Co pewien czas ministerstwo zdrowia wydaje wielkie pieniądze, by uświadomić społeczeństwo, że nie należy dyskryminować, upokarzać i izolować osób chorych psychicznie. Te pieniądze są wydawane za każdego rządu - SLD, PiS, PO - bez różnicy politycznej czy ideologicznej. Słusznie, bo wymaga tego zdrowy rozsądek i elementarna przywoitość.
Te pożyteczne działania są jednak co jakiś czas niweczone, gdy ktoś z osób publicznych stwierdza, że zarzucenie komuś choroby psychicznej jest doskonałym sposobem na dyskredytację przeciwnika. Tak stało się teraz, gdy jeden z liderów SLD nazwał prezesa Instytutu Pamięci Narodowej właśnie osobą chorą psychicznie. Załamujące jest w tym to, że Olejniczak nie jest postacią tuzinkową. Jest politykiem inteligentnym, ma doktorat. To zobowiązuje, od ludzi takich jak on powinno się więcej wymagać.
W swoim czasie inny polityk, wcale nie tępy partyjny zagończyk, też używał tego argumentu w politycznych przepychankach. I tu też nie głosił tego ktoś pokroju Stefana Niesiołowskiego, ale rozsądny i umiarkowany zazwyczaj polityk.
Dorzućmy do tego etatową ikonę naszych czasów, czyli Lecha Wałęsę. On w swoich nieustających bojach z Krzysztofem Wyszkowskim, małżeństwem Gwiazdów, Anną Walentynowicz za ostateczny argument przeciw nim uznawał stwierdzenie, że są wariatami. Nie zapomnijmy także o dyskredytowaniu Zbigniewa Herberta, którego spotkało to samo za ostre słowa o Adamie Michniku.
. Oczywiście, nikt nie przyzna się do niechęci do nich. Pewnie zresztą nie ma tej niechęci, ale jest zastanawiająca łatwość z jaką przechodzi przez usta ten bezmyślny epitet. To znaczące świadectwo naszej wrażliwości, czy właściwie jej niedostatków.
Pamiętacie Państwo tę odzywkę z piaskownicy? "Kto się przezywa tak samo się nazywa"? Ona tu pasuje. Bo w dzisiejszych stresujących czasach każdy z nas może nie wytrzymać codziennego napięcia i poprosić o pomoc lekarza psychiatrę.