. Brak obietnic, to po prostu oznaka dojrzałości i odpowiedzialności.

Unia Europejska zaczęła wyciągać wnioski ze swoich błędów. Ponad 40 lat temu ówczesna Europejska Wspólnota Gospodarcza obiecała członkostwo Turcji. Do tej pory Turcja jest notoryczną narzeczoną, rozczarowaną lekceważeniem przez Brukselę i coraz bardziej oddalającą się w efekcie i od Brukseli, i Waszyngtonu.

Przywódcy unijni oczywiście mogli teraz obiecać członkostwo Gruzji, Mołdawii i Ukrainie. Mogli. I wszyscy byliby zadowoleni. Ale byłoby to nieuczciwe i głupie. Bo po pierwsze, choć zabrzmi to brutalnie, większość największych krajów unijnych wcale nie chce - przynajmniej w perspektywie kilkunastu lat - zwłaszcza Ukrainy w Unii. Dlaczego? Unia sama wciąż nie może wyjść ze skutków recesji z 2008 roku, nierozwiązany jest problem Grecji, problemem jest przyszłoroczne referendum w Wielkiej Brytanii, problemem jest wreszcie wewnętrzna spójność samej Unii.

Przyjęcie do schorowanej Unii Ukrainy tylko pogorszyłoby sytuację. Bo Ukraina z korupcją, brakiem reform byłaby jednym z większych krajów unijnych, co czyniłoby problemy przez nią przyniesione jeszcze większymi. Nie zapominajmy, że powoli zaczyna się odchodzenie od polityki spójności z wielkim rozmachem. Co roku są problemy z egzekwowaniem składek członkowskich. Ukraina wymagałaby wielkiej pomocy unijnej, na którą teraz nikogo nie stać. Nie mówiąc już o problemach wywołanych rosyjską aneksją Krymu i destabilizacją Donbasu. 

Owszem, Ukraina jest ofiarą tego konfliktu, ale Unia nie jest uzdrowicielką, która samą swoją obecnością poprawia beznadziejną sytuację. Zatem, gdyby padła obietnica członkostwa, byłaby ona tylko czekiem bez pokrycia. I wywołałaby w efekcie rozczarowanie, podobne do tureckiego. Nie wspominając o tym, że od umowy stowarzyszeniowej ukraińsko-unijnej minął zaledwie rok.

W przypadku Polski, przypomnę, od chwili rozpoczęcia prac nad układem stowarzyszeniowym do złożenia wniosku o członkostwo minęły cztery lata. Kolejnych osiem lat zajęły negocjacje członkowskie. A sytuacja Polski nieporównywalnie lepsza niż ukraińska.

Co do decyzji o ruchu bezwizowym, to większe szanse na nią miała Gruzja, choć i Ukraina poczyniła postępy. Ale dopóki nie zostanie rozwiązany problem z granicami, o takiej decyzji nie ma szans, żeby w ogóle mówić. Oczywiście, w tym przypadku mamy do czynienia z diaboliczną polityką kremlowską, która destabilizując sytuację we wschodniej Ukrainie, oddala ją od Unii. Ale pewnych problemów nie da się - nawet mając dobrą wolę - "przeskoczyć". Tym bardziej, że Francja i Holandia nie chciały określenia teraz daty zniesienia wiz dla Gruzji i Ukrainy.

Czy Partnerstwo Wschodnie jest w ogóle potrzebne? Moim zdaniem, mimo wszystko tak. Bo potrzebna jest współpraca między Unią a tymi sześcioma krajami. Dobrze, że przestają być traktowane en bloque, a do głosu dochodzi indywidualne podejście. Czyli z osobna oceniania jest sytuacja każdego z krajów, objętego PW. I to jest dobry ruch, bo trudno porównywać sytuację małej, biednej ale robiącej dużo wysiłków (reformy itd.) Mołdawii z autorytarnym, za to mającym zasoby energetyczne.

Rozczarowanie jest też z powodu braku zapisów na temat Rosji. Rosja wymieniona jest tylko raz, w kontekście polityki energetycznej. Dziwię się ekspertom, którzy krytykują te zapisy, zapominając, że konieczna była także zgoda na nie samych krajów PW. A one w kwestii podejścia do Rosji nie są jednomyślne - front prorosyjski prezentują Białoruś i Armenia, podczas gdy Ukraina i Gruzja mają kompletnie inną pozycję.

Szczytu w Rydze nie da się określić jako sukces, ale naiwnością było oczekiwanie takiego sukcesu. Tu konieczne jest podejście bardziej pozytywistyczne, pracy od podstaw. Komisja Europejska zdaje sobie sprawę, że między Unią a Rosją toczy się rywalizacja o strefę wpływów. Ale sama dobra wola nie wystarczy. Tym bardziej, że Unia Europejska to nie jest monolit, tylko 28 różnych krajów o odmiennej percepcji. I zwłaszcza te bogatsze i dłużej będące w Unii uważają, że Bułgaria, Rumunia i Chorwacja zostały przyjęte za wcześnie. I nie chcą powtórzyć tego - w ich mniemaniu - błędu w stosunku do krajów Partnerstwa Wschodniego. Tym bardziej, że w kolejce do Unii czekają kraje bałkańskie, które są bardziej zaawansowane w reformach.

CZYTAJ TEŻ: Kłótnie przed szczytem Partnerstwa Wschodniego. Poszło o Krym >>>