Ma. Jest to próba wyrównywania szans mniej zamożnej młodzieży ze wsi, małych miasteczek, która ma problemy z dostaniem się na bezpłatne studia. Próba podjęta przy
ograniczonych w tej chwili środkach budżetowych. Dziś już jest tak, że 60 proc. młodzieży płaci za studia, a 40 proc. nie. Ci, którzy studiują po dwa i więcej kierunków, zmniejszają
niejako ten limit 40 proc.
Wydaje mi się, że to rozwiązanie otwiera taką możliwość. Faktem jest, że oszczędności z tego nie będą zbyt wielkie, ale jest to niewątpliwie próba powiedzenia, że jednak studia
kosztują, i to z podatków wszystkich. I chodzi o to, by zwiększyć choć trochę pulę bezpłatnych studiów. Ja jestem oczywiście zwolennikiem dalej idących zmian. Uważam, że studia powinny
być współpłatne, że wszyscy powinni płacić jakąś część.
Właśnie takim układem można by lepiej sterować. Dziś studia coraz bardziej są interesem indywidualnych osób niż państwa. Państwu zależy oczywiście, by jak najwięcej młodzieży się
kształciło i żeby poziom wykształcenia w Polsce rósł. I to się zresztą dokonuje, bo ponad połowa młodzieży podejmuje studia. Ale jednak w coraz większym stopniu studiowanie leży w
prywatnym interesie: zwiększa szanse na znalezienie pracy. I jest pytanie, czy zwiększać wszystkim te szanse na koszt wszystkich? Ja uważam, że niekoniecznie. Ale potrzebny jest w ogóle nowy
sposób finansowania studiów wyższych.
Nie, to jest tylko próba jakiegoś porządkowania i dania przy okazji choć większej szansy tym, którzy są w trudniejszych warunkach. Przy tym rozwiązaniu być może będą mogli studiować
jednak bezpłatnie, bo się dostaną na zwolnione miejsca.
Tak, rzeczywiście. Ale jest to jakaś próba porządkowania, dokonania przesunięć w grupie młodzieży.
Nie, bo zmiany przewidują, że 10 proc. najzdolniejszych będzie mogła studiować na dwóch kierunkach. Taką możliwość będą mieli najlepsi z najlepszych.
W takim razie możemy zaproponować np. system dwuetapowych studiów: trzyletnich licencjackich i dopiero w drugim etapie konkretniejsze ukierunkowanie. System, że można studiować dwa, trzy,
pięć kierunków studiów, bo nie wiadomo, gdzie będzie można znaleźć pracę, jest niezwykle kosztowny. Tak być nie może, tak nie można szukać właściwych kompetencji.
Zbyt wielka skala tego zjawiska rzeczywiście nie jest. Jednak znam takich studentów, dla których to jest sposób na życie. Oni nie muszą podejmować pracy, wychodzą z założenia: studiować
tak długo, jak się da, a to jeden kierunek, a to drugi. A za to płacą wszyscy podatnicy, również ci biedniejsi, których dzieci nie mają szans dostania się do tej grupy, która studiuje
bezpłatnie. Zresztą badania tej grupy pokazują, że większość studentów, która nie płaci za studia, to młodzież z dużych miast i bogatszych rodzin.
Tak, rzeczywiście. Nie idą tak daleko, jak ja uważam, że pójść powinny. Ale jest to jakaś próba porządkowania.
To tak jak ze wszystkim: łatwej dawać, a trudniej odebrać. Choć to przecież nie jest odbieranie, tylko przesuwanie z jednych studentów na innych. Ale protestują ci, którzy korzystają z
obecnego systemu. Wykładowcy prawdopodobnie dlatego obawiają się, że uczelnie otrzymają mniej środków. Ja nie mam zastrzeżeń do tych rozwiązań, ale dyskusyjne są dla mnie inne, choćby
proponowane wprowadzenie limitów.
Ja jestem z zaplecza rządowego, więc mnie trudno komentować. Ze mną się nie konsultuje.
Rzeczywiście, nigdy nie było takich problemów ze szkolnictwem wyższym. Wydaje mi się, że jest potrzeba większego dialogu z przedstawicielami środowiska. Ale na etapie założeń do projektu.
To, co mnie niepokoi wokół tego resortu, to sytuacja, w której mam wrażenie, że długo, długo nic, cisza i nagle pojawiają się jakieś konkretne rozwiązania. I wybucha burza. Za mało jest
rozmów, konsultacji i wczuwania się w oczekiwania środowiska. Nie zawsze oczywiście trzeba wychodzić im naprzeciw. Minister nie musi się zgadzać z nimi, ale dyskusja jest zawsze potrzebna.