Słuchając wypowiedzi ekonomistów można odnieść wrażenie, że nasz kraj sam się pogrążył w kryzysie. Stopień kapitalizacji naszej gospodarki jest niski w porównaniu z Niemcami, Francją czy Wielką Brytanią. Nie mówiąc już o potęgach przemysłowych jak Stany Zjednoczone, Chiny, Brazylia, Indie. A to właśnie te kraje mają w tej chwili najwięcej do powiedzenia. Nasz rząd dysponuje około 50. mld rezerwy, która jest właśnie po to, by pomóc w trudnych sytuacjach. Jednocześnie utrzymujemy spore zadłużenie zagraniczne. Możliwości manewru polskiego rządu są zatem niewielkie.
Wszystko to odbije się na nastroju Polaków. Ale Nie jest najważniejsze, jak dużą mamy dziurę budżetową. Ale ile wytwarzamy i czy będziemy w stanie spłacić pożyczone pieniądze przeznaczone na budżet państwa. Na pewno jednak nie możemy mieć populistycznych pretensji do Donalda Tuska, Rostowskiego czy poprzednich ministrów i premierów, bo oni mogą tylko administrować tym, co mają. Ich obowiązkiem jest informowanie, ile mamy w państwowej kasie. I właśnie nas poinformowali.
Rząd musi teraz podjąć decyzję czy chce nas bardziej zadłużyć, czy będziemy musieli zacisnąć pasa i płacić nieco więcej do wspólnej kasy żeby się ratować. Pamiętajmy, że . Zmieńmy więc nasz punkt widzenia na bardziej amerykański - nie, co Polska może zrobić dla nas, ale co my możemy zrobić dla Polski. A z drugiej strony, powinniśmy oczekiwać, że nasze pieniądze nie będą marnowane.
Prognozy dla Polski nie są dobre. Oczywiście, sami nie wyjdziemy z kryzysu. Jednak najpierw muszą sobie poradzić ci, którzy go wywołali. Musimy zaufać ludziom, którzy mają w takich sytuacjach rozeznanie i nie domagać się od rządu nerwowych ruchów. Niech tyko nikt nie próbuje nas zapewniać, że nie będzie zwiększenia podatków, bo w taki sposób zwiększa się tylko deficyt państwa. Pytanie tylko, kto i o ile więcej będzie mógł zapłacić.