Jak kobieta wygadana jest, to z każdym sobie poradzi. I o co w ogóle chodzi? Każdy z wypowiadających się panów podkreśla, że on sam zna co najmniej jedną panią, która jak się zaweźmie, to nawet premiera zapędzi w kozi róg. Więc, oczywiście w imię szacunku dla pań, przestańmy się wygłupiać i zapomnijmy o całym tym pomyśle.
I ja bym może nawet się z tymi panami zgodziła, gdyby nie to, że front przeciwników parytetu jest tak potężny, zdyscyplinowany i nieznający politycznych podziałów.
Skąd taka jednomyślność? , że wyborcy je natychmiast wybiorą. Każdy zdrowo myślący człowiek postawi krzyżyk przy tym kandydacie, którego uzna za najlepszego. Chodzi tylko o to, żeby miał szansę optymalnego wyboru.
Nikt z nich nie dziwi się, że na listach w każdych kolejnych wyborach pojawia się tłum panów, o których kompetencjach nie da się powiedzieć żadnego dobrego słowa. Bo to jest powszechnie akceptowany standard. W Polsce nie ma ani jednej szefowej partii, przez 20 lat dorobiliśmy się jednej tylko pani premier, za to ani jednej pani marszałek Sejmu. Na listach wyborczych z ogromnym trudem udaje się niektórym partiom dociągnąć do 20 proc. kandydatek. A listy wyborcze we wszystkich partiach układają mężczyźni. I to im przychodzą w pierwszej kolejności na myśl nazwiska kolegów, a nie koleżanek. Oczywiście są wyjątki: to panie, którym udało się odpowiednio „podwiesić” pod aktualnego prezesa czy przewodniczącego. One zresztą najczęściej występują przeciw parytetowi, bo wiedzą, że poziom otwartości władz partii wyraża się stosunkiem jedna kobieta na 10 panów. I skoro to one to jedno miejsce zajęły, to przecież nie po to, by wpuszczać damską konkurencję.
Jeśli szanse nie są równe, a gołym okiem widać, że z przyczyn kulturowych i systemowych nie są, to nowoczesne państwo powinno je wyrównywać. A kiedy szanse uda się wyrównać, parytet można będzie wyrzucić do kosza. Bo dorobimy się reprezentatywnego, bogatego i wielonurtowego Sejmu, w którym obecna będzie wrażliwość i argumenty obu płci. Naprawdę warto z takim celem walczyć?