Jeszcze niedawno przecież premier mówił z trybuny sejmowej, że Europie grożą euroobligacje. Okazuje się, że można było spokojnie nakłonić przywódców Unii do rezygnacji z tego pomysłu na nieformalnym szczycie.
>>>Cichocki: Decyzje dopiero zapadną
>>>Rosati: Pozyskaliśmy poparcie Niemiec
>>>Girzyński: Wirtualny sukces Tuska
Zobaczyliśmy też, że . A przynajmniej, że idea ta stanie się mniej popularna. Francuzi już przestali mówić o dofinansowaniu swojego przemysłu motoryzacyjnego, choć Niemcy jeszcze się z tego nie wycofują i zastanawiają się, co zrobić z Oplem. Kanclerz Angela Merkel powinna dotrzymać słowa w kwestii wyrzeczenia się protekcjonizmu. Delikatnie mówiąc byłoby trochę nie fair, by Niemcy pokazały teraz Unii w tej sprawie figę. Najpierw premier rozmawiał z kanclerz Merkel, która powiedziała "nie" euroobligacjom, co też nas wzmocniło.
Dobrze też się stało, że pomysł premiera Węgier o finansowaniu krajów Europy Środkowej nie znalazł polskiego poparcia. Tymczasem trzeba pamiętać o tym, że Bank Światowy mówi, że w Polsce wzrost PKB będzie wynosił 2 proc., co jest dużym osiągnięciem na tle Unii Europejskiej. W tej sytuacji rząd powinien jednak zacząć wydawać więcej pieniędzy - by zacząć na poważnie zmieniać wizerunek, jaki mamy za granicą. W tym żeby z nas kpić, szczególną przyjemność znajdują Anglicy, którzy przy opisywaniu ekonomicznych problemów krajów europejskich, a nie pisząc o Polsce, ilustrują to zdjęciami z polskich urzędów pracy.
Być może jednak powinni pamiętać o tym, o czym mówią ekonomiści, jak np. Dariusz Rosati w Radio Zet, że kryteria z Mastricht są przestarzałe i nie pasują do obecnej sytuacji. Może więc i nad tym warto byłoby się zastanowić. Cieszę się, że wzięliśmy pożyczkę w wysokości 4 miliardów od banku inwestycyjnego, większą niż w poprzednim roku o miliard, dzięki którym będzie można przeznaczyć pieniądze na infrastrukturę.
Dobrze, że strona prezydencka zrozumiała, że sprawy gospodarcze należą do rządu. Podobnie jak sprawa pakietu klimatycznego, gdy urządzono awanturę o samolot. Są takie sprawy, gdy po prostu należy schować ambicje.
Szkoda więc tylko, że przed wyjazdem premiera do Brukseli nie doszło do porozumienia ani z prezydentem, ani z PiS w sprawie euro. Nie chodzi tylko o datę, tylko o to, aby został sformułowany wspólny komunikat dotyczący wprowadzenia euro.
Unia Europejska jest w tej chwili jak przysłowiowa bańka mydlana i porozumienie na nieformalnym szczycie może być tylko chwilowe. Zachodnia prasa pisze, że całe porozumienie jest pozorne, a Unia przypomina popękaną skorupę. Należy więc walczyć o to, by nie zwyciężył zwyczajny egoizm.