Sprawa wyszła na jaw dopiero dziś w związku z przesłuchaniami, jakie rozpoczął zielonogórski oddział Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie wypowiada się na ten temat. Z chęcią sprawę komentuje za to Fundacja Otwarty Dialog, reprezentująca obywatela ukraińskiego wiozącego sprzęt dla swoich rodaków. 

- Wygląda na to, że mamy do czynienia z typowym dla Polski administracyjnym patem - mówi w rozmowie z dziennik.pl. Tomasz Czuwara, kierownik biura prasowego fundacji, która zbiera pieniądze dla wojsk ukraińskich walczących z prorosyjskimi separatystami.

Tłumaczy, że właśnie z powodu nieżyciowych polskich przepisów obywatele Ukrainy jako ostatni punkt przerzutu ekwipunku wyznaczyli Łotwę. W naszym kraju kamizelka kuloodporna jest traktowana jak broń palna, choć nie zabija, a ratuje życie.

W ostatnich tygodniach to już druga sprawa dotycząca kamizelek jadących na Ukrainę. Na początku września Prokuratura Okręgowa w Zamościu umorzyła śledztwo przeciwko obywatelowi Ukrainy Romanowi K., który usiłował wywieźć na Ukrainę 42 kamizelki kuloodporne bez wymaganego zezwolenia.

Kamizelki zatrzymane zostały przez celników w marcu tego roku na przejściu granicznym w Hrebennem. Przewożący je Ukrainiec nie ukrywał ich, a zapytany o zezwolenie na wywóz przyznał, że nie posiada takiego dokumentu. Mimo to śledztwo zostało umorzone z powodu znikomej społecznej szkodliwości czynu zarzuconego obywatelowi Ukrainy.

CZYTAJ WIĘCEJ: W ukraińskiej armii kamizelkę masz, jak sam sobie zrobisz. RELACJA Z UKRAINY >>>