Rację mają ci komentatorzy, którzy nieco deprecjonując sens tych wyborów, określają je jako plebiscyt. Za albo przeciw Kaczyńskim. Taki sens nadała wyborom część mediów. Zwycięstwo Tuska nad Jarosławem Kaczyńskim można w tym układzie uznać jedynie za sukces personalny. Nie jest nawet prawdą, że był to triumf III RP nad IV RP. Nieboszczycy rzadko odnoszą triumfy, w polityce raczej nigdy.

III RP jest jednak martwa, a nawet, wbrew złudzeniom żałobników, przebita osinowym kołkiem. Ogłoszenie przez Aleksandra Kwaśniewskiego śmierci IV RP było natomiast przedwczesne. IV RP to są instytucje życia publicznego, których ta trzecia nie znała - zinstytucjonalizowana walka z korupcją, uporządkowana powszechna lustracja, zaostrzenie odpowiedzialności karnej za najgroźniejsze przestępstwa, usprawnienie działalności sądów.

Nie sądzę, aby PO z któregoś z tych instrumentów zrezygnowała. IV RP to także umocnienie międzynarodowej pozycji Polski wbrew twierdzeniom tych wszystkich, którzy za dowód siły uznają wyłącznie protekcyjne poklepywanie po plecach i zdawkowe pochwały. Z tego PO także, łącznie z przedłużoną Niceą i Joanniną będzie korzystać. Jeśli zaś jest partią liberalną, także w ekonomicznym znaczeniu tego pojęcia, to musi zaakceptować również zgłoszone przez PiS votum separatum wobec Karty Praw Podstawowych. Być może z innych powodów, niż zrobił to prezydent Kaczyński, nie obyczajowych, ale właśnie gospodarczych.

Najdziwniejsza jest akurat interpretacja rezultatów wyborczych jako zwycięstwa Polski liberalnej nad Polską socjalną, solidarną, czy jaką tam jeszcze, w każdym razie Polską postrzeganą jako zacofana i wsteczna. Być może problem wyborczych decyzji Polaków wiąże się z całkowicie dziś nieprecyzyjnym, mętnym zakresem pojęcia liberalizm. W potocznym rozumieniu liberalizm dziś to leseferyzm, akceptacja a nawet afirmacja wszystkich rodzajów zachowań i postępowań ludzkich i całkowite równouprawnienie wartości, niezależnie od tego, czy do siebie przystają, czy też nie.

To rzeczywiście przyciąga młodzież. Jestem jednak gotów iść o zakład, że PO nie rozpęta nowej wojny o swobodę aborcji, nie mówiąc już o eutanazji i nie będzie się politycznie angażować w udzielanie przywilejów dla gejów i lesbijek. Z racji bardzo pragmatycznych, wynikających z sytuacji demograficznej, partia Tuska będzie musiała wspierać tradycyjną rodzinę i macierzyństwo.

Z kolei liberalizm gospodarczy, który nieodłącznie związany jest z ograniczeniami opiekuńczości państwa i redukcją socjalnych wydatków publicznych nie jest popularny w żadnym pokoleniu wyborców. PO doskonale zdawała sobie z tego sprawę, obiecując raczej zwiększanie wydatków publicznych - na płace budżetówki, na emerytury i renty. Głośny dekalog Tuska był manifestem Polski socjalnej, a nie liberalnej. Z idei liberalizmu pozostają nam realnie tylko nieliczne elementy - ograniczenie administracji państwowej, likwidacja pozwoleń i koncesji oraz wielki projekt PO, podatek liniowy.

Ja w każdej z tych spraw jestem gotów popierać Tuska najgoręcej. Ale dobrze, gdybyśmy obaj zdawali sobie sprawę z uwarunkowań i konsekwencji. Ograniczenie administracji nikomu się jeszcze nie udało, po każdych wyborach puchła, co jest rezultatem systemu i zwyczaju, nakazującego nagradzanie zasłużonych zwolenników posadkami na koszt obywateli. Pozwolenia i koncesje są w większości wymogami UE, a nie instytucjami prawa wewnętrznego. Podatek liniowy natomiast, wbrew najprymitywniejszej logice, został Polakom wmówiony jako najbardziej niesprawiedliwy. W tej sytuacji realnie niewiele się zmieni. Za czym, a nie za kim tak naprawdę każdy z wyborców się opowiedział, będzie jasne pod koniec kadencji.