"To stanowczo za mało" - twierdzi Komisja Europejska i zaleca, by przedszkolną edukacją objąć wszystkie dzieci od trzeciego roku życia.

Na razie jest z tym bardzo krucho: z raportu Eurydice wynika, że do przedszkoli chodzi tylko 30 proc. polskich trzylatków, 40 proc. czterolatków i połowa pięciolatków. Tymczasem we Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech czy Belgii jest to aż 96 - 100 proc. maluchów! O tym, że miejsc w przedszkolach dramatycznie brakuje, doskonale wiedzą rodzice. Karolina Gazda, która mieszka w podwarszawskiej Jabłonnie, już pół roku temu zapisała 3-letnią córkę do prywatnej placówki. "W całej gminie nie ma ani jednego publicznego przedszkola. Najbliższe jest w sąsiednim Tarchominie, ale tam o jedno miejsce walczy kilkoro maluchów" - żali się matka. Dlatego w Jabłonnej kwitnie przedszkolny biznes, działają tam aż cztery prywatne placówki. Chętnych nie brakuje, mimo że czesne wynosi od 600 do 800 zł.

Jeszcze bardziej oblegane są przedszkola państwowe. Pan Maciej z Warszawy, aby zapisać córkę do placówki dofinansowanej przez miasto, musiał skorzystać z rekomendacji innych rodziców. "Z prośbą o przyjęcie Oli byłem u dyrektorki kilkanaście razy, zawsze w garniturze i pod krawatem". Rodzicielskie starania przyniosły sukces: Ola dostała się do przedszkola, a jej mama mogła wreszcie iść do pracy.

W małych miejscowościach i wsiach sytuacja jest zdecydowanie gorsza. Wprawdzie Ministerstwo Edukacji twierdzi, że w naszym kraju są tylko dwie gminy, w których nie ma przedszkola, ale organizacje pozarządowe są innego zdania. "Nie znamy dokładnej liczby, ale realizując projekty w terenie, wiedzmy, że jest ich więcej, niż wynika z danych MEN. Prawdopodobnie aż kilkadziesiąt" - mówi Elżbieta Tołwińska-Królikowska z Federacji Inicjatyw Oświatowych, która propaguje edukację przedszkolną na terenach wiejskich.

Tymczasem - przekonuje Komisja Europejska - brak przedszkolnej edukacji mocno ogranicza życiowe szanse najmłodszych obywateli. Szczególnie dotyczy to dzieci z rodzin zagrożonych ubóstwem, a tych – jak wynika z unijnych danych - jest w Polsce więcej niż w jakimkolwiek innym kraju Europy. Podobnego zdania jest Elżbieta Tołwińska-Królikowska. "Wiejskie maluchy, które nie chodzą do przedszkoli, zawsze będą w tyle za dziećmi z miasta. Dla biednej rodziny posłanie dziecka do przedszkola to kłopot, bo wiąże się z wysiłkiem. Ale właśnie dlatego trzeba je zachęcić, by to robiły" - dodaje.

Wszyscy eksperci są zgodni, że przedszkole to dla dzieci same korzyści. Z badań wynika bowiem, że te, które do niego uczęszczały, lepiej radzą sobie później z nauką. A w dorosłym życiu zdobywają wyższe wykształcenie, mają dobrą pozycję zawodową, wyższe zarobki i rzadziej popadają w konflikty z prawem. "Kontakt z grupą rówieśniczą, pomoc logopedy, terapeuty, nauczyciela to coś, czego nie mają dzieci wychowywane w domu" - podkreśla Grażyna Szadkowska, doradca Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i koordynator projektu "Przedszkole równa szanse".

Wszystkie te argumenty są znane od lat, a miejsc w przedszkolach nadal dramatycznie brakuje. Sytuacji nie poprawia nawet to, że MEN od pewnego czasu wspiera tworzenie tzw. alternatywnych form wychowania przedszkolnego, takie jak np. niewielkie grupy działające kilka razy w tygodniu. W ostatnich miesiącach powstało sporo takich placówek, ale nie są w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb. Problem mocno niepokoi rzecznika praw obywatelskich. "Edukacja przedszkolna musi być traktowana jako prawo przysługujące każdemu dziecku" - napisał Janusz Kochanowski w liście do minister Katarzyny Hall.