Jest w „Quo Vadis” fragment, gdzie Neron deklamuje dworzanom fragment nowego poematu. Gdy skończył, chwalcy zaczęli ścigać się w lizusowskich zachwytach nad artystycznym geniuszem imperatora. Milczał tylko Petroniusz, a tylko na jego zdaniu zależało Neronowi. Wreszcie Petroniusz się odezwał: – Innym za takie same wiersze przyznałbym geniusz, ale nie tobie. Boś większy od nich.

Reklama

Neron był uszczęśliwiony tym wyrafinowanym pochlebstwem. Czasy chyba jednak psieją, bo gdy Petroniuszem postanowił zostać Piotr Kownacki, to nie został doceniony. Oberwał po uszach, a karzący go Lech Kaczyński dał swoim co inteligentniejszym współpracownikom i zwolennikom sygnał, że zrobi wiele, by zniweczyć własne szanse na reelekcję.

Kownacki w wywiadzie dla „Dziennika” rzeczywiście powiedział kilka rzeczy za dużo. Szczególnie gdy mówił o chaosie w Pałacu Prezydenckim. Tu powinien oberwać, ale – w interesie samego Kaczyńskiego – powinno było to być zrobione w największej tajemnicy. Publiczna kara jest poniekąd potwierdzeniem tego, co mówił Kownacki.

Gdyby Kaczyński nie był taki, jak opisał go Kownacki – nazwijmy to prostolinijnością – to wywiad dla „Dziennika” mógłby być dobrym początkiem do zmiany wizerunku prezydenta. Kaczyński został przedstawiony tam jako człowiek z umiarkowanym wadami, nieco chropowaty, ale szczery i niewyrachowany. Przez moment, czytając słowa Kownackiego, sądziłem, że prezydent wynajął za grube miliony PR-owca, który doradził, by ktoś dał taki wywiad. Po to, by przekuć własną chropowatość w zaletę. By twierdzić, że jest się kimś bardziej ludzkim niż Donald Tusk, o którym słychać coraz więcej głosów, że jest zbyt plastikowy, zaś jego akwizytorski uśmiech zaczyna nużyć. Nawiasem – gdyby takiego wywiadu udzielił ktoś z otoczenia premiera, to tortury za tę szczerość też byłyby okrutne. Jednak publika nic by o tym nie wiedziała, więc Tusk nie miałby dużego kłopotu wizerunkowego.

A Kaczyński ma. I to, jak często bywa, na własne życzenie. Właśnie wyjechał do Juraty, a o PiS-ie jest teraz raczej cicho. Więcej kłopotów ma PO – kryzys, dozorcostwo ministra Grasia, wreszcie awantury Hanny Gronkiewicz-Waltz z kupcami w samym centrum stolicy. Platforma mogła skwierczeć na wolnym ogniu medialnego grilla. Jednak nie, Kaczyński przypomniał o sobie.

Swoją reakcją podciął skrzydła całkiem sporemu gronu ludzi, dzięki którym może mieć szansę na reelekcję. Te bowiem nie są wcale takie małe, a kryzysowe niepowodzenia rządu mogą je zwiększyć. Jednak w poniedziałek Kaczyński dał znak spin doktorom, Jackowi Kurskiemu, Markowi Migalskiemu, „grupie muzealnej” – czyli ludziom, którzy czują media i mają pewien wpływ na środowiska opiniotwórcze – że jest niesterowalny. To znak, że każda wymyślona przez nich strategia może być zniweczona jednym kaprysem.

Ci ludzie wiele razy z lojalności wobec prezydenta robili z siebie głupków. W polityce nic nadzwyczajnego, tam wszyscy grają niezbyt miłe dla siebie role. Ale warto to robić, gdy służy to czemuś wartościowemu. Niekoniecznie sukcesowi. Ale na pewno nie warto, gdy wiąże się to z przegraną na własne życzenie.