. Ale wtedy ten dzień wydawał się ludziom, takim jak ja zwykłą konsekwencją wszystkiego, co działo się wcześniej.
Oczywiście miałem poczucie, że na moich oczach rozgrywa się moment historyczny, przełomowy. Coś, co w kraju rządzonym przez komunistów nigdy dotąd nie miało miejsca. I że Polska nie będzie już taka, jak przez minione kilkadziesiąt lat. Choć szczerze powiem, wtedy jeszcze nie sądziłem, że tak szybko obóz solidarnościowy przejmie władzę.
Dziś pewnie byłby to powód do wielkiego zadowolenia, że większość narodu poszła jednak i zagłosowała. Ale wtedy liczyłem na więcej, o wiele więcej. Liczyłem, że do urn pójdą wszyscy, że wszystkim zależy na rozprawieniu się z komunizmem. Identycznie myślało też wielu opozycjonistów, którzy chcieli występować w imieniu całego narodu. W końcu w 1989 roku Polacy dostali pierwszą możliwość wypowiedzenia się w sposób całkowicie wolny od lat 20. XX wieku. Bo nawet w 1926 roku wybory nie były w pełni wolne.
Tymczasem jedną trzecią Polaków wybory w ogóle nie obchodziły. Nie wykazali elementarnego zainteresowania losami kraju. Myślałem wtedy: taka okazja, a tylu ludzi z niej nie korzysta! Dla mnie taka postawa była wtedy nie do przyjęcia. Ale nie popadałem w paranoję i nie wpatrywałem się w twarze znajomych, zastanawiając się, kto z nich jest w tej obojętnej mniejszości.
Kolejna refleksja, jaka wówczas stała się moim udziałem, była jednak najbardziej druzgocąca. Do Polski napływały wiadomości o tym, co się wydarzyło w Chinach, na placu Tiananmen. Masakra, tysiące zabitych i rannych. Dotarło wtedy do mnie ze zdwojoną siłą, że nie było i nie ma determinizmu wolności. Nam się udało, choć wcale nie musiało. W Pekinie studenci też mieli nadzieję, że po reformach gospodarczych pójdzie demokratyzacja kraju. Boleśnie się przeliczyli.
5 czerwca. Radość i podniecenie, a do tego poczucie satysfakcji. Takie emocje mnie zdominowały. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że wpadłem w jakąś euforię. Nie wznosiłem triumfalnych okrzyków, nie urządzałem fety na ulicy. Jak co dzień słuchałem Wolnej Europy, oglądałem relacje w telewizji. I myślę, że podobnie zachowywała się większość ludzi, którzy dzień wcześniej poszli do urn.
Na pewno w sztabach wyborczych, do których spływały informacje, ludzie świętowali. Ale na ulicach ta radość nie była wyczuwalna. Bo Polacy dni prawdziwej euforii mieli dawno za sobą. To był czas 15 miesięcy działania jawnego „Solidarności". Ale faktem jest, że stan wojenny był dla Polaków traumą. Zmienił ich. W tym czasie wyjechało około 700 tys. młodych, aktywnych ludzi.
To dlatego Polacy nie potrafili hucznie świętować. Tak, 5 czerwca wiedzieliśmy już, że odnieśliśmy zwycięstwo. Ale było ono pozbawione euforii. Bo zbyt wiele złego wydarzyło się w ciągu tych kilku lat od mroźnego 12 grudnia, by można było w ogóle marzyć o nieposkromionej, spontanicznej radości.
Mogę teraz powiedzieć, że byłem przede wszystkim zawodowym opozycjonistą, nie historykiem. Czynnie uczestniczyłem we wszystkim, co działo się dookoła mnie, traktowałem to jak swoją zwykłą pracę.