p
Guy Sorman
pisarz polityczny
Wkrótce minie 35 lat od wizyty Richarda Nixona w Chinach. A teraz George W. Bush wybrał się do Indii. Historyczne znaczenie obu tych wizyt jest porównywalne. Nixon położył kres izolacji Chin rządzonych jeszcze wtedy przez Mao Tse-tunga; nie doszło do wojny chińsko-amerykańskiej, która miała wybuchnąć w Korei, a później w Wietnamie. Chińczycy poczuli się uspokojeni co do intencji zachodnich mocarstw i otworzyli się na świat - w 1979 roku, siedem lat po wizycie Nixona, Deng Xiaoping mógł rozpocząć reformy gospodarcze, dzięki którym Chiny są teraz jednym z głównych dostawców na amerykański rynek. Lecz choć skutkiem chińsko-amerykańskich kontaktów jest stosunkowy dobrobyt Chin, wciąż niepokoją one Amerykanów i świat. Na Zachodzie spodziewano się, że dzięki rozwojowi ekonomicznemu złagodnieją obyczaje chińskiej partii komunistycznej. Tak się jednak nie stało. Partia pozostała totalitarna, a tym samym - niebezpieczna, nieprzewidywalna. Ponadto dewizy zgromadzone przez chińskich eksporterów sprzedających towary na amerykański rynek są częściowo inwestowane w tworzenie potężnej armii, która ciąży nad Azją, nad sprzymierzeńcami Zachodu: Tajwanem, Japonią i Koreą. Chiny - a ściślej chińska partia komunistyczna - są zatem prawdziwym źródłem niepokoju i to nie bez przyczyny.
Przyszła więc kolej na Indie - te zapomniane Indie. Od czasu uzyskania niepodległości aż do niedawna odwracały się od Zachodu, który je w przeszłości skolonizował. Stały się sprzymierzeńcem i klientem Związku Radzieckiego; działały w myśl radzieckich zasad gospodarczych. Spowodowało to, że przez 40 lat osiągały zerowy wzrost gospodarczy. ZSRR zniknął, a w New Delhi do władzy doszło nowe pokolenie - Indie wybrały globalizację. Ich gospodarcze osiągnięcia wyrażone poziomem wzrostu wciąż wydają się gorsze od chińskich. Jednak rozwój już się rozpoczął: wzrost gospodarczy wynosi 8-9 proc. rocznie, Indie osiągnęły niezaprzeczalne sukcesy w dziedzinie informatyki i lepiej radzą sobie ze społeczną redystrybucją zysków uzyskanych dzięki wzrostowi. W Indiach powstaje prawdziwa klasa średnia, składająca się z handlowców i przedsiębiorców, a nie tylko - jak w Chinach - z członków i klientów rządzącej partii. Ogólnie rzecz biorąc, Indie są więc demokracją. W Indiach mówi się po angielsku i kocha Amerykę; wystarczy (niezależnie od sondaży) zmierzyć kolejkę, jaka co rano tworzy się przed amerykańskim konsulatem w Delhi, by stwierdzić, jak bardzo atrakcyjne są dla Hindusów Stany Zjednoczone.
Nowe przymierze amerykańsko-indyjskie, które prowadzi do przekazania Indiom technologii jądrowych i faktycznego przyjęcia tego kraju do klubu atomowego, nagle zaczęło się wydawać czymś oczywistym. Czy USA i szerzej: cały Zachód nie są naturalnymi sprzymierzeńcami kultury, w której językiem komunikacji jest angielski i która jest autentyczną demokracją, gdzie media cieszą się całkowitą wolnością? Na pewno w większym stopniu niż sprzymierzeńcami Chin...
Można oponować, że jedno nie wyklucza drugiego. Stany Zjednoczone będą oczywiście nadal utrzymywać stosunki handlowe z Chinami, bo są one korzystne dla obu stron. Póki jednak Komunistyczna Partia Chin nie poluzuje żelaznego uchwytu, w jakim więzi chińskie społeczeństwo, nie zapanuje wzajemne zaufanie. Tymczasem nic - poza ewentualną rewolucją - nie pozwala przypuszczać, że chińska partia przejawi jakiekolwiek dążności demokratyczne. Również religijne zróżnicowanie działa na korzyść Indii: są one krajem religijnym, co uspokaja Amerykanów, islam jest tam rozpowszechniony i nie dochodzi do większych konfliktów z hinduistami. Nieliczne lokalne starcia nie mogą przesłaniać faktu, że obie strony cechuje umiarkowanie.
Dlaczego Europejczycy - a w szczególności Francuzi - nie antycypowali tego odwrócenia sojuszy? Europa nie posiada wspólnej polityki zagranicznej, w Indiach europejskie przedstawicielstwa i przedsiębiorstwa konkurują ze sobą. Europejczycy nie chcieli także okazywać zbyt bliskiej przyjaźni Indiom, bo zawsze obawiali się niezadowolenia chińskich przywódców. I wreszcie Europejczykom w Indiach często brak taktu: nie chwalą od razu przewag indyjskiej demokracji nad chińskim despotyzmem, co Hindusi uznają za oznakę braku szacunku. Bush nie popełnił tego dyplomatycznego błędu; ponieważ Amerykanie eksportują demokrację, pozostaje im tylko wychwalać Indie i dostrzegać w nich model do naśladowania. USA i Indie - czy to sojusz wieku? Bardzo możliwe. Powinniśmy z uwagą śledzić mecz Indie - Chiny. Czy demokratyczne Indie będą się rozwijać szybciej i lepiej niż despotyczne Chiny? Nie należy tego wykluczać.
przeł. Wojciech Nowicki
p
Robert Kagan
politolog
Wyobraźmy sobie ogromne państwo, ogromną demokrację, która staje się coraz bogatsza i potężniejsza, a zarazem jest coraz życzliwiej nastawiona wobec ideologicznych i strategicznych celów USA oraz innych sprzymierzonych z nimi państw demokratycznych.
Wyobraźmy sobie następnie, że to potężne, dobrze prosperujące, demokratyczne państwo leży na tym samym kontynencie co Rosja i Chiny, dwa wielkie geopolityczne wulkany grożące wybuchem, że posiada flotę zdolną do kontrolowania strategicznie istotnych szlaków wodnych i siłę militarną, która może działać odstraszająco na potężnych sąsiadów. Wyobraźmy sobie wreszcie, że państwo to, mimo całej swojej potęgi, nie ma na koncie żadnych prób agresywnego wykorzystania jej i zawsze było nadzwyczaj pokojowo nastawionym, podejmującym konstruktywne działania członkiem światowej wspólnoty. Czy zatem w sytuacji, gdy przyszłość wygląda niepewnie, chcielibyśmy z tym państwem współpracować, utrzymywać bliskie stosunki, a nawet zawrzeć przymierze? Nad odpowiedzią, jak powiedziałby Bismarck, nie trzeba sobie łamać głowy. Toteż na początku zeszłego miesiąca administracja Busha zawarła z Indiami - bo o nie tu chodzi - umowę w sprawie dostarczenia cywilnej technologii nuklearnej.
W procesie negocjacji administracja taktownie pominęła kwestię trwającego już dziesiątki lat indyjskiego programu budowy broni atomowej i uczyniła wyjątek od zazwyczaj ściśle przestrzeganych reguł nakazujących, by odmawiać zaopatrzenia w cywilną technologię nuklearną państw, które nie podporządkowują się międzynarodowym wytycznym.
Rezultat - jak twierdzą krytycy - jest taki, że zachęcono inne państwa do podążania śladem Indii i że reżim nierozprzestrzeniania został w ten sposób poważnie naruszony. Bez wątpienia. Pytanie tylko, czy zyski przeważają w tym wypadku nad kosztami. Innym pozostawiam rozważenie kwestii, czy rzeczywiście umowa ta zachęci, powiedzmy, Brazylię albo RPA do wznowienia dawno zarzuconych programów budowy broni jądrowej - osobiście mam co do tego wątpliwości.
Pytanie większej wagi, którego rozważenie zająć może długie godziny debat na Kapitolu w nadchodzących tygodniach, brzmi: jaki wpływ umowa z Indiami będzie miała na sprawę Iranu? Niektórzy będą twierdzić, że szkodzi ona wysiłkom powstrzymania irańskiego programu broni jądrowej, ponieważ ustanawia podwójne standardy: pozwalamy Indiom robić to, czego jednocześnie nie pozwalamy robić Iranowi.
To interesująca kwestia na poziomie teorii. Na poziomie praktyki już nie tak bardzo. Pogląd, zgodnie z którym umowa z Indiami oddali perspektywę dyplomatycznej ugody z Iranem, zakłada, że taka perspektywa w ogóle istnieje. Wszystkie dostępne dane sugerują jednak coś wręcz przeciwnego.
Irański rząd wydaje się zdeterminowany, by skonstruować broń jądrową i nie można go ani powstrzymać groźbami (może z wyjątkiem groźby jego likwidacji środkami militarnymi), ani przekonać pochlebstwami. Zaryzykował międzynarodową izolację i sankcje ekonomiczne, a nawet groźbę uderzenia amerykańskich samolotów i rakiet, byle tylko kontynuować realizację swojego programu. Czy zatem należy sądzić, że główną przeszkodą na drodze do szczęśliwego rozwiązania irańskiego kryzysu nuklearnego jest obecnie umowa z Indiami?
Co do podwójnych standardów - rzeczywiście, stosujemy podwójne standardy. Wprowadził je - i to na ogromną skalę - traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Stanowi on, że posiadanie najbardziej niszczącej i skutecznej broni będzie dozwolone jedynie pięciu państwom, którym udało się zdobyć ją wcześniej. I to jest właśnie szczególnie bezmyślny rodzaj podwójnych standardów - o przynależności do klubu atomowego nie decyduje sprawiedliwość, moralność, osąd strategiczny czy polityka, ale po prostu przypadek: kto zdołał obmyślić sposób budowy broni jądrowej przed 1968 rokiem, był przyjmowany do klubu. Nasze podwójne standardy w przypadku Indii mają przynajmniej strategiczne, dyplomatyczne, ideologiczne i polityczne uzasadnienie.
Nie powinniśmy również łudzić się, że podwójne standardy dotyczące broni jądrowej zostały utrzymane przez lata jedynie dzięki traktatowi. Jeżeli inne państwa zrezygnowały z broni jądrowej, stało się tak dlatego że: a) nie sądziły, iż będzie im potrzebna, b) nie miały środków, by ją zbudować, c) obawiały się kary wymierzonej za pomocą tejże broni jądrowej.
To, iż udało się w pewnym stopniu ograniczyć jej rozprzestrzenianie, jest mniej zasługą traktatu, a bardziej wspólnego działania mocarstw nuklearnych. I to również owe mocarstwa są odpowiedzialne za to, że ograniczenie nie do końca się powiodło - dostarczały bowiem materiałów i technologii państwom takim jak Pakistan, Korea Północna czy Iran.
Możliwe, że reżim nierozprzestrzeniania właśnie się załamuje. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy go lekkomyślnie porzucić. Jesteśmy zainteresowani opóźnianiem proliferacji broni jądrowej, a reżim ten pozostaje jednym ze środków perswazji.Ale - jak to zwykle bywało i nadal bywa w polityce międzynarodowej - konieczne jest dostosowanie się do rzeczywistości.
Jeden z elementów obecnej sytuacji stanowi fakt, że Indie od dawna są mocarstwem atomowym i ta umowa nic tu nie zmienia. Innym elementem jest to, że Korea Północna i Iran zapewne niedługo również staną się mocarstwami atomowymi - reżim nierozprzestrzeniania nie zdoła ich powstrzymać. Gdyby Kongres - chcąc konsekwentnie stosować jego zasady - jakimś sposobem odrzucił umowę zawartą przez administrację Busha, nie miałoby to żadnego wpływu na decyzję Iranu. Taki bezsensowny gest miałby za to niszczący wpływ na stosunki USA z Indiami. Na tym nie najlepszym ze światów, gdzie - jak się nam często powtarza - Ameryka potrzebuje przyjaciół i sprzymierzeńców, byłby to fatalny wynik.
© Robert Kagan
(Distributed by TNYTS/Syndykat Autorów)
przeł. Emilia Wrocławska
p
Anatol Lieven,
politolog
Rajan Menon,
publicysta
Przeciw umowie dotyczącej technologii nuklearnej, którą Stany Zjednoczone zawarły z Indiami, wytacza się zarówno rozsądne, jak i naiwne argumenty. Naiwne to te, które wynikają z teologicznego podejścia do zasady nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Rozsądne i poważne dotyczą charakteru nowego strategicznego partnerstwa między Indiami i USA oraz ogólniejszych strategii realizowanych przez Amerykę w tym regionie.
Argument wskazujący, że nie można nagradzać Indii za konstruowanie broni jądrowej to jeden z argumentów naiwnych. W rzeczywistości szanse na to, by Indie zrezygnowały ze swojego nuklearnego straszaka, są równie małe jak analogiczne szanse w przypadku Stanów Zjednoczonych, Chin czy Rosji. Istnieją więc mocne argumenty za tym, żeby USA pomogły Indiom w rozwijaniu przemysłu jądrowego i broni jądrowej w sposób najbardziej odpowiedzialny i najbezpieczniejszy z możliwych.
Natomiast próby karania New Delhi oznaczałyby po prostu bezsensowne psucie amerykańsko-indyjskiej współpracy - prędzej czy później inne legalne mocarstwo atomowe, jak Francja czy Rosja, i tak zaczęłoby sprzedawać Indiom paliwo i technologię jądrową. Co do tego, czy amerykańsko-indyjska umowa będzie zachętą dla Iranu bądź Korei Północnej - decyzje w sprawie broni jądrowej zostały przez te państwa podjęte już dawno temu, a ich przyszłe działania będą wynikać z polityki wewnętrznej i strategicznych kalkulacji. Przyszłe decyzje Japonii i Korei Południowej będą natomiast wynikać z zachowania Korei Północnej i Chin, ale nie Indii.
Mimo to z wielu powodów umowa ta może budzić głęboki niepokój. Amerykę do jej zawarcia w zbyt dużym stopniu motywowała chorobliwa obsesja nakazująca tworzenie przeciwwagi dla Chin i izolowanie Iranu. Jeszcze groźniejsze jest to, że umowa wyraża obojętność Ameryki wobec pakistańskich trosk o bezpieczeństwo oraz dalekosiężnych skutków, jakie indyjski program jądrowy będzie miał dla Pakistanu.
Amerykańskie wysiłki uczynienia z Indii sojusznika w działaniach przeciw Chinom i części muzułmańskiego świata wynikają z niezrozumienia żywotnych interesów tego kraju i jego determinacji, gdy chodzi o ich obronę. Wysiłki te zamiast doprowadzić do zawiązania stabilnych, bliskich i trwałych relacji USA z Indiami, mogą załamać się pod ciężarem niespełnionych nadziei i wzajemnych oskarżeń. Stany Zjednoczone nie powinny oczekiwać automatycznego poparcia Indii dla prób izolowania Iranu. Indie rozpaczliwie potrzebują dostępu do irańskich źródeł energii. Łączą je ponadto wielorakie bliskie więzi z Iranem, których nie poświęcą, by zadowolić Amerykę.
Stosunki amerykańsko-indyjskie mogą się pogorszyć również z powodów ekonomicznych. Podczas gdy niektórzy Amerykanie są zafascynowani rynkowymi możliwościami stwarzanymi przez Indie, inni obawiają się indyjskiej konkurencji dokładnie tak samo, jak obawiają się konkurencji Chin, a indyjskie call centers postrzegają jako pierwszy zwiastun katastrofy zagrażającej kluczowym gałęziom amerykańskiego sektora usług. Jeżeli USA doświadczą poważnego spadku koniunktury gospodarczej, pojawią się głosy żądające wprowadzenia surowych protekcjonistycznych barier zarówno przeciw Chinom, jak i przeciw Indiom.
Co do traktowania Indii jako przeciwwagi dla Chin, zapomina się tu o pewnym drobnym geograficznym szczególe zwanym Himalajami. Prawda jest taka, że Indie i Chiny wskazują dwa zupełnie różne kierunki i - pod warunkiem zastosowania minimum rozsądnych środków dyplomatycznych - nie zagrażają sobie nawzajem. Szczególnie od czasu, gdy stosunki chińsko-pakistańskie ochłodziły się z powodu chińskich obaw przed islamskim ekstremizmem.
Zatem Indie niewiele mogą zyskać na przyłączeniu się do rozwijanej pod patronatem Ameryki strategii powstrzymywania Chin. A postrzeganie Indii jako podporządkowanego sojusznika USA byłoby bardzo upokarzające dla wielu Hindusów. Dominujący w New Delhi pogląd głosi, że zamiast przedwcześnie opowiadać się po którejkolwiek ze stron, Indie mogą sporo zyskać zarówno w Pekinie, jak i w Waszyngtonie, nie zawierając sojuszu ani z jednym, ani z drugim.
W odpowiedzi na działania Indii Pakistan stworzył swój własny straszak nuklearny. Jeżeli Indie będą nadal rozwijać atomowy arsenał, Islamabad uzna, że nie ma wyboru i nie może pozostawić tego bez odpowiedzi. W przeszłości to właśnie rozpaczliwa potrzeba dorównania Indiom zmusiła Pakistan - wobec braku odpowiednich środków - do rozpoczęcia niebezpiecznego procederu szmuglowania materiałów nuklearnych. Żywotną z punktu widzenia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych kwestią jest zapobieżenie takim praktykom w przyszłości.
Pod tym względem umowa między Indiami i USA stanowi niebezpieczny sygnał - chyba że zostanie zawarta podobna umowa z Pakistanem, co jest politycznie właściwie nie do pomyślenia, jeżeli weźmiemy pod uwagę stosunek amerykańskiego Kongresu do Pakistanu i przeszłość tego kraju. Odmowa ze strony Ameryki będzie jednak policzkiem dla pakistańskiego rządu, może zniszczyć kolejne istotne przymierze i wzmocnić ekstremistyczne siły w pakistańskim społeczeństwie.
Kiedy dojdzie do debaty na temat amerykańsko-indyjskiej umowy, Kongres powinien domagać się uczynienia z niej elementu szerszej strategii w Azji Południowej, która obejmowałaby także znacznie bardziej zdecydowaną pomoc w rozwiązaniu indyjsko-pakistańskiego konfliktu o Kaszmir, wsparcie dla podejmowanych przez obie strony wysiłków na rzecz utrzymania bezpieczeństwa nuklearnego oraz budowy wzajemnego zaufania. Kongres powinien również wykorzystać tę okazję do poważnego przemyślenia amerykańskiej polityki w innych częściach Azji.
Z powodu umowy między USA a Indiami świat się nie zawali. Przecenia się jednak związane z nią korzyści, nie zauważając potencjalnych zagrożeń.
© International Herald Tribune
przeł. Emilia Wrocławska