Trudno mieć pretensje do Radosława Sikorskiego, że chce podtrzymywać kontakty z rządem Władimira Putina. To jego obowiązek. Nie można mieć do niego pretensji, że nici z tych kontaktów będą. Bo to nie jego wina. Ale kolejne już rozbudzanie nadziei, że dojdzie niedługo do ocieplenia stosunków z Rosją, jest już irytującą naiwnością. Albo wciskaniem kitu.
. Jeździli tam Józef Oleksy (rzekomo rosyjski agent), Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller - wszyscy z nich wywodzący się z partii będącej satelitą KPZR. I co? Nic, bo żaden z nich - mimo wielu do nich pretensji - nie chciał dać się zredukować do roli przedstawiciela przywiślańskiego protektoratu. Kreml nie był zainteresowany partnerską rozmową z krajem, który świeżo wybił się na niepodległość i na dodatek nie ma broni atomowej. Najbliżej partnerskiej rozmowy Kreml był z nami za czasów Borysa Jelcyna, gdy Rosja znalazła się na ekonomicznym dnie. Czyli wtedy, gdy była słaba.
Teraz jednak Sikorski jedzie do kraju, który ciągle ma wielkie rezerwy finansowe. Tak właśnie wygląda rozumienie partnerstwa przez tamtą stronę.
. Rosja obiecuje nam, że być może uda się wpuścić tam kilka stateczków. Oczywiście, gdy będziemy grzeczni. I zrezygnujemy z takich niedorzeczności jak stacjonowanie wojsk NATO-wskich i amerykańskich na naszym terytorium, wspieranie niepodległości takich krajów jak Ukraina i Gruzja (które wszak są przecież czyjąś strefą wpływów, furda z tym, co chcą ich mieszkańcy), czy blokowania budowy Gazociągu Północnego.
Tylko że wolność żeglugi na zalewie zagwarantowały nam międzynarodowe i dwustronne traktaty, od poczdamskiego począwszy. Kreml więc za nasze ustępstwa chce nam podarować coś, co i tak do nas należy. Miejmy nadzieję, że Radosław Sikorski wie o tym.